Wywiad z Tomkiem Makowieckim

Wywiad z Tomkiem Makowieckim

“Każdy dźwięk to moja krwawica.”

Z Tomkiem spotkałem się w jednej z warszawskich kawiarni. Duże zainteresowanie jego nowym materiałem sprawiło, że Makowiecki wstaje z “zimowego snu”, choć jak sam tłumaczy – w ciągu ostatnich lat pracował nad różnymi projektami muzycznymi i wcale nie przyszła mu do głowy jakakolwiek przerwa. Artysta wraca z nowym, autorskim albumem “Moizm”, a przy okazji dał się namówić na rozmowę.

Mateusz Grzeszczuk: Nagły szum medialny związany z wydaniem nowego krążka, zamieszanie wokół twojej osoby, nie zaburzyło w pewnym stopniu twojego rytmu, stylu bycia, pewnej filozofii, jaką obrałeś jako artysta?

Tomek Makowiecki: To jest dla mnie pewnego rodzaju procedura, która się powtarza przy każdej płycie. Wolę tak naprawdę wyrażać się poprzez to, co robię, a nie opowiadać o tym. Ale jest to część jakiejś układanki. Sześć lat od ostatniej płyty to jest kawałek czasu, co prawda cały czas robiłem rzeczy związane z muzyką, jak np. projekt z Mariuszem Szypurą z Silver Rocket – nasze dwie płyty, trasa koncertowa w Niemczech i po Polsce. Potem projekt z Wojtkiem Powagą i Przemkiem Myszorem jako NO! NO! NO! Nagraliśmy płytę, którą zwieńczyliśmy trasą. Koncertowałem też z moim przyjacielem Danielem Bloomem oraz wyprodukowałem płytę dla jednej z fundacji, dzięki której zebraliśmy pieniądze dla potrzebujących dzieciaków. Faktycznie “Moizm”, nad którym pracowałem trzy lata, krążył wokół mnie jak satelita. Był raz bliżej, raz dalej. Zaangażowałem się mocno produkcyjnie, od początku prawie wszystko robiłem samodzielnie. Rzeczywiście były takie momenty, w których musiałem na chwilę odłożyć pracę, aby móc po miesiącu, dwóch podejść do niej z większym dystansem. Dlatego też wszystko obsunęło się w czasie. Dziś jestem zadowolony i cieszę się, że album wychodzi akurat w takim momencie.

Wspomniałeś kiedyś o tym, że “żyjesz małymi krokami”. “Moizm” to zdecydowany krok naprzód. Ruszasz z kopyta? Będziemy mieć “więcej” Tomka Makowieckiego?

W momencie kiedy rodzi się płyta, oddaję ją słuchaczom i mam poczucie, że następne rzeczy (a mam parę pomysłów co będzie dalej) chciałbym robić bardzo intuicyjnie i bardzo szybko. Kiedy zaczęła się praca przy tym krążku, zamknęliśmy się na dwa tygodnie w domu w lesie i nagraliśmy kilkanaście godzin muzyki. Potem pracowałem nad tym materiałem kolejne trzy lata. Mam przeświadczenie, że znów chciałbym zaszyć się na dłuższy okres i wyjść z gotową płytą, którą będę mógł faktycznie wydać. Pracować szybko, intuicyjnie, zarejestrować moment i to wydać.

Pokuszę się o opinię, że program Idol nadal w pewien sposób na tobie ciąży. W szczególności, kiedy sam stwierdziłeś, że musisz dwa razy bardziej starać się o fanów. Ten proces nadal trwa? Nadal musisz silniej zabiegać o względy słuchaczy?

Jeżeli nie ma Cię w mediach mainstreamowych, to słyszę  opinie: Stary, gdzie ty byłeś, co się z tobą dzieje?, a ja najzwyklej robiłem swoje. Mam takie poczucie, że upłynęło sporo czasu. Trochę z premedytacją, pełną świadomością, wycofałem z mainstreamowych form przekazu, być może niektórym dałem o sobie zapomnieć.  Czy udział w tym programie nadal mi ciąży? Myślę, że już dawno nie. Mam czystą kartę, robię muzycznie to, na co mam ochotę. I to bezkompromisowo. Sam sobie jestem producentem, nikt mnie nie zmusza bym chadzał w różne miejsca. Podejmuję decyzje w zgodzie ze sobą, a co się wydarzy z nową płytą? Zobaczymy. To na czym mi zależy ogromnie to granie na żywo, wychodzenie do ludzi, z materiałem live. Sesja live na waszym portalu będzie doskonałą do tego okazją. To są według mnie najciekawsze formy promocji.

Robisz co chcesz, działasz, masz wolną rękę. Doczytałem na stronie, że “Moizm” jest pewną deklaracją niepodległości. Ta z kolei kojarzy mi się z tym, że uwalniamy się od czegoś. Zryw, forma buntu. Pytanie: co na tobie ciążyło? Od czego się odrywasz?

Absolutnie nie jest to forma buntu. Zastanawiałem się, czy wydawanie płyt długogrających ma jakikolwiek sens. W momencie kiedy żyjemy w świecie cyfrowym, gdzie muzyka jest czymś ogólnie dostępnym, często za darmo. Odnoszę wrażenie, że młodzi ludzie nie maja czasu na słuchanie płyt, tylko interesują ich poszczególne piosenki. One gdzieś tam wpadają, funkcjonują. Zastanawiałem się, czy to ma sens. Z drugiej strony: nagrałem album, którego w moim przeświadczeniu najlepiej słuchać od początku do końca w całości. Nie są to szablonowe kompozycje, aranżacje. Zdarzają się nawet 10-minutowe utwory, co jest dziś przecież rzadkością. Deklaracja niepodległości polega trochę na tym, aby podejmować swoje decyzje świadomie, odpowiedzialnie, w zgodzie z sobą, bezkompromisowo. Jestem wolnym człowiekiem. Teraz jestem w stanie pozwolić sobie na trochę więcej, niż przy poprzednich płytach. Jestem niezależny. W zasadzie bawię się formą.

Nie demotywuje cię Polska? Brodka jakiś czas temu zdementowała plotki na temat, jakoby miała powiedzieć, że w Polsce niczego się nie da zrobić, że wyjeżdża za granicę.

Z Monika się zgadzam. W Polsce jest wiele możliwości, tak naprawdę to, że jesteśmy małym i wąskim rynkiem muzycznym, to dla nas dodatkowy plus. Wszystkich artystów ciągnie do Stanów, a to jest tak ogromny rynek i tak duża konkurencja, że człowiek ma wrażenie, że u nas mimo wszystko jest łatwiej. Nie czuję się zdemotywowany. Wręcz przeciwnie.

W kontekście rewolucji, niepodległości. Mówiłeś, że z Bloomem i jego rodziną jeździliście na polanę, aby pooglądać gwiazdy. Jarają Was stare meble, stare samochody. Z kolei “zdarzyła” ci się taka płyta. Zrywasz z pewnym obrazem “chłopaka retro”?

Nie do końca. W zasadzie ta elektronika jest czymś, co już było w latach 80., a nawet wcześniej. Nagrywając ją, nie byłem pewien, czy zarejestrowałem jakieś nowoczesne dźwięki, oprócz tego, że używałem komputera. Są to stare analogowe brzmienia z końca lat 70. i 80. W momencie kiedy pracowałem z NO! NO! NO! pojawiły się partie elektroniczne. Kupiłem sobie pierwszy syntezator Roland Juno 60 – tak jak ja rocznik ‘83, który jest dźwiękiem mojego dzieciństwa. Kiedy zacząłem w nim grzebać, okazało się, że jest mi to wszystko znajome. Np. z polskich seriali, chociażby “Zmiennicy”, albo programów telewizyjnych. Tutaj pojawiła się pewna nostalgia. Kiedy nagrywałem, nie miałem założenia, że będzie to płyta elektroniczna, że będzie ukierunkowana w tą czy inną stronę. Kupowałem instrumenty na aukcjach internetowych i zacząłem je wykorzystywać, komponować na nich. Jest w tym dużo elektroniki, ale jest też sporo akustycznych dźwięków. Ponagrywanych, pociętych przeze mnie. Była to dla mnie podróż, zabawa brzmieniem.

Zabawa brzmieniem. Jednak niektórzy myślą, że pozostałeś blisko domu. Komentarze w stylu, że czerpiesz inspiracje od żony albo wyssałeś jej wszystkie kreatywne soki.

Ludzie mówią różne rzeczy, a życie toczy się swoim torem. Reni wydała wiele płyt i zagrała setki koncertów. Teraz została matką i postanowiła, że zrobi sobie przerwę. Ja w tym czasie postanowiłem, że robię dalej swoje. Reni nie miała de facto wpływu na moją płytę. Owszem docierały do niej skrawki mojej pracy, gdzieś czasami coś puszczałem, ale to wszystko. Dwa tygodnie temu dałem jej cały materiał do odsłuchania, z prośbą, żeby pomogła mi ustalić kolejność utworów, co zresztą zrobiła. Gdy finalnie usłyszała ten materiał, bardzo jej się spodobało to, co usłyszała.

Nie wiem, dlaczego tak nazwałeś płytę. Zapewne sporo osób o to pyta, ale wyszukałem informację, że jest to jedna z chińskich filozofii. Wśród jej doktryn, przynajmniej w stosunku do klas najbogatszych, wymienia się odrzucenie muzyki.

Tak. Jeżeli chodzi o chińską filozofię moizmu, to zacząłem wgłębiać się, ale po jakimś czasie po prostu zaprzestałem. Jeżeli chodzi o tytuł płyty – grzebałem w różnego rodzaju “izmach”, właśnie szukając tytułu. Moizm przyszedł mi do głowy, kiedy zdałem sobie sprawę, że ta płyta to jest coś, nad czym od początku do końca pracowałem samodzielnie. Od pierwszych dźwięków, poprzez nagrywanie, zwijanie, rozwijanie kabli, rozstawianie mikrofonów. Każdy dźwięk to moja krwawica. Moizm przyszedł mi do głowy nagle i nie byłem pewien, czy coś takiego już istnieje. Szukałem w sieci pewnych znaczeń i znalazłem Krzysztofa Cichosza, artystę, grafika z Łodzi, który napisał “Wyznanie moizmu”. Po lekturze stwierdziłem, że podpisuję się pod jego manifestem obiema rękami. W stu procentach utożsamiam się z nim. Napisałem więc do niego z zapytaniem, czy mogę wykorzystać fragmenty tego wyznania na okładce mojej płyty. Zgodził się i życzył mi powodzenia. “Moizm” to moja prywatna religia wolności.

Najbliższe plany koncertowe?

Przygotowujemy koncert promocyjny w Warszawie, najprawdopodobniej odbędzie się 6 listopada. Chcę tam zaprosić gości, którzy brali udział na płycie – Władysława Komendarka, Daniela Blooma. Nie mam jeszcze potwierdzenia od Józka Skrzeka. Z kolei od marca – pełnowymiarowa trasa koncertowa.

rozmawiał: Mateusz Grzeszczuk

Uwolnij Muzykę! jest patronem medialnym płyty.