Wywiad z Przemysławem Myszorem (Myslovitz)

Wywiad z Przemysławem Myszorem (Myslovitz).

“Korova? Najszczęśliwszy okres dla Myslovitz”.

Mateusz Grzeszczuk: Jim Kerr z Simply Minds w rozmowie z Piotrem Stelmachem wspominał, że zespół był oczarowany Myslovitz, a wiem, że graliście z nimi wspólne koncerty. Jak myślisz, czym oczarowaliście Jimma? I jak z twojej perspektywy wyglądał ten czas?

Przemysław Myszor (Myslovitz): Nie mogę ci powiedzieć czym ich oczarowaliśmy, byliśmy po prostu sobą. Nie robiliśmy wspólnych wielkich imprez, aby utrwalić wspomnienia, doświadczenia w boju. Przez pierwsze koncerty na naszej trasie nawet nas nie widzieli, bo byli zajęci własnymi sprawami. To jest zresztą naturalne, my też często gramy z supportami, które nas interesują, ale kiedy zaczyna się występ, to my akurat wtedy przygotowujemy się do wyjścia na scenę albo mamy jakieś spotkanie. Pamiętam, że przyszedł taki dzień, a było to w Mediolanie albo Vigo, gdzie występ startował wcześniej niż zwykle – około godz. 17:00. Jimm i Charlie przyszli na naszą próbę, na której graliśmy akurat wszystko co najlepsze, łącznie z takimi psychodeliami, które są dla nas dosyć charakterystyczne. Pamiętam, że po próbie przyszli i mówili: Chłopaki! Co wy gracie, to jest niesamowite! Myśmy się wychowywali na takiej muzyce. To my stoimy i mówimy: Nie! To my wychowaliśmy się na waszej muzyce! To oni znów: Nie! Bo wy gracie Krautrocka! I znów: Nie! To my wychowywaliśmy się na waszej płycie! To była taka “gadka błyskawiczna”, aby miała skruszyć lody między nami. Później przychodzili po każdym koncercie i było naprawdę sympatycznie. Parę lat później spotkaliśmy ich w Brukseli, ale nie graliśmy akurat wspólnego koncertu. Znów zaczęliśmy rozmawiać. Jimm akurat chciał nam coś ważnego powiedzieć: Panowie. Nie wiem czy wy wiecie, ale mamy akurat sąsiadów Polaków. Stwierdziliśmy, że  to przecież nic dziwnego. I dodaje po chwili: Ale jak powiedzieliśmy im, że się znamy, że byliśmy wspólnie na trasie, to zrobiło to na nich wielkie wrażenie. Normalnie wyrywamy dziewczynę na Waszą nazwę! (śmiech). To są takie żarciki, ale uczciwie spojrzeć – cały czas byliśmy naturalni, nie mieliśmy wielu spotkań, my jak i oni byliśmy sobą. Czułem pewien sympatyczny kontakt.

Podobnie zresztą było na trasie z The Corrs i na koncertach z Iggy Popem. Iggy był szalony i zawsze znikał gdzieś z dużymi piersiastymi murzynkami. Raz w Berlinie skarżył się, że podebraliśmy mu groupies z garderoby. Prawda była taka, że to były nasze znajome z Polski. Corrs byli dla nas bardzo przyjaźni od samego początku. W Glasgow po koncercie Jacek z Lalą obtańcowywali wszystkie corrsówki na imprezie w garderobie.

Dostałem informację, że zespół przygotował wyjątkową trasę koncertową z utworami z “Korovy Milky Bar” i “1.577″ (recenzja). W czym  tkwi jej wyjątkowość?

Zastanawialiśmy się nad formułą jesiennych koncertów, aby nie powtarzać tego, co działo się latem. Nie jest to wielka nowość, ale z początku postanowiliśmy ograć tylko jedną płytę, nie mieszać całości, nie robić tego stricte koncertowego menu jakie serwujemy w lecie. Później stwierdziliśmy: No odegrajmy jeszcze coś, bo jeden krążek to za mało. Z kolei po zagraniu tylko największych przebojów, koncert ciut się banalizuje. Wymyśliliśmy więc, że w tym przypadku zagramy dwie płyty. Naturalny wybór padł na Korovę Milky Bar. Z paru powodów jest to ważna płyta dla zespołu, dla mnie, dla Wojtka i reszty chłopaków. W 2012 roku, stojąc na rozdrożu, już w czwórkę postanowiliśmy przywrócić w zespole klimat tamtych czasów. Właśnie tych lat kiedy powstawała i działa się Korova. Dobrze pracowało nam się w grupie, dobrze się rozumieliśmy. Wszystko nam płynęło, szybko, łatwo. Szybko stawialiśmy pieczęcie, nie zastanawialiśmy się specjalnie nad wieloma rzeczami, one po prostu się działy. Był to też czas, kiedy wokół zespołu działo się najwięcej fajnych rzeczy- nagrody MTV, płyta w całej Europie, wyjazdy na trasy, festiwale. Od “Happiness Is Easy”, po rezygnacji z tras zachodnich, wszystko zaczęło się już psuć. Ale Korova? Korova to najszczęśliwszy dla nas okres. Pomyśleliśmy więc, żeby cofnąć się do tego momentu, zresetować się do emocji, stosunków między nami, które towarzyszyły tej płycie. Był jeszcze powód bardzo osobisty. Kiedy pracowaliśmy nad Korovą, Artur nie miał dla nas czasu. Zajmował się nagrywaniem i promocją płyty LennyValentino. Nie bywał na próbach, kiedy pisaliśmy materiał. Mieliśmy wrażenie, że chce zrezygnować. Uparliśmy się, żeby to zrobić mimo tego. Wszystkie teksty do piosenek napisaliśmy we dwóch z Wojtkiem. Sytuacja trochę podobna do początków 2012.

Dlatego to tak ważny krążek i zabieramy ją na pierwszą, prawdziwą trasę z Michałem. Dodatkowo padł pomysł, żeby odnowić nasze koncerty pod względem wizualnym. Światła są niesamowicie piękne, ale znów chcieliśmy coś nowego. Wykorzystaliśmy więc etiudy studentów ze szkoły filmowej i na nich oparliśmy scenografię, a nie na światłach, jak do tej pory. Jeździ z nami Michał Kopaniszyn, który zajmuje się vjayowaniem, który to wszystko przygotował, a razem z Magdą Drobczyk zrobili nam cudowny teledysk do piosenki “Telefon”. Trasa została podzielona na dwie części.. Pierwszą zagraliśmy jesienią, kolejne koncerty przed nami.

Może powinienem rozpocząć od tego, że w rankingu czytelników naszego portalu wasz krążek uzyskał I miejsce. Uwalniacz 2013 dla Myslovitz. Serdecznie gratuluję!

Dziękuje bardzo, to nawet nas zaskoczyło!

I to po raz drugi!

Tak, wiem, czytałem, że już w 2011 zdobyliśmy nagrodę.

Pytanie może być dosyć banalne, ale czy zmienił się u was pewien stosunek do nagród? Czy ewentualnie po odejściu Artura bierzecie bardziej do siebie wyróżnienia, które dają potwierdzenie, że nic się nie zmieniło, jeżeli chodzi o ich postawę, że nadal jesteście dla fanów ważnym zespołem?

Trudno mi odpowiedzieć, na ile zmienił się ten stosunek. Faktycznie był taki okres, gdzie można było pomyśleć, że niczego nam nie potrzeba i wszystko jest nam obojętne. Nagrody to specyficzna sprawa. Ciężko stwierdzić, że robimy cokolwiek, żeby akurat je zdobywać. Otrzymywanie wyróżnień rzeczywiście jest miłe, robisz coś w życiu, żyjesz z tej pracy. Sama statuetka to potwierdzenie, że coś się komuś podoba. Dodaje sensu temu nad czym pracujemy. Pytanie tylko jak bardzo jest to weryfikowalne w naszych czasach? Niezależnie od opinii – to coś dla nas istotnego. Nie udajemy, że spływa to po nas jak deszcz po parasolu. Kiedy mamy problemy ze sobą, zastanawiamy się, czy to wszystko ma sens, to właśnie nagrody dają nam odpowiedź na nasze wątpliwości.

Myslovitz ma 345 tys. lajków na Fejsie. Jak dzisiaj wygląda PR zespołu, zdobywanie fanów po tylu latach. Czy Myslovitz daję sobie radę w internecie?

Stroną na FB zajmujemy się wspólnie z naszą menedżerką Moniką. To jej zawdzięczamy duży i fajny ruch na stronie. Jako zespół staramy się to ogarniać, choć nie wydaje mi się, żebyśmy wykorzystywali wszystkie możliwości, które dają nowe media. Czyli np. korzystanie z ofert, które wielokrotnie otrzymywaliśmy od ludzi proponujących swoje usługi. Coś w stylu: wynajmij grupę, a ona będzie wykonywać pewne polecenia, pisać itp. To jest właśnie internetowy oręż! Wiem, że rozmawiam z tobą jako z kimś, kto pracuje w portalu, ale uważam, że wszystko musi mieć swój balans. Nie da się czegoś sztucznie wykreować. A jeżeli nawet można, to po co nam to? My tak nie działamy. Nie będziemy kupować głosów w głosowaniach czy na listach przebojów. Jeśli ktoś lubi nasze piosenki i chce to wyrazić to może spontanicznie zalajkować. Ale nie musi.

Nie wiem, czy odnosicie takie wrażenie, że aktualnie fani liczą na to, żeby każdy wasz utwór stał się tzw. klasykiem. W kontekście nawet “Telefonu”, fani już stali się wyczuleni komentując: tak, mamy kolejny hit. Fani opierają prace Myslo na tym, czy akurat coś staje się hitem.

Nie da się myśleć w takich kategoriach. My po prostu przenosimy piosenki, melodie. Staramy się zrobić coś, co nas satysfakcjonuje. Pisać teksty, które są dla nas ważne. Dlatego nie idzie nam to łatwo. Nie dlatego, że nie potrafimy rymować pięciu wyrazów ze sobą, ale dlatego byśmy mogli powiedzieć: Tak, to jest to co chcemy śpiewać. To jest bardzo istotne. Często jak dajemy sobie coś do przeczytania, to liczymy między sobą na takie pierwsze emocjonalne opinie. Chcesz coś dobrze zrobić? Zrób wiarygodnie. Na pierwszym miejscu coś musi być zgodne z prawdą, a kwestia estetyki -  dobrze/ niedobrze – to kwestia gustu. Zawierzamy się publiczności, oddajemy się fanom, ludziom przypadkowym, którzy to usłyszą. Jeżeli mamy pewną grupę piosenek, to wybieramy coś, co jest w niej charakterystycznego. Tak też było w przypadku “Telefonu”. Piosenka musi mieć wyjątkową melodię, szczególne punkty, które najszybciej chwytają słuchacze. To jest zasada puszczania singli. Mamy wiele piosenek na płytach, które nie miały szansy być często ogrywane w radio, a stawały się naszymi największymi przebojami. Niektóre z nich nie dostaną szansy, żeby puścić je o 13:00, 15:00 czy 17:00, ale noszą znamiona przebojów. Są za wolne, za nudne, za długie. Ale fani właśnie je kochają i na te piosenki czekają. Od lat na koncertach fani domagają się np. “Myszy i ludzi”. Zrobili nawet transparent i wożą go na koncerty. Czekają też kiedy zaczniemy znowu grać “Mickey’ego”. Mam wrażenie, że “Telefon” należy do grupy takich właśnie piosenek. Nigdy nie wiesz, co stanie się przebojem.

A jak było po napisaniu “Telefonu”? Od razu myśl: tak to będzie to!

Powiem ci, że nie. “Telefon” to dla nas bardzo ważna piosenka, zresztą – pierwsza zespołowa. Współtworzona w pełnym składzie, zarówno jeżeli chodzi o kompozycję i tekst. Pierwowzór piosenki przyniósł Michał i akurat ten aspekt był dla nas bardzo ważny. Później wzięliśmy ją na warsztat, dopisałem jakieś dwie części muzyczne, żeby przełamać pewną monotonię. Chłopaki wymyślili, żeby zagrać ten utwór od połowy mocniej, w ciut inny sposób. Musisz pamiętać, że jeżeli coś cię poruszy, a ten fragment, który przyniósł Michał, wzbudził we mnie emocje, to nagle dostajesz jakiegoś wylewu. Zaczynasz pisać, pisać i pisać. Później przyniosłem to na próbę chłopakom i mówię: Panowie, zupełnie nie wiem, co mam z tym zrobić, bo wyszło 2-3 strony tekstu. Wiadomo, że to jakieś 7 minut, czyli nikt tego nie puści. Później odchudzanie do 5 minut, choć i tak to za długo na radio. Choć po prawdzie nie było u nas wielkiej zgody na temat, czy to jest myslovitzowy numer, czy nie, zdania były podzielone. U nas często tak bywa, że nie zgadzamy się ze sobą w stu procentach. Każdy myśli i odczuwa muzykę, emocje inaczej. Nasz potencjał polega na tym, że każdy wnosi inne gusta, doświadczenia, wrażliwości. Te piosenki są bardziej kolorowe. W przypadku “Telefonu” – pogodzili nas fani. “Telefon” jest klasykiem i już.

Wyobrażasz sobie piosenki Myslovitz, które na scenie śpiewa wspólnie Artur i Michał?

Jasne, wyobrażam sobie, mam bogatą wyobraźnię. Natomiast jeżeli pytanie jest bardziej logistyczne, to odpowiem – nie wiem. Jest dużo rzeczy, które staram się rozdzielać. Nie sądzę, by to było możliwe, byśmy potrafili stanąć ze sobą na scenie i cokolwiek zrobić w tym momencie. Rany są świeże i bardzo głębokie. U niego pewnie też.

Pytanie na koniec. Artur Rojek supportuje Myslovitz, czy Myslovitz Artura Rojka?

Nie wiem! Nie każ mi na nie odpowiadać. To jest pułapka, a nie pytanie. Takie coś rodem z Super Expressu. Chcesz zobaczyć trochę krwi, tak?

To w jakimkolwiek układzie jest jeszcze bardziej nieprawdopodobne niż to, że zagramy razem na jednej scenie.

Dziękuję serdecznie za rozmowę! Życzę przede wszystkim wiele wrażliwości i oczywiście wygranej na portalu w przyszłym roku! (śmiech).

Rozmawiał Mateusz Grzeszczuk