Bębęnki w strzępach, scena w drzazgach

Relacja z koncertu At The Drive In w Berlinie.

atdi-logo.jpg

3 utwory

1. At The Drive In - "One Armed Scissor"

2. At The Drive In - "Governed By Contagions"

3. Death From Above - "Going Steady"

Kiedy dwa lata temu świat obiegła informacja o powrocie At The Drive In w (prawie) oryginalnym składzie, wielu fanów - w tym niżej podpisany - skakało ze szczęścia, że dostali kolejną szansę zobaczyć na żywo zjawisko, które wydawało się już bezpowrotnie utracone. Zanim Cedric Bixler-Zavala i Omar Rodriguez-López zasłynęli bardziej progresywnym obliczem za pośrednictwem grupy The Mars Volta, wraz z Paulem Hinojosem, Tonym Hajjarem i Jimem Wardem stworzyli coś niepowtarzalnego. Zespół At The Drive In był idealną fuzją energii post-hardcore’u z elementami emo i punka. Byli grupą wyrzutków, którzy po wydaniu jednego z najważniejszych albumów gatunku, “Relationship of Command”, mieli szansę zdobywania szczytów popularności. Zamiast tego, niedługo później implodowali.

Miałem już okazję zobaczyć zespół po powrocie, kiedy wystąpili na gdyńskim Open’erze przed dwoma laty, ale był to jeszcze moment, kiedy lwią część koncertu stanowił materiał z “Relationship of Command”. Od tego czasu grupa zdążyła wydać w ubiegłym roku swój pierwszy po siedemnastu latach album - "in•ter a•li•a". Choć płyta nie spotkała się ze szczególnym entuzjazmem wśród fanów, wciąż byłem ogromnie ciekaw, co kwintet zademonstruje w berlińskim Columbiahalle.

Pierwsze, co przywitało mnie przed wejściem - kolejki, ogromne kolejki. Z racji obostrzeń wprowadzonych przez organizatorów, lista przedmiotów, których nie można było wnieść na teren wydarzenia, była wręcz śmiesznie długa. Oprócz sprzętu elektronicznego wszelkiej maści, odwiedzający nie mogli wnieść żadnego plecaka czy torby, w wyniku czego ogromna część ludzi została odesłana do mieszczącego się przy wejściu prowizorycznego punktu, w którym za symboliczną kwotę dwóch euro mogli zostawić swoje bagaże. Był to czysty skok na kasę, który nie podobał się wielu (i słusznie), ponieważ odsyłane było wszystko - zarówno większe plecaki, jak i malutkie torby, które zapewne mieściły się w limitach ustalonych przez organizatora. Przez cały ten ambaras część koncertu otwierającego wieczór Le Butcherettes musiałem słuchać z zewnątrz. Ulubieńcy Rodriguez-Lópeza na czele z niezwykle charyzmatyczną Teri Gender Bender zrobili szybki przekrój swojej dotychczasowej twórczości - od debiutanckiego “Sin Sin Sin” aż po utwór “Spider Waves”, który najprawdopodobniej zapowiada czwarty album meksykańskiej grupy.

Ważnym gościem na europejskiej trasie At The Drive In byli Death From Above (już bez 1979 w nazwie) - zespół, który również swego czasu przechodził rozstania i powroty. Kanadyjskie duo za sprawą wydanego w 2004 roku debiutanckiego “You’re a Woman, I’m a Machine” zrewolucjonizowali rockowy krajobraz swoją wersją głośnego i zabójczo melodyjnego dance punka na bas i perkusję. Zmęczenie wynikające z niekończącej się trasy koncertowej, wieczne napięcie w zespole i różnice artystyczne dotyczące kierunku zespołu doprowadziły do rozpadu zespołu w 2006 roku. Potrzeba było pięciu lat, aby Death From Above ostatecznie zażegnali różnice i wrócili do wspólnej aktywności. Siedem lat i dwa kolejne albumy później w końcu miałem szansę zobaczyć Kanadyjczyków w akcji.

Seb Grainger i Jesse F. Keeler, pomimo dość chłodnego przyjęcia, zdołali stopniowo przekonać do siebie tłum dzięki swojej fenomenalnej formie. W trakcie niecałej godziny zdołali zaprezentować spektrum swojej twórczości. Choć głównie skupiali się na promocji wydanego w ubiegłym roku trzeciego albumu, “Outrage Is Now!”, nie zabrakło też utworów z debiutu oraz wydanego w 2014 “The Physical World”. Co prawda “Going Steady” i “Romantic Rights” z debiutanckiego “You’re a Woman…” spotkały się z największymi oklaskami, ale nawet kompozycje z ostatniego dzieła duo, jak “Freeze Me”, “Holy Books” czy “Nomad” zabrzmiały potężnie na żywo. Mimo tego, że najnowsza odsłona Death From Above nie ma tego samego gniewu i mocy, co pierwsze utwory, ich obecność na scenie jest zawsze mile widziana. Chociaż po to, aby usłyszeć te ogromne melodie, które umożliwiły drogę takim grupom, jak Royal Blood czy Turbowolf.

Kiedy wreszcie minęła godzina 21, a światła zgasły, w powietrzu czuć było podekscytowanie. Kiedy zaś usłyszeliśmy charakterystyczne marakasy rozpoczynające “Arcarsenal”, tłum ruszył do szaleńczego tańca, który trwał do ostatniej minuty. Zespół zaś ochoczo żywił się tą energią, miotając się po scenie. Nie był to już ten sam chaotyczny taniec, który znamy z nagrań sprzed rozpadu grupy. Twarde narkotyki i głód sławy zastąpiła herbata i maska tlenowa, z której Bixler-Zavala korzystał między utworami. Pomimo wieku i lekkiej nadwagi, nie przestawał tańczyć, wić się, rzucać w tłum, zeskakiwać z najróżniejszych elementów sprzętu, ubarwiając wszystko cudownie absurdalną konferansjerką. Może i nie zobaczyliśmy zespołu w szaleńczym transie. Usłyszeliśmy za to wspaniale brzmiące solówki Rodriguez-Lópeza, zbitą sekcję rytmiczną Hajjara i Hinojosa, rytmiczną gitarę Keeley’ego Davisa, który na dobre rozgościł się w zespole po rezygnacji Jima Warda oraz dojrzały, mocny głos Bixlera-Zavali. Pomimo niedawno wydanej płyty, grupa ponad połowę koncertu spędziła prezentując większość materiału z “Relationship of Command” - m.in. “Enfilade”, “Pattern Against User”, rzadkie wykonanie “Non-Zero Possibility” czy “Quarantined” rozciągnięte do kilkunastu minut za sprawą długich (i ciekawych) improwizacji zespołu. Na dokładkę dorzucili “198d” z EP-ki “Vaya”, choć osobiście bolał brak “Napoleon Solo” bardzo często granego w ramach tej trasy.

Słuchając nowego wcielenia At The Drive In w końcu zrozumiałem, jakie były ich intencje przy ostatnim wydawnictwie. Może "in•ter a•li•a" okazała się ofiarą zbyt wielkich oczekiwań, ale koncertowe doświadczenie zespołu udowodniło, że ten materiał tworzony był przede wszystkim z myślą o graniu na żywo. Utwory jak “Governed By Contagions”, “Hostage Stamps” czy wykonane po raz pierwszy na żywo “Holtzclaw” pokazały pazur, którego brakowało w wydaniu studyjnym. Granie ich sprawiało też wyraźnie największą radość muzykom, którzy nagle wydali się bardziej rozbudzeni. Ale to “One Armed Scissor” zagrane na bis wprawiło publiczność w trudny do opanowania amok.

Choć od “Relationship of Command” minęły już niemal dwie dekady, berliński koncert pokazał siłę tego materiału - jest ostry, donośny, lekko eksperymentalny, ale przede wszystkim - wciąż niezwykle aktualny. Nieważne, ile kolejnych płyt pod szyldem At The Drive In jeszcze zobaczymy, bardzo trudno będzie im osiągnąć poziom swojego magnum opus. Niemniej jednak próbować zawsze warto. Niezależnie od rezultatu, koncerty grupy to czysta przyjemność - zarówno pod kątem muzycznym, jak i wykonawczym. Jedyne, czego mogę żałować to fakt, że nie pojawiłem się w Columbiahalle dwa lata wcześniej, kiedy zespół zagrał wyprzedany koncert. Odcięty balkon może i zwiększył gęstość osób na parterze, ale nie zatuszował faktu, że inicjalny boom już się skończył. Co At The Drive In zrobi dalej, by utrzymać się na wznoszącej fali? Nie mam pojęcia, ale już przebieram nogami. W międzyczasie zaś proponuję kolejny krok: powrót The Mars Volta.

3 utwory

1. At The Drive In - "One Armed Scissor"

2. At The Drive In - "Governed By Contagions"

3. Death From Above - "Going Steady"