Editors – „Violence”

Editors – „Violence”

Tu nie będzie rewolucji.

editors_violence_cover.jpg

3 utwory

1. Editors - "Viloence"
2. Editors - "No Sound But the Wind"
3. Editors - "Darkness At the Door"

Nie będzie rewolucji, ale nie będzie też nadmiernej krytyki form zachowawczych, bo jeśli chodzi o Toma Smitha jestem absolutnie nieobiektywna. Porozmawiajmy więc o pozostałych wątkach tej układanki.

Editors jest jednym z zespołów z mediany: niby nie są super wielcy, nie jest to legenda przez wielke „L”, jak Michael Jackson czy Metallica, nic nowego w muzyce nie wymyślili i za dwa do trzech pokoleń nie będzie się ich zapewne z rozrzewnieniem wspominać. Przynajmniej nie masowo. Z drugiej strony mają swoje grono fanów, słucham ich zawsze z przyjemnością, wyprzedają koncerty, jak te na początku kwietnia w Polsce, w Warszawie i Krakowie.

Patrząc na rozwój zespołu i jego styl, również droga jest klasyczna: panowie startowali w 2005 roku w nurcie surowego post punka, ale ich zainteresowania coraz bardziej przesuwają się w stronię klawiszy i elektroniki. Od “In This Light and on This Day” Editorsi grają już prawie niezmiennie synthpop z gitarami i dark wave, co świetnie słychać chociażby w singlowych „Papillon” czy „You Don't Know Love”. Świetnie zgrywa się to z głębokim, emocjonalnym głosem Toma Smitha. Jeśli nawet kogoś razi, że zespół porzucił cięższe brzmienia na rzecz syntezatorów, to zdecydowanie przyznają, że i tak przyjemnie się ich słucha.

„Violence” jest już szóstą propozycją w dyskografii Editors. Więcej tu klawiszy niż riffów gitarowych, więcej tu tytułowej przemocy, zarówno w muzyce, jak i w teledyskach niż ballad. A nawet te mają w sobie postapokaliptyczny czar. Niestety na „Violence” nie do końca znajduję piosenki, które chciałyby wcisnąć mi się w pamięć, do których chciałabym wracać. Początkowo liczyłam, że taki urok będzie miał singlowy „Magazine”, przede wszystkim ze względu na zmiany tempa w utworze i ciekawy, nieszablonowy teledysk (notabene odnajdujemy tu odniesienie do tytułowej przemocy).

 
 

 

Utwór jest ciekawym eksperymentem: z jednej strony zaczyna się spokojnie i delikatnie, w klimat wprowadza nas miękka, pulsująca elektronika, utrzymująca się przez cały utwór, lekko przyspieszając w refrenie, w warstwie tekstowej zaś jest to ciężka historia (The last train will pull you through/ At night the war still comes to you). Dla porównania w „Magazine” czy „Halleluyah (So Low)” w refrenie uderza ściana gitar – to właśnie przemoc, którą znalazłam na tej płycie. Najpiękniejszym dla mnie kawałkiem na tym albumie jest „No Sound but the Wind”. To ta ballada z postapokaliptyczną rysą, przynajmniej odbitą na mojej psychice (i nie mam na myśli tego, że kawałek wcześniej ukazał się na OST sagi „Zmierzch”).

Podsumowując „Violence” nie znajdzie się wysoko w zestawieniach z najlepszymi wydawnictwami 2018 roku. Nie będzie też najbardziej lubianą przeze mnie płytą w dorobku Editors. Z pewnością będzie wyżej w mojej osobistej hierarchii od „In Dreams”. Nowy materiał jest równiejszy, zawiera więcej utworów do nucenia, śpiewania i zachwycania się. Nadal jednak moim faworytem pozostaje „The Weight of Your Love” z kawałkami „Sugar” i „Honesty”. Z racji tego, że film z muzyką oddziałuje silniej na moją psychikę, jeśli pojawi się kolejny dobry klip do singli z tego albumu, jego wartość wzrośnie. „Magazine” jest tego bardzo dobrą zapowiedzią.

3 utwory

1. Editors - "Violence"
2. Editors - "No Sound but the Wind"
3. Editors - "Darkness at the Door"