WywiadyprzemekMinsk

Wywiad z Minsk

WywiadyprzemekMinsk

Wywiad z Minsk

Christopher Bennett o koncercie w Polsce i nowym albumie.

Minsk to jeden z tych projektów etykietowanych jako “sludge” czy “post-metal”, które skupiają się nie tylko na wyciskaniu emocji z instrumentów, ale także na maksymalnym angażowaniu słuchaczy w przeżywanie muzyki. Na nadchodzącej trasie po Europie wystąpią w charakterze wsparcia dla Floor, ale dla wielu polskich fanów tego typu grania to Minsk będzie główną atrakcją warszawskiego koncertu. O nim, o nadchodzącym albumie “The Crash and the Draw” oraz o tajemniczym plemieniu rozmawiałem z Christopherem Bennettem – współzałożycielem, gitarzystą i wokalistą zespołu.

Jarosław Kowal: Czym różni się dzisiejszy Minsk od zespołu, który kilka lat temu zawiesił działalność?

Christopher Bennett: Najbardziej oczywista różnica to zmiany w składzie zespołu. Aaron dołączył do nas w 2010 roku, dzięki czemu ponownie mamy dwóch gitarzystów. Niedługo później postanowiliśmy na trochę porzucić zespół. Wiedzieliśmy, że musimy dokonać zmiany w sekcji perkusyjnej, Sanfordowi było coraz trudniej w pełni poświęcić się zespołowi z powodu natłoku pracy producenckiej. Ryan Thomas, który grał z Timem i Zaciem w We The Prey, stał się naszym nowym bębniarzem na kilka lat, ale później musiał się przeprowadzić. Zac dołączył niedługo po Ryanie a Kevin zastąpił Ryana w 2014 roku. Wszyscy mamy podobne muzyczne dziedzictwo, ponieważ wszyscy byliśmy już wcześniej ze sobą powiązani przez inne projekty, poza Minsk. Dla nas osoby z otoczenia Minsk są częścią rodziny. Dołączenie Aarona, Zaca i Kevina było niesamowite na wszystkich możliwych poziomach.

Jeżeli jesteś znany w Nowym Jorku albo w Los Angeles, jesteś znany na całym świecie, ale dla zespołu z Peorii musiała to być znacznie trudniejsza ścieżka. Nie wiem, skąd się to wzięło, ale wasze miasto często postrzegane jest stereotypowo, w języku angielskim funkcjonuje nawet zwrot “Czy zagrają w Peorii?” (“Will it Play in Peoria?“). Jak trudne były wasze początki i jak to się zmieniło teraz, po ponad dziesięciu latach?

Peoria to małe miasteczko, podobnie jak wiele innych, na które można natrafić w środkowej części Stanów Zjednoczonych. Urosło do takich rozmiarów, ponieważ było tu sporo pracy w przemyśle. Odkąd globalizacja zacisnęła chwyt na gardłach ludzi klasy robotniczej, widzimy jak praca staje się coraz rzadsza, a przestępczość wzrasta. Ten schemat jest aż za dobrze znany w wielu miastach na całym globie. W pewnym momencie Peoria posiadała jedną z największych destylarni whiskey na świecie, a nocne życie miasta było tak sławne, że przyciągało ludzi z Chicago, którym mogło ujść tutaj na sucho to, czego nie mogli zrobić u siebie. To wszystko zdaje się już byś przeszłością, pozostało tylko miasto, które każdego roku jest coraz mocniej podzielone na bogatych i biednych. W przeważającej części jest to ogromnie konserwatywne miasto i nigdy w historii nie celowało we wspieranie aktywnej sceny artystycznej. To może wyglądać na depresyjny obrazek, ale w rzeczywistości od zawsze działa tam bardzo mała, lecz niezwykle kreatywna grupa muzyków i artystów wizualnych, którzy – na przekór wszystkiemu i bez prawdziwych, solidnych klubów – zdołali stworzyć własną muzyczną interpretację tego, czym jest bycie żywym. Kiedy Tim i ja założyliśmy Minsk, podjęliśmy świadomą decyzję o zabraniu muzyki, którą stworzymy w jak najwięcej miejsc poza naszym rodzinnym miastem. Peoria zdecydowanie wpłynęła na muzykę, którą gramy, ale nie pozwoliliśmy, aby nasze pochodzenie zdefiniowała nas. Nie przypominam sobie, żebyśmy aż tak dużo myśleli o naszym pochodzeniu, jak o tym, żeby zabrać naszą twórczość z Peorii. Naszym celem zawsze było poznanie ludzi z innych miejsc i jestem szczęśliwy, że możemy tworzyć muzykę, którą tworzymy, a później wyjeżdżamy z nią w wiele wspaniałych miejsc, mimo że jesteśmy z małego miasta z centralnego-zachodu. Niektórzy z najbardziej niesamowitych ludzi, jakich poznałem pochodzą z Peorii, nie chcę więc, aby moje słowa zabrzmiały jakby było tu samotne pustkowie. Myślę, że wiele zmieniło się dla nas na lepsze odkąd założyliśmy zespół, w dużej mierze dlatego, że mieliśmy szczęście spotykać ludzi, którzy zaufali nam i wydali naszą muzykę na całym globie. Nie zamierzam jednak zaprzeczać, że włożyliśmy w to ciężką pracę, poświęciliśmy związki, przyjaźnie i odwróciliśmy się od komfortowego życia. Wszystko po to, aby mieć pewność, że będziemy mogli tworzyć muzykę.

Niedługo ukaże się wasz nowy album, a od ostatniego minęło aż pięć lat. Kiedy tworzyliście utwory, które opublikujecie? Wszystkie są nowe czy może część powstała tuż po “With Echoes in the Movement of Stone”?

Zaraz po tym, jak Aaron dołączył do zespołu w 2010 roku, zaczęliśmy prace nad nowym materiałem. Zaczęło się powoli, ale z czasem nabraliśmy tempa. Zadbaliśmy o to, żeby napisać album ostrożnie, nie śpiesząc się. Nie mieliśmy żadnych terminów, które zmuszałyby nas do ukończenia tego materiału w określonym czasie, nie było powodu, aby przyśpieszać proces tworzenia. Dokładnie odpowiadając na twoje pytanie, nowe utwory są połączeniem pomysłów, nad  którymi pracujemy od dłuższego czasu z nowymi pomysłami, które powstały bardziej pod wpływem chwili niż w zamierzony sposób.

Mam wrażenie, że macie w Polsce wielu fanów. Rzeczywiście dociera do was odzew stąd?

Tak, dociera. Mam kilku wspaniałych przyjaciół w Polsce, z którym regularnie koresponduję. Jak na razie zagraliśmy u was tylko jeden koncert, na festiwalu Asymmetry we Wrocławiu w 2009 roku. To był dla nas niesamowity koncert, reakcje, z jakimi się spotkaliśmy znacznie przerosły nasze oczekiwania. Bardzo się cieszymy, że będziemy mogli zagrać w Warszawie.

Co usłyszymy na tym koncercie? Kawałki z nowego albumu, starsze utwory, a może przekrój z wszystkich albumów?

Będzie duża ilość nowego materiału, ale też trochę starszych rzeczy. Chcemy mieć pewność, że będziemy potrafili odnaleźć odpowiednią równowagę pomiędzy nowym a starym. Poza tym stare kawałki dostały nowe dźwiękowe życie dzięki powiększeniu składu.

Mieszkam w Gdańsku, który w języku niemieckim nazywa się Danzig i byłbym cholernie zadowolony, gdyby Glenn Danzig zjawił się tutaj któregoś dnia. Wiem, że w wypadku Białorusi jest to nieco trudniejsze, ale czy próbowaliście kiedyś zagrać koncert w Mińsku?

Dopytywaliśmy o koncert w Mińsku podczas naszej pierwszej podróży do Europy w 2009 roku, ale nie mogliśmy tego dograć. Bardzo na to liczymy, że któregoś dnia się uda. To byłoby dla nas surrealistyczne doświadczenie. Czujemy silną potrzebę, żeby grać więcej we wschodniej Europie i w odleglejszych rejonach.

Moje ostatnie pytanie będzie abstrakcyjne. Trans i plemienny klimat są wyraźnie obecne w waszej muzyce, jak mogłoby wyglądać hipotetyczne plemię Minsk? Czym by się zajmowali, jakie byłyby ich zwyczaje?

Kocham to pytanie! Nasze plemię zdecydowanie składałoby się z ludzi lasu, gór i oceanu, żyliby pomiędzy leśnymi gigantami, uprawialiby własną żywność, zaprzestaliby jakiegokolwiek związku z niewolnictwem, które służyłoby rządowi. Przetrwanie byłoby doświadczaniem aktu życia samego w sobie. Wszyscy byliby cenieni za indywidualne talenty. Transakcje nie byłyby zależne od istnienia żadnego zastępczego pieniądza fiducjarnego, lecz od najbardziej wartościowej waluty, czyli naszego czasu – prawdziwej, duchowej waluty. Byłby to anarchistyczny świat w rzeczywistym znaczeniu tego słowa. Nie dochodziłoby do interakcji z żadnym hierarchicznym rządem. Właściwie to żadna hierarchia nie istniałaby. Plemię odnajdowałoby swoje znaczenie w muzyce i tańcu, a w rezultacie w ekstatycznym stanie świadomości. Byłby to sposób życia, w którym każdy jest alchemikiem, w którym każdy używa woli, aby zrealizować i osiągnąć swoje najśmielsze marzenia.

Rozmawiał Jarosław Kowal

Minsk wystąpi w Polsce w ramach wspólnej trasy koncertowej wraz z Floor, ojcami chrzestnymi stonera. Koncert odbędzie się 13 kwietnia w klubie Hydrozagadka w Warszawie, bilety kosztują 45 złotych w przedsprzedaży i 55 złotych w dniu koncertu.

Rozmawiał Jarosław Kowal