Beach House - "7"

Znów to zrobili.

beach-house-7.jpg

3 utwory

1. Beach House - "Black Car"

2. Beach House - "Lemon Glow"

3. Beach House - "Dive"

Dość trudno uwierzyć, że to już siódmy album Beach House. Doskonale pamiętam, jak mnóstwo czasu spędziłem w towarzystwie „Teen Dream” (recenzja) czy „Bloom” (recenzja) i jak wiele emocji dostarczały, budząc przy okazji fascynację wcześniej nieodwiedzanymi muzycznymi światkami. Ciężko w to uwierzyć, ale działo się to odpowiednio aż osiem i sześć lat temu. Z samym zespołem było potem odrobinę gorzej. Wydane w 2015 roku dwie płyty („Depression Cherry” (recenzja), „Thank Your Lucky Stars”) sprawiły, iż nieco łatwiej było o wrażenie, że Victoria Legrand i Alex Scally doszli już do punktu, w którym albo muszą podjąć jakieś odważniejsze kroki, albo zaczną godzić się z tym, iż najlepsze jest już za nimi. W przeciwnym wypadku pozostawało im budzić wśród słuchaczy sentyment czy spotykać się z coraz częstszymi zarzutami, że te senne historie stają się po prostu nudne. Kiedy w ubiegłym roku Beach House wydali kolekcję  „B-Sides and Rarities” wiele mogło wskazywać na to, że sami dochodzą do wniosku, iż warto spróbować nieco namieszać czy wpuścić odrobinę powietrza. I wykonali ten krok, a efekt jest taki, że paszcza niejednokrotnie otwiera się z wrażenia.

Victoria Legrand w wywiadach i materiałach dołączonych do płyty mnóstwo uwagi poświęca symbolice tytułu najnowszego albumu. Nie chodzi tylko o fakt, iż jest to siódma płyta w dyskografii, ale również wokalistka mówi o stworzonych dotychczas 77 piosenkach, a z zupełnie innej strony wspomina o obecności i istocie „siódemki” w wielu religiach świata, w tym jako symbolu najwyższego poziomu rozwoju duchowego. Brzmi to momentami co najmniej dziwacznie czy niebezpiecznie, ale na szczęście wszystko to sprowadza do wniosków o potrzebie odmłodzenia czy nawet odrodzenia jako podstawowego celu przyświecającemu powstawaniu albumu.

 
 

Beach House w 2018 roku nie zmieniają, na całe szczęście, całkowicie swojego oblicza. Cały czas można w stosunku do nich używać tych samych przymiotników i przywoływać te same inspiracje. To więc w dalszym ciągu dream pop, w którym słychać wiele z Cocteau Twins, nieco mniej ze Slowdive i My Bloody Valentine. Legrand i Scally tworzą na tej bazie klimat niepodrabialnie mroczny, z niezwykle charakterystycznym, nieco jazzowym wokalem.  „7” przeznaczone jest prędzej dla tych, którzy preferują zamknąć oczy i odizolować się od wszystkiego niż dla grupy wybierającej słuchanie muzyki np. przy zmywaniu naczyń czy wrzucaniu prania do pralki. I w tym przypadku całkowite oddanie się przynosi dodatkowe korzyści, bo elementów przyciągających uwagę jest znacznie więcej niż na dotychczasowych albumach. W tym kontekście niezwykle istotnym elementem wydaje się zatrudnienie do współpracy Sonic Booma (Spaceman 3) w roli producenta. Zapewne miał on dość spory wpływ na dużo większą ilość dźwięków syntezatorów czy też fakt, iż gitary są często schowane lub w ogóle nieobecne („Black Car”). Dobrym krokiem było też zaproszenie do studia koncertowego perkusisty Jamesa Barone'a, a także sama zmiana podejścia polegająca na nagrywaniu utworów tuż po ich stworzeniu, nie zaś wyczekiwaniu na zebranie całego materiału. Zauważalne jest dążenie do pewnej dozy świeżości i danie sobie spokoju z dopieszczaniem do przesady każdego dźwięku. Być może też dlatego piosenki w nieco większym stopniu wciągają i zarażają.

Jeśli szukać czegoś, co może wywołać minimalne rozczarowanie, to można się przyczepić, iż „7” jest albumem momentami nierównym. Rzuca się to z w uszy, kiedy porówna się „Lemon Glow”, „Dive” do „Pay No Mind” i „Lose Your Smile”. Nie oznacza to, iż te dwa ostatnie utwory są słabe. W obliczu bliższego i dalszego towarzystwa nieco jednak tracą i nie przyciągają aż takiej uwagi. Odrobinę więcej można by oczekiwać od warstwy lirycznej. Legrand nie opowiada historii, a raczej chodzi tutaj o pewnego rodzaju impresjonistyczne wrażenie, pełne nostalgii i sentymentalizmu, czasami z odniesieniami do tematyki wiążącej się np. z kampanią MeToo. Teksty z pewnością nie są złe i zdarzają się tutaj fragmenty błyskotliwe czy zapadające w pamięć, ale o wyciskanie łez czy spektakularne zachwyty raczej trudno.

Beach House można zarzucać monotonię czy przewidywalność i z tego rodzaju argumentami ciężko dyskutować. Ale to właśnie w tej monotonii i przewidywalności niektórzy dostrzegają piękno. „7” zachwyca (może nie tak intensywnie jak „Teen Dream”, ale jednak). Na pewno nic lepszego w tym gatunku w 2018 roku już nie powstanie, a i można mieć duże wątpliwości czy w tej dekadzie (chyba, że Beach House zdążą jeszcze wydać kolejny album).

fot. Shawn Brackbill

3 utwory

1. Beach House - "Black Car"

2. Beach House - "Lemon Glow"

3. Beach House - "Dive"