Zdzisław Piernik i Piotr Zabrodzki – “Namanga”

zdzisaaw-piernik-i-piotr-zabrodzki.jpg Zdzisław Piernik i Piotr Zabrodzki – “Namanga”

O polskiej muzyce mogę bardzo długo mówić bardzo źle, ale o polskim jazzie nigdy nie powiem złego słowa. Od 1956 roku polscy muzycy jazzowi należeli do światowej czołówki, wychowani na Jazz Jamboree i innych polskich festiwalach. Nazwiska takie jak Krzysztof Komeda, Tomasz Stańko, Zbigniew Namysłowski kojarzą ludzie na całym świecie. W 2008 roku Zdzisław Piernik i Piotr Zabrodzki pokazali, że polski jazz nadal może i tworzy coś nowego.

Zdzisław Piernik jest klasycznie wykształconym muzykiem (rocznik ‘42), być może jest jednym z największych tubistów na świecie. Pierwszy spreparował tubę i zastosował wiele nowych technik gry na tym zapominanym instrumencie. Grał z wieloma muzykami jazzowymi i kompozytorami muzyki współczesnej (Penderecki, Kilar, Szalonek). Piotr Zabrodzki (rocznik ‘82) jest młodym multiinstrumentalistą, na swoim koncie ma współpracę z panem Duże Pe, Dariuszem Majelonkiem czy z Yoshidą Tatsuyi – ikoną japońskiej awangardy, kilka lat temu założył zespół Blast Muzungu – grający muzykę na pograniczu jazzu, noisu i funku. Jak na tak młodego artystę rozpiętość gatunkowa jest ogromna.

Tych dwóch muzyków stworzyło płytę niesamowitą, której nie było w Polsce od wielu lat. Nawet naprawdę dobre płyty Mikołaja Trzaski nie osiągnęły tego poziomu – jak napisali na zachodzie “Polish jazz does it again!” – oprawa graficzna też przypomina klimat starych polskich płyt.

“Namanga” składa się z piętnastu miniatur – bo trudno inaczej nazwać te utwory -  trwają po minutę, półtorej – najdłuższy trwa pięć minut. Trudno określić charakter tej płyty, niektóre utwory są trochę bardziej kontemplacyjne, przypominają utwór muzyki kameralnej, inne muzyki Komedy. Niektóre to po prostu ostry free jazz, a czasami po prostu hałaśliwy rock wykorzystujący klasyczne instrumenty. Najbardziej wyeksponowana jest oczywiście tuba – na tej płycie chyba najlepiej widać jak Piernik odnowił brzmienie tego instrumentu. W niektórych utworach słychać jeszcze wibrafon (Hubert Zemler) i skrzypce (Wojciech Kondrat).

Płyta nie jest łatwa w odbiorze,  ale poznawanie światów stworzonych przez tych dwóch muzyków daje bardzo dużo satysfakcji. Ta muzyka nie jest akademicka i napuszona jak to często u awangardzistów bywa – wręcz przeciwnie, odgłosy wydawane przez tubę dodają płycie dużo humoru. Gdybym miał grać w zespole jazzowym moim marzeniem byłoby nadawać nazwy utworom, zobaczcie tylko jakie wspaniałe są tytuły utworów na tej płycie – “Gwizd Na Polu”, “Perły Przed Kruki”, “Konstelacja Brylantowa” czy “Kamrat Zuch”. Jedyną wadą tej płyty są krótkie utwory (większość z nich mogłaby trwać dziesięć minut zamiast minuty…), ale widocznie muzycy mieli w tym jakiś cel.

Płyta została wydana przez jedną z najciekawszych polskich wytwórni – VIVO records, która dostarcza na krajowy rynek muzyczną awangardę – u nas prawie niedostępną. “Namangę” można spokojnie położyć na półce obok “Astigmatic” i cieszyć się, że takie płyty powstają.

Filip Lech