Wywiad z Sekta Denta

Wywiad z Sekta Denta.

“Kozi Gród – miejsce specyficzne”.

Mateusz Grzeszczuk: Sama nazwa zespołu pochodzi od postaci Harveya Denta – człowieka o dwóch twarzach z opowieści o Batmanie. Jak piszecie “miało to być odzwierciedleniem muzycznej osobowości zespołu balansującej pomiędzy szaleństwem, a wyrafinowanym spokojem ducha, z przewagą tego pierwszego”. Czy po dłuższym okresie czasu, dokładnie pięciu latach od założenia, udało się utrzymać ten balans?

Tadeusz Cieślak (Sekta Denta): Zdecydowanie tak. Nawet intencjonalnie. Po prostu tworząc numery, zaczynając zazwyczaj od krótszych motywów polegamy na emocjach, a z nimi różnie bywa. Wynika to też pewnie z tego, że nigdy nie określaliśmy gatunku muzyki, którą tworzymy więc nie musimy trzymać się określonych ram.

Tak jest łatwiej, walcząc np. z recenzentami, mediami, a nawet zwykłym słuchaczem?

Nie widzę powodów do walk, ostatecznie coś się komuś podoba albo nie, niezależnie od rodzaju muzyki. A co do słuchaczy to wydaje mi się że trudniejsza w odbiorze jest muzyka nie skupiająca się wokół jednego gatunku, bo wymaga szerszego zainteresowania. To z resztą jest też bardzo rozwijające dla nas. Jeśli załóżmy czuję się dobrze w graniu jazzu, a muszę wgrać się w motywy rockowe, to jest to wyzwanie. Ale dzięki temu zyskuje się wrażliwość na różne typy ekspresji muzycznej.

W kontekście słuchacza, warto zapytać, czy ten lubelski różni się od tego w innych częściach Polski? Jak sobie radzicie z rodzimą publicznością?

Ludzie na Lubelszczyźnie uczęszczający na koncerty są bardzo otwarci. Często słyszymy po koncertach ożywione reakcje. Z każdym kolejnym przybywa też stałych bywalców. Jeśli jest większa różnica między publicznością w większych miastach, to z pewnością taka, że trudniej do nich dotrzeć ze względu na wyższą liczebność.

Jak dotychczas wyglądała wasza działalność w Lublinie “Kozim Grodzie”?

“Kozi Gród” jest miejscem specyficznym, nie da się ukryć, że jest nieco “zaściankowy”, gdzie pomimo niemałej ilości wydarzeń kulturalnych nie ma dużych możliwości promocyjnych i nie istnieje zjawisko zwane lokalną sceną alternatywną, czy jakąkolwiek inną. Np. Trójmiasto, Warszawa, Wrocław czy Kraków posiadają takową, są tam miejsca, gdzie można się spotkać, pograć razem, zawrzeć nowe “sojusze” muzyczne, co bardzo rozwija i nakręca do działania. Niestety u nas doczekaliśmy się pięknie wyremontowanej instytucji kulturalnej, gdzie jest ok. 17 sal teatralnych, a ani jednej salki muzycznej. Oczywiście nie mam nic przeciwko teatrowi, ale trzeba postawić także na muzykę na żywo, a ludzi i energii na pewno tutaj nie brakuje.

Wracając do koncertów, gramy w Lublinie i okolicach dosyć często, uśredniając ok. raz w miesiącu, przynajmniej ostatnio, aczkolwiek możliwości wybicia się czy chociażby zorganizowanie kolejnego koncertu zwykle sprowadza się do uporu członków zespołu, bądź ich menedżera, ale taki już jest urok naszego regionu.

Jeżeli chodzi o Lublin, w kim można byłoby widzieć jednostkę, instytucję spajającą tych artystów? Mówiąc “górnolotnie” – pokładać nadzieję?

Ciężko powiedzieć. Po pierwsze, żeby była taka scena potrzeba zespołów o podobnych zainteresowaniach. Faktem jest że w Lublinie rodzi się coraz więcej dobrych zespołów, tylko że każdy spod innej gwiazdy. O ile powiększa się też ilość miejsc, w których można zagrać koncert na własną rękę, to żadne nie próbuje kreować konkretnej sceny muzycznej. Tak naprawdę każdy posiadający kawałek miejsca do grania mógłby przy pokładach chęci i odpowiedniego zarządzania stworzyć klimat dla rozwoju czegoś konkretnego.

Mówisz o dobrych, lubelskich zespołach. Kogo polecasz z lokalnej sceny, dlaczego?

Z lokalnej sceny muzycznej polecam na przykład zespoły takie jak Naczynia, Tatvamasi, Miąższ, Na Tak czy też młodą wschodzącą gwiazdę Betanjehu. Są to zespoły tworzące muzykę bez fuszery, na poziomie, każdy trochę inną, ale też oryginalną.

Jeżeli chodzi o nasz region, to możemy mówić o czymś takim jak “lubelska scena muzyczna”? Czy to raczej podchodzi pod działanie w pojedynkę?

Jako ogół zespołów uważam, że tak, natomiast żeby to miało konkretny charakter, nie sądzę. Każdy tworzy własną muzykę, niezależnie od innych, nikt się na nikogo nie ogląda. Co zespół to indywidualny styl.

A czy widzisz potrzebę pewnego “zebrania” tej ekipy w całość? Zwiększenia świadomości o istnieniu siebie nawzajem?

Świadomość o istnieniu sama w sobie zawsze jest w porządku, daje to zawsze perspektywy kooperacji. Dobrze wiedzieć kto i jak gra we własnym mieście. Natomiast jeśli chodzi o ukierunkowywanie się w jakimś celu, to jest na to za wcześnie. Wydaje mi się że póki co każdy szuka swojego języka muzycznego, nie ma potrzeby, żeby kreować razem z innymi jeden styl.

Które z lubelskich, lokalnych wydarzeń muzycznych uznalibyście za najistotniejsze? Inne Brzmienia, Wschody, może Kody?

Sam się nad tym zastanawiam. Ale dochodzę do wniosku, że nie powinno się wyznaczać najważniejszego. A to dlatego, że każdy z wyżej wymienionych festiwali (dodałbym do tego jeszcze Lublin Jazz Festiwal) ma inne źródło. Kody są festiwalem tradycji i awangardy, Lublin Jazz Festiwal skupia się na jazzowej stronie muzyki, a Inne Brzmienia to inne brzmienia. Każdy reprezentuje własny charakter i w zależności od gustów można wybierać. Ponadto daje to możliwość poznawania różnych obszarów muzycznych bez wyjeżdżania z własnego miasta. Nie wspominając już o szeregu innych festiwali, równie różnorodnych jak chociażby Najstarsze Pieśni Europy, Jazz Bez czy Dźwięku Słów.

Jakie najbliższe plany przed zespołem?

Jak to w letnim okresie bywa jesteśmy trochę w rozjazdach. Natomiast nieoficjalnie szykujemy się na FAMĘ, ale co do szczegółów to podamy za jakiś czas. Poza tym usilnie pracujemy nad wydaniem płyty. To znaczy materiał już od dłuższego czasu jest ukończony, ślimaczymy się tylko z wytłoczeniem. Natomiast zainteresowanych odsyłamy na bandcampową stronę Sekty Denta , gdzie można za darmo przesłuchać cały nasz debiutancki album.

Rozmawiał: Mateusz Grzeszczuk