Czego spodziewać się po Arctic Monkeys?

Czego spodziewać się po Arctic Monkeys?
Arctic Monkeys

3 utwory

1. Arctic Monkeys - "She Looks Like Fun"

2. Arctic Monkeys - "Pretty Visitors"

3. Arctic Monkeys - "R U Mine?"

To pytanie warto zadać sobie przy okazji wizyty kwartetu z Sheffield na najbliższej edycji festiwalu Open’er, na którym wystąpią po raz trzeci. Co ciekawe, grupa nie miała jeszcze okazji wystąpić w Polsce na koncercie klubowym, choć przy popularności grupy trzeba raczej mówić o arenach. Od pierwszego występu blisko dekadę temu aż do najbliższego koncertu 4 lipca na gdyńskim Kosakowie, zespół zdążył przeistoczyć się kilkakrotnie; z czego ostatnie wydawnictwo, wydane początkiem maja “Tranquility Base Hotel + Casino”, zdołało podzielić swoją dotychczasową publiczność na tych, którzy tę pozycję bezgranicznie uwielbiają i na tych, którzy nie są w stanie zrozumieć, co się tak właściwie stało, licząc, że to raczej jednorazowy wybryk niż nowy kierunek, którym zespół zamierza podążać. Kim więc w tym momencie są Arctic Monkeys?

“Four stars out of five/And that’s unheard of”

Redakcyjny kolega - Michał Stępniak - świetnie podsumował najnowszą twórczość Arctic Monkeys w swojej recenzji. Choć jego zdanie nie do końca odpowiada mojej ocenie, jest kilka ważnych punktów, z którymi trudno się nie zgodzić. Po pierwsze, płycie zdecydowanie bliżej do tego, co Alex Turner tworzy wespół z Milesem Kanem w projekcie The Last Shadow Puppets czy jego jedynym dotychczas wydanym albumem solowym, EP-ce do filmu “Moja łódź podwodna”. Stąd też dla wielu fanów obserwujących progres zespołu od lat tak ogromny przeskok nie wydawał się czymś najbardziej naturalnym. Nie zgadzam się jednak z tym, że krytyczne głosy związane są ze snobizmem czy niezrozumieniem materiału. Całość jest trudna w odbiorze, nieraz specjalnie przekombinowana, z wyraźnymi słabszymi punktami (“Science Fiction”, “The World’s First Ever Monster Truck Frontflip”, “The Ultracheese”). Choć doceniam szukanie nowych środków wyrazu i zakochałem się w koncepcji “Tranquility Base Hotel + Casino”, nie jestem w stanie kupić tego eksperymentu w całości.

Drugi problem, który widać już przy pierwszym odsłuchu, to fakt, że ostatnie dzieło Arctic Monkeys tak bardzo ograniczyło wkład pozostałych członków zespołu. Matt Helders, perkusyjna bestia, na płycie ograniczył się do kilku wstawek, a wolny czas wypełnia grą na syntezatorach. Gitary Cooka zeszły do absolutnego minimum, a i w momentach, gdzie jego gra jest istotna, nie są to już te same chwytliwe melodie. Jedynie basy Nicka O’Malley’ego błyszczą, jak np. w cudownym wstępie do tytułowego utworu czy zwrotkach “She Looks Like Fun”. Czasem myślę, że zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby ten materiał znalazł się na solowym wydawnictwie Turnera (co było możliwością przy samym początku prac). Choć kto wie, czy rezultat nie byłby gorszy bez małych detali reszty czlonków zespołu, dopełniających szaloną wizję ich frontmana.

 
 

“Bear with me man, I lost my train of thought”

Warto zwrócić szczególnie uwagę na Alexa Turnera, który przeszedł kolejną metamorfozę. Z wyglądu trochę hipis, trochę właściciel obskurnego hotelu, ubrany w luźne koszule i drogie garnitury, zdał się nawet porzucić swój silnie zamerykanizowany akcent, przez co w ostatnich wywiadach aż przyjemnie słuchać, co ma do powiedzenia. Niestety, wokalnie wydaje się być nieraz zagubiony w swoich własnych myślach bez konkretnej pointy. Wszelkie wokalizy, podjazdy, pohukiwania mają raczej wymiar czysto showmański, uśmiechając się pod nosem do Davida Bowiego czy współczesnych wykonawców jak Father John Misty. Jaki to daje rezultat? Zdarzają się mu rzeczy, w których radzi sobie wybornie, podpierając tekst odpowiednim aktorskim dośpiewem, ale utyka, kiedy wjeżdża aż do znudzenia w kolejne falsety, które nie służą niczemu. Natomiast trzeba przyznać jedno: pod względem tekstowym jest to jedna z najlepszych i najdojrzalszych rzeczy, jakie kiedykolwiek napisał. Nikt nie oczekiwał, że będzie tym samym obserwatorem, co na dwóch pierwszych płytach, gdzie sypał metaforami jak z rękawa i jak mało kto, bardzo łatwo potrafił wywołać konkretne obrazy, z którymi jego rówieśnicy byli w stanie się od razu zidentyfikować. 11 krótkich historyjek stanowiących szósty album Arctic Monkeys to rzeczy napisane z humorem, dystansem do świata. Turner przez księżycowe metafory opowiada o tematach bardzo aktualnych: przesycie informacyjnym (“Four Out of Five”), religii (“Science Fiction”), smutnej dorosłości (“One Point Perspective”), mediach społecznościowych (“She Looks Like Fun”), wszystko ubierając w trafne i niezwykle interesujace spostrzeżenia.

 
 

“Maybe I was a little too wild in the 70s”

Choć jeden z wersów na “Star Treatment” wypowiada się o poprzednim wcieleniu “AM” z przymrużeniem oka, bo wszyscy wiedzieliśmy, że węży urok, aviatory, zaczes na tonę żelu to tylko gra pozorów. Choć “AM” też nie był idealny, był dziwnym fenomenem kulturowym. Piąta płyta Małp okazała się kluczem uniwersalnym, który otwierał drzwi sal koncertowych całego świata. A przede wszystkim: stał się punktem zwrotnym w karierze zespołu, który od lat próbował swoich sił poza Starym Kontynentem. “AM” dzięki chwytliwym numerom, a także mocy takich serwisów jak Tumblr umożliwił Arctic Monkeys swobodny dostęp do Ameryki. Sprzedała się w ilości równej wszystkim poprzednim albumom razem wziętym, Jak względem “AM” stoi w takim razie ostatnie wydawnictwo? W Wielkiej Brytanii okazało się najszybciej sprzedającym się winylem od ostatnich 25 lat, debiutowało w pierwszej dziesiątce notowań w całej Europie, wylądowało na 8. miejscu Top 200 magazynu Billboard w Stanach Zjednoczonych. Nie są to jednak liczby, które miało “AM”. Choć to było łatwe do przewidzenia, bardzo ciekawym jest, na ile zespół poradzi sobie przy kolejnych krążkach. W Europie będzie raczej dobrze, ponieważ zespół ma ugruntowaną karierę i stałą publiczność. Ameryka może być jednak trudna do powtórnego podbicia. Wielu tamtejszych słuchaczy ma w dużej mierze o wiele krótszy staż słuchania Arctic Monkeys, a trudna i bardzo nie-radiowa muzyka z pewnością nie pomoże w utrzymaniu się na fali. Szczególnie, że zespół przed premierą nie wydał żadnego singla, a nowe utwory można było jedynie usłyszeć w wątpliwej jakości nagraniach na YouTube’ie. Tak, jak internetowe dziewczęta z Tumblra przyczyniły się do sukcesu zespołu w Stanach, tak ich dezaprobata może być sporym problemem w kolejnych etapach działalności w tamtym regionie.

 
 

“Two shows a day, five nights a week”

W kontekście nadchodzącego koncertu, warto też porozmawiać, jak Arctic Monkeys radzą sobie na żywo. Tutaj od razu mówię, że można odetchnąć z ulgą. Miałem okazję zobaczyć zespół na pierwszym koncercie w Europie w berlińskim Columbiahalle, tuż po premierze “Tranquility Base Hotel + Casino”. Zespół, który na potrzeby nowego materiału rozszerza się do ośmiu osób na scenie, jest w wyśmienitej formie. Choć główną oś koncertu stanowią przede wszystkim utwory z dwóch ostatnich albumów, jest wciąż miejsce na elementy z wcześniejszych etapów ich działalności. Nie brakowało niespodzianek: dawno niesłyszanego “The Hellcat Spangled Shalalala” w cudownie odświeżonej wersji, która brzmi o wiele ciekawiej od tej studyjnej. Zagrali również “You’re So Dark” - b-side na singlu “One for the Road”. Przy tak bogatej dyskografii trudno zadowolić tych, którzy liczą na dużo staroci, bo ich najzwyczajniej w świecie za dużo nie będzie. Kawłaki z dwóch ostatnich wydawnictw stanowią średnio 55-60% miejsca na setlistach (sprawdzone na podstawie ostatnich kilkunastu koncertów zespołu w USA i Europie), więc pozostały czas to raczej “the best of” z ograniczonym miejscem na niespodzianki.

Co ciekawe, pomimo lewoskrętnych kombinacji na ostatniej płycie, piosenek z “AM” na koncertach jest najwięcej. Powód jest bardzo prosty: to są fenomenalnie dobre utwory, które są w stanie rozruszać tłum, dając tym samym możliwość podbudowania energii między kolejnymi najnowszymi indeksami. Jest jednak jedno ale. Wiele z kompozycji na koncertach Arctic Monkeys zostały podporządkowane stylowi “Tranquility Base”, więc nawet najostrzejsze momenty, jak “R U Mine?” czy “Pretty Visitors” zdają się być lekko zaokrąglone w rogach. A to wstawki klawiszowe, a to wokalne harmonie, a to zastąpienie gitary innym instrumentem. Wszystkie te zabiegi zdają się być bardzo dokładnie zaplanowane, by pasować do ich obecnego wcielenia. Nawet ich ostatni występ dla brytyjskiego Radio 1 jest kuriozalny. Zespół przytaszczył stare kamery z lat 70., przyniósł także kombinezony znane z teledysku do “Four Out of Five” dla całej ekipy nagrywającej koncert. Ten perfekcjonizm odzwierciedla się we wszystkim - od okładki, przez ubiór, materiał prezentowany na żywo, na oprawie wizualnej kończąc.

 
 

“I just wanted to be one of The Strokes/Now look at the mess you made me make”

“Tranquility Base Hotel + Casino” to nowy rozdział dla zespołu, który w swoich odwodach ma kilka rozdziałów, gdzie zmieniali styl. Nigdy jednak nie były to zmiany tak drastyczne, jak tu. Można zespołu nie lubić (albo lubić po wydaniu tej płyty), ale warto docenić chęć wyrwania się z rockistycznego image’u, który tak ciążył po latach. Warto też wybrać się na żywo, by zobaczyć, co tym razem Arctic Monkeys mają do zaprezentowania, bo trudno znaleźć drugi taki zespół, który tak sprawnie szafuje stylami, jednocześnie spinając wszystko klamrą własnych umiejętności i podskórnie wyczuwanego pierwiastku, który mówi, że to wciąż ci sami ludzie - czy to stonerzy na “Humbug”, nieokrzesani nastolatkowie na “Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not”, ikony rocka na “AM” czy trubadurzy wielbiący się w lounge’u i muzyce z windy na najnowszym krążku. Widzimy się w środę na głównej?

3 utwory

1. Arctic Monkeys - "She Looks Like Fun"

2. Arctic Monkeys - "Pretty Visitors"

3. Arctic Monkeys - "R U Mine?"

 

Kuba Serafin
fot. Zackery Michael