Wywiad z Włodkiem Pawlikiem

Wywiad z Włodkiem Pawlikiem.

Powroty do naturalnej przestrzeni pamięci.


Mateusz Grzeszczuk: W zeszłym roku po raz pierwszy uczestniczyłem w festiwalu FAMA w Świnoujściu, a dosyć wiele się tam o Panu mówi. Dziś festiwal ma chociażby kłopoty finansowe i wydaje się, że jego lata świetności minęły. Formuła się wyczerpała?

Włodek Pawlik: Wiesz, nie jestem dyrektorem FAMY. Ok – utożsamiam się z FAMĄ, bo ten festiwal jest pewną ciągłością mojego doświadczenia muzycznego. Byłem tam po raz pierwszy mając 16-17 lat i była wtedy zupełnie innym, odlotowym przedsięwzięciem. Właściwie nikt wtedy nie myślał, że będzie hiper, super, mega festiwalem. Ale była z pewnością festiwalem takich straceńców, odrzuconych, nonkonformistów, pierwsze kabarety. Tam zaczynała KORA, Maanam, przyjeżdżali tam jazzmani – tam się po prostu działo. Ci ludzie jak weszli do polskiej kultury – Magda Umer, Marek Grechuta, można byłoby wymieniać bez końca. I oni zaczynali na FAMIE, i ja też.

Ten festiwal jest moim naturalnym środowiskiem i naturalną przestrzenią pamięci, powrotu do źródeł. To, że ona ewoluuje w różny sposób na przestrzeni lat – trudno, to są inne czasy. Fakt, po moim przyjeździe z Niemiec byłem bardzo aktywny na FAMIE. Na początku lat 90. zaangażowałem się w tworzenie warsztatów jazzowych i przez wiele lat je prowadziłem. Czy zmieniła się formuła? Trzeba pytać dyrekcji, ale też wiedzmy, że czasy nie są łatwe. Zresztą, zawsze były trudne, dla sztuki, dla ludzi, którzy chcieli się wyróżniać od tej masy, chłamu, który nas zalewa nas w mediach komercyjnych i szukają swojego miejsca, wrażliwości dla swojej twórczości. I tak zawsze było, w PRL-u też. Podobnie jest i teraz. Jak uchronić FAMĘ? Mówić o niej, pomagać dyrekcji, bo wiem, że nie mają łatwo.

Był to festiwal pewnego sprzeciwu i czy można wysnuć wniosek, że ukształtował też w Panu pewnego “zadziora”?

Nie tylko ten festiwal. Uważam, że ktoś kto chce nazywać się artystą to nie może iść z prądem. Z mojej perspektywy trzeba iść pod górę, pod prąd, bo tam jest źródło i to nie jest moja definicja, to jest definicja każdego, kto poszukuje swojej własnej drogi jeżeli chodzi o twórczość. Własnego wyrazu, własnej przestrzeni działania, które jest jego osobistym światem. Jeżeli zechcemy pójść na łatwiznę, którą nam proponują wszystkie komercyjne, pseudomuzyczne czy artystyczne przedsięwzięcia, to trudno, jesteśmy po prostu razem z nimi. To jest wielkie stado, setki tysięcy ludzi, którzy robią to samo, a może miliony?

Powiedział Pan w wywiadzie, że czasami z upływem czasu było w Panu mniej młodzieńczej tendencyjności z podatnością na efekciarstwo. Był moment, w którym chciało się tą uciekającą młodość przytrzymać przy sobie silniej niż zwykle? Zostać Włodkiem Pawlikiem – mężczyzną z duszą chłopca?

Dusza to jest jedna sprawa. To nie jest kategoria wieku, ale pewnej otwartości na świat. Ciało się starzeje, na to nie mamy wpływu. Nie jestem doktorem Faustusem i nie mam w sobie potrzeby bycia na siłę młodym, bo tak się nie da. Diabłu się nie zaprzedam. Pewne procesy są, ale moja otwartość na muzykę, życie, na sztukę jest ciągle taka sama jak kiedyś. Jestem aktywny i robię to co mnie kręci, pasjonuje i to co uważam, ważne dla siebie. I staram się tak konstruować, tak sterować swoją działalnością muzyczną, żeby gdzieś zawsze podkreślać pewien osobisty, intymny rys w tym wszystkim.

Z Randy’m Beckerem przyjaźni się Pan prawie 19 lat.

No w sumie tak, można powiedzieć, że już 20.

Jaki jest eliksir na tak długą przyjaźń pomiędzy twórcą a twórcą?

Właśnie to, że szanujemy to co robimy, ja szanuję jego muzykę, jego płyty z Brecker Brothers –  fenomenalny zespół. To były jego kompozycje, jego pomysł. Fantastyczny trębacz, jeden z najlepszych na świecie, ale także fantastyczny człowiek muzyki. Ja nie wchodzę w sfery psychicznie, aczkolwiek tu też się dobrze uzupełniamy. Mieszkamy w jednym mieście, niedaleko od siebie, ale jako, że ufamy sobie i chcemy ze sobą współpracować pod kątem tworzenia muzyki, sprawia nam to autentyczną przyjemność. Dlatego ze sobą od czasu do czasu występujemy, nagrywamy. To jest to. Miłość do tej samej panny, która ma na imię muzyka.

Włodek Pawlik lubi się z Teatrem Starym w Lublinie. Są jakieś inne szczególne miejsce dla Pana w tym mieście?

Po drugiej stronie mam taki pokoik, w którym sobie mieszkam, pokoje należą do Związku Nauczycielstwa (śmiech). I mają istoty atut, a to, że są dwa kroki stąd. Lubię to miejsce, lubię knajpy, starówkę. Lublin bardzo dobrze odbieram i vice versa. Istnieje wzajemna energia między nami.

W związku z Grammy, można stwierdzić, że pokonał Pan Amerykanów na ich własnym terenie?

Tak niektórzy mówią, ale muzyka to nie jest walka na ringu. Oczywiście robi wrażenie, że Europejczyk, a tym bardziej Polak zdobywa Grammy. Sam jestem pod wrażeniem tego (śmiech). Ale musimy też wiedzieć, że w historii europejskiego jazzu było już pięć nagród dla ludzi z tego kontynentu. Nie będę też nieskromny, mówiąc, że to nieistotne. Jest istotne.

Koncert z krążkiem “Anhelli” ma bardzo poetycki wymiar. Sam jest inspirowany poematem Słowackiego. Czytuje Pan współczesną poezję?

Mało mam czasu i to jest problem. Nie chcę też stwierdzać autorytatywnie, że mam pogląd na te sprawy. Gdybym miał tyle czasu ile na studiach, gdzie czytałem i zresztą sam pisałem to może zechciałbym coś na ten temat powiedzieć. Nie chciałbym też nikogo urazić, bo może jest coś czego nie znam, są tacy twórcy. Poezja jest w odwrocie, są ciężkie czasy kiedy nie jest łatwo wejść w sferę popularności, przynajmniej zapewnienia sobie środków do życia, w Polsce.

A katastroficzny Czechowicz, którego wziął Pan na warsztat razem z lubelskimi twórcami i Dorotą Miśkiewicz?

Nie do końca. Katastroficzny i fantastyczny. Każdy człowiek jest katastroficzny i optymistyczny, to jest cała paleta jego wielkiej wszechstronne, bogatej, głębokiej osobowości. Ja tu się zdziwiłem, że ludzie używają tego typu pojęć, kiedy ja otwieram tomik i co drugi wiersz jest o kolorach, Słońcu, barwach Lubelszczyzny. Później czytam o miłości. Wie Pan, Szekspir też jest katastroficzny, tacy są ludzie. Nie dajmy się zwariować.

Pana żona powiedziała, że przy tworzeniu zamykał się Pan w szkole muzycznej jak w celi. A obok tylko bułka i jogurt. Zmieniło się coś?

W sumie niewiele. To jest cela, to jest wyrzeczenie, scena to jest jedno, to wynik tych chwil w samotności.

Pałac w Radziejowicach.

Tak jest, ale tego pałacu nie traktuję jak świecidełka, ale jako miejsce odosobnienia, ucieczki od zgiełku, od tej postindustrialnej – polityczno chorej, wszechobecnej nerwicy. Jeżeli chcę coś napisać, skomponować, pomyśleć o tym co chcę robić, to uciekam od zgiełku i w tym miejscu znajduję dużo spokoju.

Dziękuje serdecznie za rozmowę.

Rozmawiał Mateusz Grzeszczuk