Fest grubo, czyli podsumowanie Fest Festiwalu

Pierwsza edycja festiwalu odbywającego się w Parku Śląskim już za nami, ale wrażenia i doznania muzyczne jak i wizualne wciąż nie chcą opaść. “Fest” to określenie zaczerpnięte z gwary śląskiej oznaczające “bardzo”. Jak sama nazwa wskazywała, fani muzyki mogli liczyć na dużą dawkę rozrywki w jak najlepszym wydaniu.

z24680398Q%2CFest-Festival-2019.jpg

3 utwory

1. Christian Löffler – York

2. Rejjie Snow – 23

3. Camo & Krooked – If I Could

Było gdzie pędzić, gdyż festiwal zaoferował słuchaczom aż 10 scen, gdzie każdy mógł znaleźć coś dla siebie – od techno czy drum & bass, aż po hip hop, pop i inne odłamy muzyki elektronicznej. By zapewnić taką infrastrukturę, przestrzeń również była ogromna. Organizatorzy świetnie zadbali o wystrój terenu festiwalowego – cały park był wspaniale oświetlony, dzięki temu w nocy można było poczuć tam magiczny klimat.

Większość koncertów, które przyszło mi zobaczyć, usatysfakcjonowały mnie i spełniły moje oczekiwania, dlatego zamiast opisywać dwa dni, koncert po koncercie, zdecydowałem się wymienić pięć, które najbardziej mi się podobały, zaskoczyły, czy też zapadły mi po prostu w pamięć.


Lion Babe

Koncert, którym rozpocząłem drugi dzień festiwalu, okazał się świetnym wyborem. Duet z Nowego Jorku w asyście perkusisty przypomnieli nam o trwających cały czas wakacjach. Ich ciepłe brzmienia oraz energia, jaka wychodziła od artystów, porwała niejedną osobę do pobujania się. Zwłaszcza wokalistka Jillian Hervey przekazywała taką moc – jej świetny głos, kontakt z publicznością oraz przedziwne, szalone ruchy, zachęcały do ciągłej zabawy pod sceną, przez co ciężko było stać w miejscu. W pewnym momencie artyści zaprezentowali swoją wersję Gypsy Woman od Crystal Waters, co nie pozostawiło słuchaczom innego wyboru – należało jedynie tańczyć i oddać się festiwalowemu szaleństwu. Na koniec pożegnali się swoimi dwoma największymi hitami – skocznym (heheszki) Jump Hi, żeby później zakończyć spokojnym Treat Me Like Fire.  Lepszego początku dnia nie mogłem sobie wyobrazić.


Rejjie Snow

Spóźniony przyszedłem na drugą połowę koncertu tego irlandzkiego rapera i już wtedy wiedziałem, że będę żałować tego opóźnienia. Po jednej wielkiej imprezie na Disclosure skierowałem się pod Silesia Stage i od razu poczułem spokój płynący od Rejjiego. Jego specyficzne flow, odbiegające od innych współczesnych raperów, sięgające czasem po elementy R&B czy soulu, tworzy wyjątkową atmosferę. Czułem się, jak bym wpadł na House Gig do kumpla, gdzie jego znajomy Rejjie grał swoje kawałki. Luz i swoboda płynąca ze sceny przyciągała uwagę. Nie wspomagał się żadnymi dodatkowymi wokalami (czasem posiłkował się lekką pomocą DJ-a). Sam świetnie sobie radził z refrenami, jak i z długimi i gęstymi nieraz linijkami. W głębi serca dalej płaczę, że tak krótko na nim byłem.


Schoolboy Q

Dzień przed festiwalem organizatorzy przekazali informację o tym, że Wu Tang Clan jednak nie przyjedzie. Rzutem na taśmę udało im się znaleźć zastępstwo w postaci rapera Schoolboy Q. W pierwszej chwili byłem rozczarowany faktem, że nie zobaczę jednej z najważniejszych grup hip hopowych. Jednak Kalifornijczyk wydal się dobrą nagrodą pocieszenia – szczególnie w obliczu tego, jak mało czasu mieli organizatorzy, by zastąpić swojego headlinera. DJ zaczął od rozgrzania publiczności największymi hitami rapu z ostatnich lat, które puszczał zza swojej konsoli, a po niedługiej chwili na scenę wszedł artysta.

Schoolboy dał solidny koncert, zagrał wszystkie swoje większe hity jak Collard Greens, które w oryginale gra z Kendrickiem, Break The Bank, Man Of The Year. Publiczność sprawiała wrażenie zadowolonej, wokół mnie bardzo dużo osób znało teksty i skakało do większości kawałków, a jednak chyba dla artysty było to wciąż za mało i nie był pod wrażeniem frekwencji. Przed zamykającym koncert Hell Of A Night chciał, żeby publiczność zaczęła z nim skakać i szaleć, jednak po chwili kazał zatrzymać muzykę i powiedział, że nie po to jechał z tak daleka na ostatnią chwilę, żeby nikt się nie bawił. Po chwili muzyka wróciła, ale miałem nieodparte wrażenie, że Schoolboy nie miał już werwy – utwór się skończył, raper pożegnał się bez wielkich emocji i koncert się skończył. Mam wrażenie, że Schoolboy trochę dramatyzował z tą publicznością, bo ludzie się bawili, ale co zrobić – najwidoczniej dla niego to jest za mało, o czym nawet ponarzekał na swoim Instagramie.



Christian Löffler

Na ten koncert wyczekiwałem z niecierpliwością, od kiedy dowiedziałem się, że będę na Feście. Już raz mnie ominął występ Christiana, kiedy zagrał w Katowicach w ramach festiwalu Tauron Nowa Muzyka i nie chciałem, żeby ta sytuacja się znowu powtórzyła. Punktualnie trzydzieści minut po północy artysta pojawił się na scenie, a ja już widziałem pewne utrudnienia związane z tym koncertem. Ciche brzmienia syntezatorów, wychodzące spod palców Löfflera były skutecznie zagłuszane przez dźwięki z innych mniejszych scen, które nie pozwalały się skupić na tym, co tworzy na żywo Niemiec. Po chwili melodie Christiana były już głośniejsze i problem zniknął, jednak co jakiś czas dawał się on znowu we znaki. Pomimo tego muzyka, jaką tworzy Löffler, jest magiczna. Hipnotyzuje ona każdego kto stanie pod sceną – słuchając, zamyka się oczy, delikatnie zaczyna się bujać do tego, co się słyszy, a czas wtedy płynie bardzo powoli. Jest to pewnego rodzaju trans, z którego nie chciało się wychodzić. Równo o drugiej w nocy artysta skończył koncert, wyszedł zza swojego stołu, pomachał, podziękował i poszedł. Skromność muzyka wydaje się niespotykana, jeśli weźmiemy pod uwagę jakość muzyki, którą nam serwuje.



Krąg Taneczny, Raban i Astral

Tu na zakończenie chciałem zrobić wielki ukłon w kierunku tych trzech scen. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że był to tylko dodatek dla głównych scen, a ja odniosłem wrażenie, że można byłoby zrobić osobny festiwal składający się tylko z nich i też cieszyłby się ogromną popularnością. Poziom muzyczny każdego z tych trzech miejsc był kosmiczny – Kiasmos, Kollektiv Turmstrasse, Roni Size, czy Camo & Krooked, a pomyśleć, że to jeszcze nie wszystko?! Szaleństwo. Do tego kazda ze scen była świetnie usytuowana. Gdy przyszedłem na DJ set Kiasmos znajdujący się na kręgu tanecznym, to poczułem się, jak bym był uczestnikiem jednego z tych koncertów realizowanego przez Cercle. Ilość stroboskopów, jaką dysponowało to miejsce, była olbrzymia, muzyka dobiegająca z każdej ze stron przyprawiała o ciarki, szczególnie gdy stało się na samym środku.

Astral Stage była również bardzo klimatyczna. Organizatorami tej sceny była Goadupa, która mimo tego, że nie ma chwilowo swojego festiwalu w Bieszczadach, to nie daje o sobie zapomnieć. Mnogość dekoracji, te wszystkie kolorowe, fluorescencyjne ozdoby, a do tego transowa muzyka potrafi wciągnąć w tą magiczną atmosferę.

Jednak moje serce skradła scena zwana Raban Stage. Rano w sobotę słuchałem sporo drum and bassów i chciałem bardzo odwiedzić to miejsce. Nie zawiodłem się. Zero litości – ponad dwie godziny ciągłej zabawy, skakania i bujania się przy Culture Shock, a póżniej Calyx & Teebee. To tam zakończyłem drugi dzień festiwalowy i czułem się bardzo usatysfakcjonowany tym wyborem.

Mimo że to dopiero pierwsza edycja festiwalu, to i tak można z całą pewnością zaliczyć ją do udanych. Pod względem muzycznym artyści w większości stanęli na wysokości zadania, dając świetne występy. Można się przyczepić do tego, że poboczne sceny były czasem za głośno – zwłaszcza pierwszego dnia, przez co utrudniały one słuchanie koncertów innych wykonawców, jednak organizatorzy szybko się zorientowali. Drugiego dnia ten problem został już wyeliminowany, za co należą się im ogromne brawa za szybką reakcję. Poza niewielkimi mankamentami było bardzo dobrze, wystrój całego parku i scen był świetny, rzadko kiedy stało się długo w kolejce po jedzenie czy picie, był też darmowy zbiornik z pitną wodą, także żyć, nie umierać. Widzimy się, mam nadzieję, za rok!

3 utwory:

1. Christian Löffler – York

2. Rejjie Snow – 23

3. Camo & Krooked – If I Could

 

tekst: Szymon Chrost
fot: Zuzanna Sosnowska / materiały organizatora