Relacjeprzemek

Zakończenie lata

Relacjeprzemek

Zakończenie lata

Relacja z festiwalu Selector.

Z Krakowa wydarzenie przeniosło się do Warszawy, z czerwca na wrzesień. Organizatorzy tłumaczyli, że zamierzają dostarczyć festiwal na zakończenie sezonu, ale czy taka strategia jest trafna – rzecz wątpliwa. We wrześniu jest już zimno i lato chyba jednak lepiej kończyć katowicką Nową Muzyką. A festiwale, choć niekoniecznie pod gołym niebem, odbywają się przecież przez cały rok. Na Selectorze ludzi nie było szczególnie dużo, a dobór artystów okazał się tradycyjnie mglisty, wedle sloganu “electronic & alternative music” czyli “trochę elektronicznie, a trochę wszystkiego”.

Pierwszy dzień rozpoczęli xxanaxx, wbrew nazwie bardziej na rozdrażnienie niż uspokojenie, a to za sprawą piskliwego wokalu. Nie lepiej rzecz ma się z UL/KR, które nasza redakcja lubi; mnie panowie na koncercie natrętnie kojarzyli się z Comą, tą polską, i to nie było dobre. O dwudziestej na głównej scenie (namiot niebieski; mniejsza była namiotem różowym) pojawiła się pierwsza gwiazda zagraniczna – Archive.

Jak głosił opis w ulotce festiwalowej, londyńska formacja znana jest w Polsce głównie z przeboju “Again”. Smutna piosenka o miłości, wielce urocza, ale mocno woniejąca już stęchlizną, pojawiła się w secie i tym razem, acz panowie postanowili zrobić widzom psikusa i zakończyli utwór tuż przed tym, co w nim najlepsze, czyli finałowym gitarowym uderzeniem. Nie wiem, czy mają taki zwyczaj, bo choć w Polsce bywają nader często, nie widziałam ich na żywo od roku 2006, kiedy Pollard Berrier był chudszy i piękniejszy, ich kompozycje nieco mniej nudne i całość robiła lepsze wrażenie. Jeśli “Again” zostało ucięte za karę, że publiczność zaczęła klaskać podczas przejścia, to stało się tak słusznie, jeśli nie, to moim zdaniem lepiej było w ogóle tego nie grać. Zaraz potem poszedł kolejny hit, czyli “Fuck U”. Nagłośnienie było dosyć słabe, bo wokal okazał się wyraźniej słyszalny poza namiotem niż w środku, a kawałki Archive mocno przewidywalne.

Pięknie za to wypadł James Blake, przeplatający swoje spokojne, nastrojowe utwory żywszymi momentami. Wokaliście towarzyszyło dwóch panów, jeden grający na perkusji i jeden na dodatkowych instrumentach klawiszowych i gitarze. Zagrali utwory z obydwu albumów Blake’a, w tym hitowy cover Feist, “Limit to Your Love”. Tym razem udało mi się zaobserwować fenomen “Retrograde” i konsekwentnych pisków – muzyk posługuje się sekwencerem i jeśli powtarzana fraza nagra się razem z aplauzem, to powtarza się on za każdym odtworzeniem… Na koniec James zagrał solo cover Joni Mitchell, “Case of You”.

Breakbot, producent i DJ, wystąpił również w towarzystwie Irfane, z którym często współpracował. Razem – producent ze swym sprzętem, do tego gitarzyści i wokalista – wykonali między innymi “A Mile Away”, smutną piosenkę o miłości, w której podmiot liryczny ostrzega loneliness is only heartache away. Obserwowanie, jak Thibaut Berland sprawnie przechodzi od bycia solistą do grania jako część zespołu, cały czas pozostając w klimacie funkowym i przywołując kiczowaty urok disco lat 70., było całkiem dobrą zabawą, ale zbliżał się czas, w którym należało zająć dobre miejsce na aerobik.

Koncerty The Knife zostały nieco doszlifowane od maja. Taniec jest już w pełni synchroniczny, pojawiły się ciekawsze elementy tworzące przedstawienie, jak śpiewający portret podczas “Got 2 Let U”. No i słynny już DEEP aerobik. Doprawdy nie rozumiem, jak moi redakcyjni koledzy mogli nie dać się wciągnąć w tę zabawę. Pan ubrany w spektakularny różowy strój, z blond lokami i brodą dyrygował tłumem w sposób mistrzowski, pomagając roztańczyć każdy kawałek ciała, przywitać się z pozostałymi członkami publiczności i całym koncertowym otoczeniem (Hello stage! Hello sound booth! Hello elbows!). Niesamowitą radochę sprawiało mi i osobom wokół mnie powtarzanie tych poleceń, tańczenie i krzyczenie. To na pewno jakaś sekta. Zapisuję się! – stwierdził ktoś obok. Przede wszystkim instruktor namawiał zaś do wyzbycia się samoświadomości i to rzeczywiście było miłe i potrzebne zagranie w tym przypadku. Show The Knife zwyczajowo pełen był zagadek, żywiołowego tańca i protestów (Fuck sexism! Fuck racism!). Śpiewał albo cały czas ktoś inny, albo peruki były zmieniane nader szybko. Był playback, ale gdy była taka potrzeba, ktoś namiętnie grał na trójkącie. Bardziej performance niż koncert, rzecz wyjątkowa, choć na pewno w kategorii występów muzycznych nie pierwszorzędna.  Wbrew moim obawom polska publiczność zdawała się bawić doskonale, tłumy były dzikie, tańce opętańcze, owacje huczne. Chociaż później losowi ludzie pytani o wrażenia wyrażali negatywne opinie. Udawali, że się dobrze bawią?…

Pomieszanie z poplątaniem

Drugi dzień Selectora nie był tak interesujący jak pierwszy, co można było wywnioskować z frekwencji. Był również jeszcze bardziej niespójny.

Zaskakująco wcześnie wystąpili Capital Cities, radosny kwartet zabawiający się elektroniką, znowu w stylu czasów gorączki sobotniej nocy. Obok elektroniki mieli pana grającego na trąbce, który przykuwał najwięcej uwagi i przydawał muzyce nieco ciekawszych tonów. Skocznymi pioseneczkami Amerykanie szybko rozbujali publiczność. Zastanawiałam się, czy z zadaniem nie poradziłby sobie równie dobrze nasz rodzimy Kamp!, gdy tymczasem panowie zaczęli śpiewać covery, potwierdzając swoją fascynację odskulowym disco wykonaniem “Stayin’ Alive” z repertuaru Bee Gees. Za daleko od oryginału nie odeszli. Swoich piosenek mieli mało, dlatego powtórzyli “Safe and Sound”. Grali również z playbacku, choć nie przez cały czas; zdaje się, że tym razem nikomu to nie przeszkadzało.

Factory Floor, chyba najbardziej niepasujący do tego festiwalu, dziergali swetry. Na telebimach (które pełniły sensowną funkcję tylko podczas koncertu The Knife, w czasie pozostałych nie wyświetlając sceny…) pojawiły się wizualizacje z deseni, a muzyka była niczym powtarzane motywy kolorystyczne. Całość dosyć nużąca, ot, takie lekko hałaśliwe drony bez pomysłu.

Do poszukiwania planet zachęcał zespół Rebeka, duet niczym Fuka Lata, ale o ileż lepszy. Mimo wszystko jednak para produkuje dosyć sztampową, mało zapamiętywalną elektronikę.

Królową nudy okazała się jednak dopiero Jessie Ware. Czego by nie mówić o głosie tej pani, który jest rzeczywiście mocny i śliczny, to, w jaki sposób go używa, to czyste marnotrawstwo. Wychodzi coś pomiędzy Whitney Houston a Christiną Aguilerą, szlachetniejsza odmiana radiowej mielonki. Pioseneczki zupełnie o niczym, podobne do siebie tak, że ciężko się zorientować, czy czasem coś nie leciało już przed chwilą, totalnie przewidywalne aranże, gdyby chociaż miała jakieś wizuale, to człowiek mógłby spróbować skupić uciekające myśli. Uwielbiam smutne piosenki o miłości, ale Jessie nie chce się ruszyć nawet małym palcem, żeby napisać cokolwiek oryginalnego, z odrobiną powabu, choćby jedną linijkę godną zapamiętania. A jak na ironię była najlepiej nagłośniona i nic nie przeszkadzało we wsłuchiwaniu się w jej marne teksty. Publiczności za to podobała się niezmiernie i nawet dostała w nagrodę lampkę nocną.

When Saints Go Machine, duński zespół, zaskoczył wokalistą, do którego wizerunku jego głos jakoś dziwnie nie pasuje. Panowie mieli masę elektroniki, a próbowali zachowywać się jak standardowy zespół z gitarami zamiast laptopów, co dawało dosyć ciekawy efekt. Same kompozycje były już nieco mniej interesujące.

Główną gwiazdą tego dnia, której występ zakończył cały festiwal, była M.I.A. Matangi przywiozła ze sobą całkiem spory kawałek Las Vegas, który rozwiesiła na scenie. Neony były równie kolorowe jak jej występ, pełen tańca i szaleństwa. Zaprosiła na scenę fanki, o czym uprzedziła nas już wcześniej Jessie. Wychodziła do publiczności. Rap był nieco przygłuszony przez hałaśliwe bity, ale tym razem był to chyba efekt zamierzony. Na koniec wokalistka poczęstowała publiczność, w ramach bisu, największymi hitami – “Paper Planes” i “Bad Girls”.

Selector Festival przeniesiony w czasie i przestrzeni chyba niewiele się zmienił, nadal pozostaje niedookreślony programowo, na pograniczu mainstreamu, wciąż ma swoją publiczność, ale wśród ciekawszych wydarzeń raczej specjalnie się nie wyróżnia.

Katarzyna Borowiec

foto. Gosia Lewandowska