Wspomnienie Pitchfork Music Festival Paris 2017

Odtwarzanie, pauza, przewijanie… i znów odtwarzanie.

PMF2017.jpg

3 utwory

1. The Blaze - "Juvenile"

2. Kamasi Washington - "Truth"

3. Kevin Morby - "Destroyer"

W dobie cyfryzacji, gdy wciskam przycisk “odtwarzania” na dowolnym urządzeniu czy programie – począwszy od odtwarzacza płyt kompaktowych, przez komputerowy “player”, na streamingowej aplikacji w telefonie kończąc, gdzieś w głowie słyszę klik, trzask i szum jaki towarzyszył kasecie puszczanej w magnetofonie. Przewijanie taśmy do konkretnego kawałka, funkcja autorewers pozwalająca posłuchać drugiej strony kasety bez ruszania się z miejsca i wreszcie przegrywanie ulubionych utworów i albumów z kasety w kieszeni A na kasetę w kieszeni B należały do podstawowych czynności związanych z słuchaniem muzyki. To ja decydowałem, kiedy chcę posłuchać jednego konkretnego utworu, całego albumu czy może przygotować sobie składankę na specjalną okazję. Nośniki i urządzenia do ich odtwarzania zmieniały się wraz z upływem czasu, lecz swego rodzaju wolność w sposobie słuchania muzyki pozostała niezmienna. Podobny mechanizm towarzyszy zwykle mojemu festiwalowemu sposobowi odbioru muzyki. Raz niektórych wykonawców słucham dość wybiórczo, innych od początku do końca (wliczając podbarierkowy czas oczekiwania na występ), by wreszcie na koniec na ogół już po powrocie do domu tworzyć muzyczne playlisty i składanki wspomnień, które w dowolnym momencie przywołuję. Przewijam wspomnienia w lewo, trochę w prawo, wciskam “odtwarzanie”, potem “pauzę”, “przewijanie”…  i ponownie “odtwarzanie”, by znaleźć się w środku ulubionego koncertu.

Tym właśnie sposobem przeniosłem się na występ Kamasiego Washingtona, który miał miejsce w trakcie Pitchfork Festival Paris 2017. Słucham właśnie utworu “Truth” artysty nazywanego “saksofonistą rapu”. Towarzyszy mu na scenie co najmniej siedmiu innych muzyków, a samych instrumentów słychać i widać jeszcze więcej. Klarnet, pianino, puzon, dwa zestawy perkusyjne, kontrabas, wokalistka i na tym nie koniec. Mam wrażenie, jakby pięć różnych melodii wybrzmiewało w jednym czasie. W przerwie między utworami wirtuoz saksofonu tenorowego stwierdza, że jego zdaniem różnorodność to nie jest coś, co należy tolerować, lecz coś, co należy wręcz celebrować. Pada też zdanie, byśmy nie zapominali o tym, jacy jesteśmy piękni. Energetyczna, nieco psychodeliczna wizja jazzu zaprawiona elementami soulu czy nawet funku. Krótki acz nadzwyczaj treściwy koncert zamyka kompozycja “The Rhythm Changes”. O ile Jamie Callum nakreśla wizję współczesnej muzyki pop, która mi odpowiada, to Kamasi Washington i członkowie kalifornijskiego kolektywu West Coast Get Down robią to samo z jazzem, który staje się przystępniejszy dla przeciętnego słuchacza tego gatunku muzyki. Zaiste zadziwiające.

bbng-poonehghana-1.jpg

Przewijam nieco taśmę wspomnień i słucham BADBADNOTGOOD. Zamiast geniuszy tworzących fuzję hipnotycznego futurystycznego jazzu mam wrażenie, jakbym był na czwartkowym jam session z udziałem studentów akademii muzycznej. Publika ich uwielbia, a jakże. Kanadyjczycy z Toronto są spontaniczni – jeśli nie grają na instrumentach, to dają się ponieść dźwiękom wygrywanym przez pozostałych muzyków. Dosłownie jakby fruwają czy szybują po scenie naśladując ptaki. Perkusista zachęca publiczność, aby do nich dołączyła, a w międzyczasie z instrumentu odpadają części (trzeba będzie zaraz poprzykręcać niektóre elementy). Brzmienie dość płaskie. A ja nadal na zachodnim wybrzeżu. Kamasi wysoko zawiesił poprzeczkę. Studentom się podoba. Ja wciskam “pauzę”.

Przewijam wspomnienia w lewo, przewijam w prawo. Są i Jungle! Nie ukrywam – jedni z moich faworytów. Jestem chyba na najżywszym koncercie festiwalu, który z pewnością nie skończy się na samym aperitifie. Dotąd koncerty zamykały się zwykle w 40-50 minutach. Ledwie kubki smakowe zostały pobudzone, a już należało kończyć występ. Czuję, że teraz nie obejdzie się bez bisów. Publika wreszcie reaguje żywiołowo. Dotąd różnie z tym bywało. Stare dobrze mi znane utwory jak: “Time”, “Busy Earnin’” czy “The Heat” są przeplatane kompozycjami przygotowanymi z myślą o kolejnym albumie. Bardzo płynnie to wszystko przebiega, co oznacza, że nowy materiał nie odbiega poziomem od debiutu. Dobry prognostyk. Jungle dbają o formę. Piosenki jak zwykle przemyślane i sprawnie zagrane. Sceniczny look artystów podkreśla spójność fonii z wizją. Funky miejski groove dociera do każdego zakątka wielkiej hali widowiskowej, a ja z każdym utworem znajduję się coraz bliżej sceny. Jest coś magnetycznego w ich muzyce. Przyklejam się do barierki przyciągnięty dobrymi dźwiękami. Stop.

jungle_poonehghana-9.jpg

Zmieniam stronę. Co ja słyszę! Nina Simone w tle śpiewa “I Wish I Knew How It Would Feel to Be Free”, a koncert Kevina Morby’ego zaczął się nie wiadomo kiedy. Ot, jakby od niechcenia, lecz z pełnym profesjonalizmem. Wykonawca wraz z towarzyszącym mu zespołem zaprezentował muzykę, która najbardziej zapadła mi w pamięć pierwszego dnia festiwalu. Zaczęło się od “City Music” i kilku innych kompozycji z ostatniego albumu artysty. Z każdym zagranym utworem towarzyszyło mi uczucie, jakbym przemierzał setki, a wręcz tysiące mil dzielące Kansas City (miasto rodzinne artysty), nowojorski Brooklyn (tu zbierał doświadczenie grając w kilku indie kapelach) i wreszcie Los Angeles (tu się osiedlił i nagrał trzy ostatnie solowe płyty). Przemierzałem Stany Zjednoczone wzdłuż i wszerz niczym wagabunda. Nastrojowe utwory “Harlem River” i “Destroyer” sprawiły, że w paryskiej Grande Halle de La Villlete wytworzył się hipnotyzujący klimat gdzieś pomiędzy filmem “Truposz” Jima Jarmusha (przypomniała mi się doskonała ścieżka dźwiękowa autorstwa Neila Younga) a “Strachem na wróble” Jerry’ego Schatzberga (Pacino i Hackman przebrani za bezdomnych jechali autostopem po Kalifornii przygotowując się do roli). Podróżuję przez Dziki Zachód przebrany za włóczęgę i przeżywam inicjację duchową pod wpływem spotkanego Indianina – Kevina Morby’ego. Taśma się kończy. Muzyka milknie, a wcale nie wcisnąłem klawisza “stop”.

Kevin_Morby_Matt_Lief_Anderson_1002.jpg

Na drugiej strony kasety wspomnień to już składanka pt. “The Greatest Hits”. Ride zagrali całkiem poprawny koncert i usłyszałem legendarny “Vapour Trail”, a zmęczeni kilkunastogodzinnym lotem z Chicago, gdzie wystąpili dla fundacji Obamy The National nie zachwycili, choć dowiedziałem się,  dlaczego ostatni ich album przypadł mi bardziej do gustu niż poprzednie. Otóż powstał on we współpracy z hołubionym przez Francuzów twórcą muzyki elektronicznej Rone, który pojawił się gościnnie w trakcie ich koncertu. Cóż to? Magnetofon wciągnął kasetę wspomnień? Muszę ją wyciągnąć, nawinąć z powrotem kawałek zmiętej taśmy i spróbować odtworzyć, co się jeszcze da. W międzyczasie mignęło mi przed oczami kilka napotkanych na festiwalu postaci. Francuzi nie pozwolą, aby ktoś był na tego typu imprezie sam, chętnie ukradną frytkę czy wypiją kieliszek wina. Kaseta znów działa. O! Jest i Sylvan Essso. Chyba najkrótszy koncert świata na jakim byłem. Kilka wyśmienitych utworów na czele z lirycznym kołyszącym “Coffee” oraz hitowym, finałowym “Radio” z płyty “What Now” zostało zagranych jakby na czas. Artyści chcieli w bardzo krótkim czasie wykonać jak największą ilość utworów. Na samym początku zdarzyła im się mała pomyłka, po której wrzucili na luz. Wykonali spontanicznie kilka energetycznych piosnek zauroczywszy swoją bezpośredniością i bezpretensjonalnością paryską publikę. Doskonały aromat. Dobre krótkie zakończenie. Przewijam na podglądzie. Bukiet urodzinowy otrzymała Princess Nokia. Chyba niespecjalnie miała ochotę koncertować. Co chwilę przerywała i zaczynała koncert od nowa. Papieros na zmianę z dżointem i DJ tnący niczym rzeźnik mash-upowe podkłady. Jakby nie było Grand Halle de la Villette to niegdysiejsza rzeźnia, a dziś miejsce występów artystów. Wpisali się w regulamin miejsca sprzed stu lat. Raperka choć niedbała, to była szczera w swoim działaniu, za co zyskała moją sympatię.

princessnokia-poonehghana-1.jpg

Korzystam z funkcji trzysekundowej przerwy, jaką można było wprowadzić na przegrywanej kasecie, przewijam o kilka wspomnień do przodu. Na finał elektroniczny francuski duet The Blaze, który zagrał ledwie czterdziestominutowy, lecz treściwy live-act. Po wcześniejszym wysłuchaniu innych artystów oraz zespołów znad Sekwany (Rone, Polo and Pan czy Isaac Delusion) utwierdziłem się w przekonaniu, że nastąpiło może nie tyle odrodzenie, co raczej przedefiniowanie zjawiska określanego jako french touch. The Blaze to doskonały dobór dźwięków ubrany w bardzo dobry sceniczny koncept. Rozsuwające się konstrukcje na początku i końcu występu. Muzycy wyłonili się z wnętrza sześcianu, na którym wyświetlane były przez cały czas wizualizacje, zagrali cztery (z wszystkich sześciu) kompozycje i na sam koniec znów skryli się za ekranami. Pojawiła się filmowa lista płac. Dosłownie jak w kinie. Doskonały seans. Elegancja Francja czy może raczej wolność, równość i blazerstwo. Rozochocony postanowiłem zostać do samego końca. Przede mną sety BICEPThe Black Madonny i oczekiwanego Talabomana. Szykuje się powrót pierwszym metrem. Tu wspomnienia stają się niewyraźne. Kaseta szumi. Kończy się strona. Zaraz usłyszę “stop”. Na szczęście mogę dowolnie przewijać i odtwarzać ją aż do zdarcia. Wierzcie mi jednak, że na jednej składance festiwalowych wspomnień nie poprzestanę.


fot. materiały prasowe organizatora

3 utwory

1. The Blaze - "Juvenile"

2. Kamasi Washington - "Truth"

3. Kevin Morby - "Destroyer"