Yeah Yeah Yeahs – “Mosquito”

Yeah Yeah Yeahs – “Mosquito”
Interscope/2013

“Łączymy style, mieszamy gatunki, jak na imprezie trunki!”

Jeśli jesteście fanami takich kawałów jak “Dull Life”, “Date with the Night” czy “Heads Will Roll”, to niestety będziecie zawiedzeni tym albumem. Bowiem na najnowszym krążku nowojorczyków nie ma utworów, które od razu zapadają w pamięć. Na płycie nie znajdziecie także odpowiedników “Maps” lub “Runaway”. Co więc znalazło się na czwartym albumie Yeah Yeah Yeahs? Tak właściwie to nic odkrywczego. Jest niesamowicie spokojnie (jak na YYY) i dosyć miałko. Gdzie podziało się to, czym grupa raczyła nas przez ostatnie 10 lat? Brakuje mi tu punkowego zacięcia z “Show Your Bones” i “Fever to Tell”. Nowy album tria, mimo tego, że podobnie jak “It’s Blizz” (recenzja) jest eklektyczny, niestety ma sporo słabości.

“Mosquito” jest bardzo poukładany i w zasadzie w żadnym momencie nie jest w stanie nas zaskoczyć. Każdy dźwięk został skrzętnie zaplanowany. Na płycie znajduje się minimalistyczny “Subway“, nieco nudnawy “Always” i przestrzenny, lecz dłużący się utwór “Wedding Song“. “Sacrilege” jest interesującym wstępem do płyty, czerpiącym z funku (tylko ten gospel jakoś tu nie pasuje…). “Slave” to rockowy ukłon w stronę wcześniejszych dokonań zespołu, natomiast “Despair” jest dość zachowawczy, jednak ładnie rozwija się koło czwartej minuty.

Dopiero po pewnym czasie linia basowa w “Under the Earth” intryguje, w utworze “Area 52” można dostrzec nawiązania do albumu “It’s Blizz”, a na “These Paths” mamy do czynienia z ciekawą elektroniką. Najlepszy na krążku utwór – “Mosquito” daje powody do uśmiechu. Muzycy gwarantują tu niezłą rozrywkę ze sporą dawką dobrej energii. Podobnie jest w kawałku “Buried Alive” z gościnnym udziałem rapera Kool Keitha (w utworze pod pseudonimem Dr. Octagon). W końcu słyszymy niezłe gitarowe granie!

Odnoszę wrażenie, że zespół chciał na “Mosquito” pokazać zbyt wiele. Ta płyta aż krzyczy: aż tyle potrafimy! wszystko w jednym! Pewnie, że wiele potraficie! A mieszanie gatunków dobrze wychodziło Wam na wcześniejszych płytach w imię złotej zasady: mniej znaczy więcej. “Wszystko w jednym” niestety nie przyciąga. Każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie, ale na dłużej nie sposób się tu zatrzymać. “Mosquito” jest składanką, którą łączy fascynujący głos Karen O.

To płyta bez fajerwerków; idealna jako dodatek do śniadania. Nie zabiera całej naszej uwagi, ale w gruncie rzeczy umila czas. Jestem rozczarowana, jednak na pewno wrócę do kilku utworów z tej płyty.

Ewelina Malinowska