Cały ten horyzont - wywiad z Królem

Cały ten horyzont - wywiad z Królem

Błażej Król tuż przed kwietniowym wrocławskim koncertem promującym "Przewijanie na podglądzie" opowiedział nam m.in. o instrukcji obsługi jego twórczości, o poruszaniu się we współczesności, o Grzegorzu Ciechowskim i o odpowiedzialności artysty.

Błażej Król

3 utwory

1. Kobieta z Wydm - "A co jeśli"

2. Król - "Szlag"

3. Król - "Szczenię"

Piosenkom na „Przewijaniu na podglądzie" nadałeś podwójne tytuły, a drugi tytuł, jak sam powiedziałeś, w pewien sposób narzuca sposób interpretacji tekstu. Ale jednak duże pole do interpretacji pozostawiasz słuchaczowi i ten słuchacz, odbiorca jest dla ciebie ważny. 

To może być zarzut. Czasem chcemy, żeby ktoś nam bardziej wskazał drogę, bardziej ukierunkował, bardziej powiedział coś na twarz, wprost. Ja nigdy tak nie pisałem i nie mam potrzeby tak pisać. Może to dlatego, że nie mam nic do powiedzenia. Może dlatego, że wolę łapać te impresje, fragmenty. I dopiero kiedy każdy przefiltruje je przez swój czas, moment, w którym się znajduje, emocje – wtedy pojawiają się te interpretacje. Próbowałem nie tyle je narzucić czy ukierunkować, ale pokazać cały ten horyzont, cały ten obraz. To słuchacz przykłada ucho i jeśli jakiś fragment zadziała, to bardzo dobrze. 

Czyli każdy z nas nosi instrukcję obsługi twojej twórczości w sobie. 

Tak, mam taką nadzieję. Moja rola kończy się na napisaniu piosenki, na występie na scenie. Nie podaję nic na twarz, nie daję odpowiedzi. Nie znam jej, nie jestem stuprocentowo wielu rzeczy pewny. Przedstawiam jedynie fragmenty. 

Czy zgodzisz się ze stwierdzeniem, że twoje piosenki, pomimo tej fragmentaryczności, to jednak historie? 

Moje utwory opowiadają jakąś chwilę, godzinę, jakiś dzień, jakieś minuty. Możemy stać się ich bohaterem, ale też możemy podpisać bohatera jako kogokolwiek.

Patrząc na poszczególne utwory mogę powiedzieć, że opowiadają one jakąś chwilę, godzinę, jakiś dzień, jakieś minuty. Możemy stać się ich bohaterem, ale też możemy podpisać bohatera jako kogokolwiek. Możesz to być ty, może być ktoś ci bliski lub ktoś zupełnie obcy. Może to być akcja zupełnie nie związana z nami. Są to sytuacje, które mogą się wydarzyć lub się wydarzają. Ale nie są to tak do końca historie, które mi się przydarzają. Każdy może się pod tym podpisać. 

Co jest dla ciebie punktem wyjścia w trakcie pisania? 

Zobacz, mam tutaj telefon. I słowa. To może być też fragment książki, którą czytam. Zaczyna się od słowa, tego jestem nawet bardziej niż pewny. Mam cały notatnik wypełniony fragmentami, strzępkami. Potem przepisuje je do zeszytu w ten sposób, że każdą kartkę rozpoczynam czy to zdaniem, czy to słowem. I potem zaczynam łączyć, układać, lepić. Oczywiście, chcę uzyskać pewien klimat, nie zdaję się tu na kompletny przypadek. 

Okładka „Przewijania na podglądzie” koresponduje z tym, co mówisz – widzimy zlepek fragmentów, kolaż obrazów. Jej autorką jest Barrakuz. Jak przecięły się wasze drogi? 

Z Barrakuz, czyli Beatą Śliwińską poznaliśmy się przez portal społecznościowy, przez zaprzyjaźnionych muzyków, przez wydawcę. Widziałem jej prace na Instagramie. Tworzy kolaże, bardzo współczesne, które pasowały mi do tego materiału, bo tam jest fragmentaryczność, urywkowość, składanie z wielu elementów jednego obrazu, całości. Porozmawialiśmy przez telefon, opowiedziałem o płycie i o swoich oczekiwaniach. Później Beata pokazała mi swoją pierwszą pracę i znaleźliśmy to, o co chodziło. 

Z Beatą widziałem się raz, z Jackiem Gawłowskim nigdy nawet nie rozmawiałem, a z Piotrem Emade Waglewskim rozmawialiśmy esemesowo i mejlowo. Nie potrzebuję innego kontaktu. Niektórzy oczywiście potrzebują takiego kontaktu, gdy dochodzi do interakcji i wtedy rodzi się coś cudownego. Nie odbieram tego nikomu. Ale mi szkoda na to czasu. Wolę spędzać czas z Iwoną, z rodziną, z przyjaciółmi.

To bardzo współczesne podejście do współpracy. Nie musimy się spotykać, wystarczą komunikatory.

To mi nie przeszkadza, nie boję się tego. Takie są czasy, w których żyjemy. Często lepiej porozmawiać tak jak my tutaj czy przez telefon, ale nie neguję innych opcji. Czy to zabije jakiś czynnik ludzki? Na pewno. Ale nie cofniemy czasu, nie wyrzucimy telefonów do śmieci, nie wyrzucimy laptopów do zsypu. To jest część naszego życia i trzeba to jakoś robić z głową. Mnie się nie udaje. 

Uległeś fascynacji?

Tak, jestem trybikiem w tej całej machinie. Podziwiam ludzi, którzy świadomie rezygnują z Facebooka. Czasem sam chciałbym tak zrobić, ale usprawiedliwiam się ciągle tym, że wydałem album, że potrzebna jest promocja. O to też chodzi, bo chcę trafić do jak największej ilości słuchaczy, a portale społecznościowe, internet, ten głupi telefon – ale nie! bardzo mądry telefon – dają tę możliwość. Wolałbym ten czas poświęcić na książkę, przez piętnaście, dwadzieścia minut jesteś w stanie przecież przeczytać kilkanaście stron. Staram się to po swojemu równoważyć, ale czasem się poddaję. 

Nie stawiam się po żadnej ze stron, szukam. 

Mam wrażenie, że na „Przewijaniu na podglądzie” jest więcej emocji wyrażonych wprost. Jest więcej „nas”, a mniej „ja”, nie jesteś tu sam. Czy definiujesz się w jakiś sposób przez pryzmat „my”?

Zawsze jest łatwiej schować się za kimś. W moim przypadku wynika to też z tego, że jestem cykorem. Na początku teksty powstają w liczbie pojedynczej, ale potem wprowadzam dużo zmian. Ale nie chcę absolutnie stawiać się w kategoriach głosu pokolenia. Staram się złapać te momenty, które gdzieś się dzieją. Nie stawiam się po żadnej ze stron, szukam. 

Jak, jako osoba, która nie chce być głosem pokolenia, odnosisz się do porównań z Grzegorzem Ciechowskim, wokalistą i liderem Republiki? Bo one pojawiają się co jakiś czas. 

Grzegorz był głosem pokolenia i osobą, która stworzyła kawał dobrej muzyki. Znam jego twórczość, choć nie jestem jego fanem. W dzisiejszych czasach trudno powiedzieć, że ktoś jest głosem pokolenia. A jeśli już tak się dzieje, to czas wybrzmienia tego głosu trwa chwile. Nie mamy takich artystów, pisarzy czy twórców, którzy poruszają tłumy, pokazują drogę i te tłumy za nimi idą. Takie mamy czasy, mocno rozpiżdżone. Stawiamy się po jednej albo po drugiej stronie. Choć nie opowiadam się po żadnej z nich i tak czuję się mocno rozerwany. 

Na tę chwilę nie znam artysty, który słowem, słowem i melodią, porywałby tłumy.

A może przydałby się nam taki głos…?  Nam, w czasach, w których mamy wszystko. Wydawać by się mogło, że większość z nas jest ogromnie szczęśliwa, bo ma dostęp do wszystkiego i może wszystko. Ale nie wiem, co musiałaby zrobić czy powiedzieć taka osoba. Na tę chwilę nie znam artysty, który słowem, słowem i melodią, porywałby tłumy. Nie mówię tu oczywiście tylko o wspólnym śpiewaniu czy poddaniu się chwili i mocy stadionowej. Może te czasy potrzebują takiej osoby, która zebrałaby te strony i pogodziła je? Albo wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej je skłóciła i wezwała na barykady?  

Ja nie chcę być tą osobą i na pewno nią nie będę. Mam swój świat, mam swoich ludzi, ma mnie kto kochać. Jestem facetem od piosenek i moja rola kończy się w momencie, kiedy wydaję album lub schodzę ze sceny. Ale jeśli ktoś to odbierze w ten czy inny sposób? To jego sprawa. To jest wielka odpowiedzialność i ja nie chcę brać jej na siebie. Ja chcę opowiadać - nawet jeśli nie historie, to chcę pokazywać przy pomocy słów te fotografie, które udało mi się zrobić. Chcę pokazywać swoje rzeczy i jeżeli ktoś znajdzie coś dla siebie lub odnajdzie siebie, to super, zapraszam. 

Czy w takim razie jako artysta mówiący do ludzi nie czujesz się zupełnie odpowiedzialny za odbiór swojej twórczości?

Nie czuję się odpowiedzialny za nikogo. Przede wszystkim to ja mam się czuć w tym dobrze, to mnie ma się to podobać. Jeśli ktoś znajduje tam coś dla siebie, coś co go podniesie lub przydusi do podłogi, to świetnie. Nikogo nie zmuszę do słuchania. Jest tyle zespołów, jest tyle muzyki, jest tyle pięknych rzeczy, że jeśli ktoś uważa, że moje impresje są dla niego o niczym i to marnowanie czasu, nie obrażę się. 

 
 

Pozwól, że jednak wrócę na moment do Ciechowskiego. W ubiegłym roku wziąłeś udział w koncercie „Obywatel GC 2.0” w ramach Męskiego Grania, gdzie zaśpiewałeś „Podróż do ciepłych krajów”. 

Porównania, o których mówiłaś wcześniej zaczęły się od tego, że zdobyłem nagrodę im. Grzegorza Ciechowskiego w 2015 roku. Przyjąłem ją z pokorą. Mogłem się przygotować i powiedzieć, że jestem fanem, od wielu lat słucham, ale to byłoby kłamstwo. Oczywiście znam te utwory czy choćby fragmenty tekstów. Ale ja nie dostałem nagrody za to, że jestem podobny czy naśladuję Ciechowskiego. Dostałem ją za kroczenie swoją drogą i indywidualność, jaką reprezentuję. I krok po kroku, choć może nie dążę do czegoś konkretnego, ale skrupulatnie wykonuję pewne rzeczy, też okołomuzyczne. Za to przyznano mi tę nagrodę. 

Nie jestem fanem wykonywania utworów innych artystów. To tak jakby bawić się w malowanie obrazu jeszcze raz.

Zgodziłem się na udział w tym projekcie, mimo że nie obyło się bez żadnego „ale”.  Przede wszystkim to był pierwszy raz, kiedy wykonałem cover. Nie jestem fanem wykonywania utworów innych artystów. To tak jakby bawić się w malowanie obrazu jeszcze raz. Nie uważam, żeby to było potrzebne, choć oczywiście można to robić. Może generalizuję, ale zauważyłem, że płyty z coverami nagrywane są przez artystów w momencie, kiedy już nie mają pomysłu na siebie. Sam mam takie utwory, które uwielbiam, ale wiem, że moje wykonanie nie jest potrzebne. 

Inaczej sprawa się ma jeśli chodzi o teksty. Uważam, że młodzi twórcy powinni czerpać z klasyki i wykorzystywać ją na swój sposób. Kiedyś byli Jacek Cygan, Wojciech Młynarski, Agnieszka Osiecka i to byli pisarze, którzy całą paletę swojej intymności, emocji rozdawali i piękne głosy wykonywały to. A jeśli ktoś już zrobił fajny, dobry utwór, to nie uważam, że potrzeba go jeszcze raz interpretować. 

Zgodziłem się na udział w „Obywatelu GC 2.0”, bo mogłem wykonać „Podróż do ciepłych krajów” po swojemu. I części odbiorców się to podobało. Najbardziej jestem zadowolony z reakcji zaprzyjaźnionych artystów oraz przede wszystkim managera Republiki, Jerzego Tolaka, który moje wykonanie docenił i powiedział mi to wprost. 

Przyzwyczaiłeś nas, że pracujesz w niewielkim gronie zaufanych osób. Tu miałeś do czynienia z kilkunastoma osobami. Jak wyglądała z twojej perspektywy praca w większym gronie? Czułeś się nieswojo?

Tak. Do samego udziału przekonało mnie to, że Andrzej Smolik jako szef i koordynator całości „poleciał” z aranżacjami, mocno odszedł od oryginałów. Od początku widać było, że nie będzie tam wznoszenia Ciechowskiego na piedestał i suchego odgrywania. Ten projekt był oddaniem hołdu, ale przełożonym na wrażliwość poszczególnych artystów. Nie musiałem więc walczyć o swoje.

Przy „Obywatelu GC 2.0” pracowałem z bardzo miłymi osobami – właśnie Andrzejem Smolikiem, Michałem „Foxem” Królem, Michałem Gołąbkiem. To świetni ludzie. Spędziliśmy ze sobą raptem kilka godzin na próbach dzień przed koncertem, później te kilka minut razem na scenie. Cały zespół poświęcił więcej czasu, włożyli więcej siebie. Ja byłem osobą, która ma utwór wykonać, zrobić swoją interpretację lub odegrać to właśnie jeden do jednego. 

Grzegorz Ciechowski nadal ma ultrasów, fanów, którzy woleliby słyszeć jego utwory w stosunku jeden do jednego. Ja podszedłem w dosyć mocno dziwny sposób do interpretacji, ale jeśli nie zrobiłbym tego w ten sposób, po swojemu, to nie byłoby tak jak ja bym chciał. A musi być tak jak ja chcę. Przecież nie ma sensu robić nic na siłę.

Może właśnie moja muzyka jest po to, żeby ją tylko tak odrobinę liznąć.

Czytasz recenzje swoich płyt? 

Uwielbiam dobre recenzje, uwielbiam być chwalony, uwielbiam kiedy ego rośnie. Googluję swoje płyty, sprawdzam czy pojawiła się jakaś nowa recenzja czy opinia. Wrzucałem każdą recenzję na swój fanpage na Facebooku, żeby się pokazać i pochwalić. Ale od paru tygodni łapię się na tym, że już tych recenzji do końca nie czytam. Chyba dlatego, że brakuje mi w nich wnikliwości, sięgnięcia głębiej do tego, co robię. Nie mówię tego z żalem, bo każdy ma swój sposób odbioru. Może właśnie moja muzyka jest po to, żeby ją tylko tak odrobinę liznąć. 

A określenie w nich ciebie jako „osobnego”, „niesformatowanego” czy też twojej twórczości jako „muzyki dla snobów” lub „postapokaliptycznego popu”? Jak się do tego odnosisz? 

Nie mam problemu. Lubię głaski, ale ważniejszy jest dla mnie ten kontakt po koncercie i opinia, jaką wtedy usłyszę - to jest najważniejsza dla mnie recenzja. Wtedy czuję ten feedback. Recenzje zazwyczaj muszą mieć określoną ilość słów, które trzeba jakoś wypełnić. Nie kieruję się recenzjami kupując albumy i wierzę, że mało kto tak robi. Ale jednak są one przydatne i miłe. Nie wiem, co jest gorsze: pisanie o kimś słabych recenzji czy zupełne pomijanie go... Mogę tylko dziękować osobom, w tym także recenzentom, które zechciałby poświęcić czas na posłuchanie płyty. To jest dla mnie super ważne. Nie ze wszystkimi opiniami muszę się zgadzać, ale jednak chylę głowę. 

Czy gdybyś mógł z dzisiejszą świadomością cofnąć się o kilkanaście lat do swoich muzycznych początków – zmieniłbyś coś na swojej artystycznej ścieżce? Miałbyś dla siebie jakąś złotą radę? 

Nic bym nie zmienił. Nawet nie chciałbym się przenosić. Uważam, że jestem mega szczęśliwym człowiekiem, spotyka mnie dużo dobra, choć może nie zawsze potrafię je docenić, może nie zawsze potrafię odbić to dobro dobrem, ale w tej kwestii chyba nie różnię się mocno od innych ludzi.

Mógłbym na moment przenieść się w czasie i poobserwować siebie, ale na pewno bym do siebie nie podszedł. Przeszedłem to, co miałem przejść. Chciałbym móc powiedzieć, że coś mnie wzmocniło po drodze, ale ja nie jestem człowiekiem, którym uczy się na błędach, jakoś w to za bardzo nie wierzę. Może bym tylko powiedział sobie, żebym bardziej dbał o zęby. I mniej się garbił. 

Od ponad miesiąca możemy słuchać „Przewijania na podglądzie”, teraz jesteś w trakcie trasy promującej. Co dalej? 

Zacząłem kolekcjonować kolejne utwory. Nie wiem czy nagramy to jako Król czy Kobieta Z Wydm, czy może jeszcze coś innego. Żeby zagrać trasę Iwona wzięła dwumiesięczny bezpłatny urlop, ja takiego nie dostałem, dlatego zrezygnowałem z pracy. Co nie znaczy, że nie wrócę do niej, bo jednak lubię się bawić, lubię kupować sobie książki. Chciałbym oczywiście zapewnić najbliższym jakiś status. Jeśli będę musiał znaleźć dodatkowe źródło utrzymania lub poczuję, że to nie jest to, że w kwestiach artystycznych robię coś na siłę, wrócę do pracy pełnoetatowej. Dziś nie żałuję decyzji, jaką podjąłem. Trzeba tylko bardziej uważać, dbać o siebie bardziej, bo nie ma już tego bata nad głową. Nie nastawiam się na sukces ani na porażkę. Co będzie, czas pokaże. Będzie dobrze. 

fot. Iwona Król

 

3 utwory

1. Kobieta z Wydm - "A co jeśli"

2. Król - "Szlag"

3. Król - "Szczenię"