Arctic Monkeys - "Tranquility Base Hotel & Casino"

Arctic Monkeys - "Tranquility Base Hotel & Casino"

“Who the Fuck Are Arctic Monkeys?”

arctic-monkeys-tranquility-base.jpg

3 utwory

1. Arctic Monkeys - "Four Out of Five"

2. Arctic Monkeys - "Golden Trunks"

3. Arctic Monkeys - "One Point Perspective"

Arctic Monkeys zaskoczyli chyba wszystkich. Nie jest tym samym żadną niespodzianką, że odbiór szóstego albumu zespołu jest totalnie podzielony. Są zachwyty i to często wśród osób, które wcześniej nie do końca były stronnikami zespołu. Niektórym natomiast dość trudno pogodzić się z tym, że jeden z najważniejszych zespołów rockowych ostatnich lat (choć chyba bardziej na miejscu jest sformułowanie, że najważniejszy) dał sobie spokój z rockiem i przeciera zupełnie nowe dla siebie szlaki. Inni zaś narzekają, bo po prostu lubią narzekać czy też nie chcą dać zespołowi szans (może znowu raz odsłuchana płyta i na szybko napisana recenzja?), nierzadko powodowani dziwnego rodzaju snobizmem. Niewątpliwie krok jaki został poczyniony był odważny, ale nie tylko za odwagę należy się Arctic Monkeys uznanie. Niżej podpisanemu zdecydowanie bliżej do tych, którzy głoszą, iż „Tranquility Base Hotel & Casino” to płyta niesamowicie dobra, a uwzględniając to, co odczuwam po trzynastym przesłuchaniu - wybitna.

„Tranquility Base Hotel & Casino” wypada nazwać albumem koncepcyjnym. Tytułowa baza Tranquility to luksusowy ośrodek wypoczynkowy znajdujący się na Księżycu, a Arctic Monkeys jawi się jako zespół przygrywający gościom. W oparach dymu z papierosów i nadmiernych ilości spożywanego alkoholu. Z tej perspektywy Turner przygląda się światu i nie jest to obraz wesoły.

„Tranquility Base Hotel & Casino” daleko do „AM” (recenzja) czy wcześniejszych albumów. Płyta działa w zupełnie inny sposób, porusza inne miejsca. Jest bardziej filmowa, nieoczywista, tworzy klimat, z którym trudno się pożegnać. Dodatkowo, w 2018 roku wymagać od słuchacza 40-minutowego skupienia i tworzyć coś co należy słuchać w całości, nie na wyrywki, to rzecz niemal szalona, ale Arctic Monkeys tego spróbowali. Oni zrobili jeszcze więcej - na szóstym albumie zespołu po raz pierwszy w karierze nie umieścili przebojów w tradycyjnym tego słowa rozumieniu (najbliżej tego jest „Four Out of Five”), a całość w znacznie większej mierze przywodzi na myśl The Last Shadow Puppets czy solowe nagrania Turnera do filmu „Moja łódź podwodna” niż cokolwiek z dyskografii zespołu. Zupełnie inne są też inspiracje. Jeśli w przeszłości można było rzucać litanię nazw rockowych grup, to w 2018 roku zdecydowanie bardziej na miejscu jest przywołanie takich nazwisk jak Serge Gainsbourg, Leonard Cohen, Brian Wilson, a sam wokal zbliża się w rejony, w których słychać coś z Davida Bowiego. Stuprocentowa „retromania”, ale pomysłowa i rozbrajająca.

Piosenki na „Tranquility Base Hotel & Casino” Turner  komponował w samotności. I zamiast gitary wykorzystywał do tego celu przede wszystkim pianino. Spod jego ręki wyszły wszystkie teksty, a i odegrał dużą rolę przy produkcji (okładki również). Ponoć Jamie Cook, gitarzysta zespołu, po usłyszeniu szkiców, powiedział Turnerowi, że lepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby wydał materiał jako album solowy. Propozycja spotkała się z odmową. I całe szczęście, bo oto przykładowo, póki co, zdolności Alexa w graniu na pianinie nie są szczególnie wybitne (co ma na pewno związek z tym, iż kontakt z tym instrumentem ma od niedawna, dostał je przed dwoma laty na 30. urodziny). Można sobie wyobrazić, że choć pozostali członkowie byli przy nagrywaniu znacznie mniej aktywni niż przy poprzednich albumach, to jednak odcisnęli swoje piętno, co słychać w genialnych partiach basu. Gitary odgrywają drugoplanową rolę, ale kiedy się pojawiają („Golden Trunks”, „One Point Perspective”), to w sposób najlepszy z możliwych.

Turner po raz kolejny potwierdza, że jest wybitnym tekściarzem. Wers: “I just wanted to be one of The Strokes, now look at the mess you made me make” przywoływany jest do znudzenia przy okazji niemal każdego materiału o płycie. I w sumie jest on w pewien sposób kluczowy. Z całości wyłania się obraz pewnego zagubienia oraz rozczarowania tym, co oferuje rzeczywistość skonfrontowana z marzeniami i oczekiwaniami zgromadzonymi przez lata. Jest tu sporo o współczesnej, zgubnej roli technologii, w tym robieniu głupich fotek z cheeseburgerem, jest też odrobinę polityki, więcej elementów rodem z literatury i filmów science-fiction. Wszystko z charakterystycznym sarkazmem, błyskotliwością i erudycją.

Z jednej strony zaskoczenie, ale po głębszym namyśle mamy do czynienia z naturalną koleją rzeczy. Wydaje się, że osobom, które załapały się na szaleństwo związane z debiutem Arctic Monkeys, a potem sukcesywnie obserwowały jak zespół dojrzewa, próbuje czegoś nowego, nierzadko padając urokiem nagrań, może być znacznie łatwiej pokochać zespół w odmianie z 2018 roku. Bo Arctic Monkeys się starzeją, ale w przeciwieństwie do setek innych zespołów, robią to z wdziękiem. Nie chcą brzmieć jak wtedy, gdy mieli po 19 lat, a ich spojrzenie na muzykę i świat były totalnie odmienne. Nie chcą być śmieszni i nieautentyczni, a z drugiej strony niekoniecznie muszą się przejmować jedynie tym, by sprostać oczekiwaniom. I między innymi też dlatego raczej trudno sobie wyobrazić, by w najbliższych latach organizowali trasę, na której będą odgrywać w całości któryś z pierwszych albumów. Nie muszą odcinać kuponów jak Interpol czy Bloc Party. Nie muszą, bo robią postępy, a gdzie ich to zaprowadzi? Nawet jeśli w rejony coraz mniej atrakcyjne i ciekawe, to i tak za dotychczasowe sześć płyt należy im się największa truskawka lub najlepsze whisky (czy co tam lubią) na świecie. A i tak wierzę, że tutaj powstaną jeszcze rzeczy, na które braknie pozytywnie nacechowanych przymiotników w słowniku. Kiedyś Turner powiedział, że Arctic Monkeys wydadzą 12 albo 13 płyt i jest to jedna z najbardziej fascynujących perspektyw na najbliższe lata.

fot. Zackery Michael

3 utwory

1. Arctic Monkeys - "Four Out of Five"

2. Arctic Monkeys - "Golden Trunks"

3. Arctic Monkeys - "One Point Perspective"