Yumi Zouma – “Yoncalla”

Yumi Zouma – “Yoncalla”
Cascine/2016

Lato nigdy się nie kończy.

Od razu muszę przyznać, ze debiut tej czwórki Nowozelandczyków był w tym roku płytą przeze mnie najbardziej oczekiwaną. Jednocześnie bardzo się go obawiałem. Dlaczego? O tym za chwilę, zacznijmy jednak od początku.

A początek wyglądał tak: czworo przyjaciół z Christchurch nagrało dwa lata temu wyśmienitą, wysmakowaną Epkę z jeszcze piękniejszą okładką. Po roku wypuścili kolejną dziesięciocalówkę, która mnie trochę rozczarowała. To nadal był indie pop wysokich lotów, ale było słychać pierwsze oznaki wyczerpania formuły – prostych, opatulonych pastelowym brzmieniem nostalgicznych piosenek.

Obie Epki Yumi Zouma nagrali na odległość, rozpięci między Paryżem, Nowym Jorkiem, Auckland a Christchurch. Nad “Yoncallą” pracowali już razem, w jednym studiu. To słychać, Yumi Zouma wreszcie brzmią jak prawdziwy zespół. Piosenki są spójniejsze, jeszcze bardziej przemyślane i lepiej skomponowane. Brzmienie nadal jest ich wielką zaletą, ale to właśnie kompozycje wychodzą na pierwszy plan. “Barricade (Matter of Fact)” uwodzi subtelnością, zaskakująco chłodna końcówka w postaci “Hemisphere” i  ”Drachmy” to zdecydowanie najlepszy moment albumu. Dorównuje im “Yesterday” z fantastycznie dreampopową gitarą.

Yumi Zouma nie zrezygnowali ze swojego charakterystycznego brzmienia, sytuującego ich gdzieś w okolicach drugiej płyty Toro y Moi, wyblakłych polaroidowych zdjęć, końcówki lata gdzieś nad jeziorem. Te pastelowe barwy podkreślają piękno piosenek i sprawiają, że od “Yoncalli” wprost nie sposób się oderwać. To moja ścieżka dźwiękowa na tegoroczną kanikułę.

Michał Wieczorek