Polska, czyli miłość i wojna - relacja z XIX Festiwalu Filmu Niemego

 Polska, czyli miłość i wojna - relacja z XIX Festiwalu Filmu Niemego
ffn.jpg

3 utwory

1. Kroke - "Time"

2. Atom™ - "Ich bin meine Maschine"

3. múm - "Evaporate"

Z uwagi na setną rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę również organizatorzy Festiwalu Filmu Niemego postanowili temat tegorocznej edycji tego wydarzenia dopasować do tych okoliczności. I tak pod hasłem “Pola Polonia Polonica” zebrano filmy nieme z Polą Negri, największą polską gwiazdą początków kina, filmy tworzone przez Polaków oraz artystów polskiego pochodzenia. Do tego ścieżki dźwiękowe na żywo wykonywane przez polskie zespoły - z jednym odstępstwem. Wyszło to całkiem zgrabnie.

Romanse i sidła

Na pierwszy ogień poszła “Bestia” - film z 1917 roku w reżyserii Aleksandra Hertza, odrestaurowany w stuletnią rocznicę powstania przez studio Di Factory i ReKino Studios pod opieką Filmoteki Narodowej. Jest to historia tyleż bzdurna, co uroczo nakręcona, w której Pola Negri wyróżnia się na plus wśród aktorów nawet jak na epokę kina niemego przesadnie oddających emocje. Ten nadmiar ekspresji skutkował często niepohamowaną radością widowni w momentach najbardziej poruszających i dramatycznych. Do tej historii niepokornej Poli (bo tak ma na imię główna bohaterka) zagrało trio Kroke, na altówce, kontrabasie i akordeonie.

Wszystko zaczęło się psotami Poli, która nie wracając do domu na czas, bardzo martwiła swych nadekspresyjnych rodziców, a co wzbogacone zostało o ścieżkę dźwiękową o lirycznym nastroju; pierwsze oznaki mrocznego końca tej historii o błędach młodości pojawiły się wraz z basowymi, mrocznymi tonami towarzyszącymi ucieczce bohaterki z domu. Lekka nutka melancholii zapewniona przez rzewne dźwięki altówki ubarwiła sceny pierwszych oszustw. Do dźwięków muzyki dołączył także głos, nieformujący słów, co pięknie pasowało do niemych obrazów. Podczas sceny w kabarecie ten zabieg dał nawet przez chwilę wrażenie rozszemranego tłumu widzów. W szczegółach Kroke obrali strategię swoiście taperską, wplatając w ekranową historię swoje kompozycje, ładnie łącząc okazję występu na Festiwalu z wydaniem ostatnio płyty “25 the Best Of”. I przyszła też pora na utwory najbardziej rozpoznawalne - scenie tańca Poli, gdy po raz pierwszy widzimy ją w nowym wcieleniu gwiazdy estrady, towarzyszył utwór “Time”. Nie znaczy ta strategia oczywiście, że cokolwiek tu do siebie nie pasowało - przeciwnie, utwory były świetnie dobrane do filmowych scen, jak w scenie romansu, gdy gwizdanie podkreślało zwodniczy ton zapewnień szeptanych do uszka, lub podczas finałowego momentu losów zdradzonej żony, gdy śpiew uderzył głośniejszą sylabą. Największy hit Kroke, czyli “Ajde Jano” usłyszeliśmy dwukrotnie - także na finał. Piękna muzyka dopełniła oprawy “Bestii” czyli ślicznych plansz z napisami i całkiem łądnych zdjęć, choć niestety historii, okrutnie melodramatycznej i nie bardzo sensownej, nie uratowała.

Choć prezentuje podobną historię - młoda dziewczyna zostaje tancerką, ma ukochanego z niższych sfer, ale o jej serce walczy hrabia - to “Primabalerina” Mauritza Stillera prezentuje się już znacznie lepiej, nawet mimo tego, że wczucie się w narrację utrudnia stan dzieła. Film odrestaurowany również w stulecie swego powstania, tym razem w roku 2016, przez Szwedzki Instytut Filmowy, niestety nie zachował się w całości i częściowo prezentowany był jako nieruchome kadry. Do tak poszatkowanej opowieści o Anjucie, która uczy się baletu dzięki łasce hrabiego Orsky’ego i wsparciu ukochanego wolo, a potem debiutuje na deskach opery warszawskiej, zagrało również trio - Maciej Trifonidis, Łukasz Czekała i Adam Rozenman. Pierwszy pan muzyk zagrał na gitarze elektrycznej, drugi na skrzypcach, trzeci na instrumentach perkusyjnych - w tym na kilku rodzajach dzwonków i kamyczków powieszonych na sznurkach. Dźwięki z tego połączenia wypłynęły, zwłaszcza z początku, zgrabnie minimalistyczne, czarujące szmerkami tych perkusjonaliów.

Miłość w czasach maszerujących wojsk

W pakiecie z “Primabaleriną” w ramach jednego seansu był jeszcze “Hotel Imperial” tegoż samego Mauritza Sitillera, jedyne jego dzieło zachowane w całości, nakręcone w roku 1927. Przenieśliśmy się więc na teren Austro-Węgier, w czasy I wojny światowej - dowódca oddziału austriackiego (James Hall) ukrywa się w tytułowym hotelu pod opieką bohaterki granej przez niezastąpioną Polę Negri. Sytuację utrudnia pojawienie się w tymże hotelu Rosjan, pod wodzą generała próbującego zdobyć wdzięki naszej nadobnej pokojówki przy pomocy ubrań zakupionych w Tarnowie (na pudełku widnieje dokładny adres zakładu krawieckiego). Jak można łatwo przypuszczać, bohaterka zdecydowanie woli młodego przystojnego kapitana, ale zanim dowiemy się, czy los połączy tę parę jesteśmy świadkami wielu trzymających w napięciu perypetii. Trio muzyków doskonale oddało tutaj nastrój chwili, zarówno w sytuacjach bardziej rzewnych, w tych zabawnych, czy w momentach pełnych suspensu. W finałowych scenach do muzycznego kolażu dołączyły akcenty elektroniczne i zrobiło się już całkiem ślicznie. Jak się dowiedzieliśmy po seansie muzycy mieli trochę problemów technicznych, ale mimo tego akompaniament do filmu był bardzo udany.

Nie mogę tego samego powiedzieć niestety o ścieżce, jaką wybrał do “Szachisty” Raymonda Bernarda z 1927 roku DJski kolektyw Deep Impact. Monumentalne, ponaddwugodzinne dzieło przedstawia dziwną (i nieco w szczegółach, zwłaszcza w finale, naciąganą) historię konstruktora automatonów (robotów o ludzkich kształtach) osadzoną na Litwie pod władzą rosyjską, wśród walczących o wolność Polaków. Nie zabrakło i tutaj historii miłosnej - Bolesław i Zosia wychowują się razem, ale nie są rodzeństwem, ona z początku romansuje z rosyjskim szlachcicem, ale czy będzie mu wierna? To wszystko trójka muzyków oplotła tanecznymi rytmami, co, choć nie wzbudziło entuzjazmu konserwatywnej części publiczności (po seansie pewien starszy pan stwierdził, że to muzyka kosmiczna, dobra do science-fiction i w ogóle straszny łomot) mogło stanowić bardzo fajny kontrapunkt do pełnego barokowego przepychu i narodowych zrywów dzieła. Czemu to nie wyszło? Moim zdaniem nie do końca zapanowano nad żywiołem meandrujących, rozkołysanych setów. Momenty, w których podkład pasował do nastroju danej sceny, były przeciągane na scenę kolejną, a czasem nawet na trzy kolejne, gdzie całość w najlepszym wypadku pozostawiała widza obojętnym i lekko zdziwionym. Osobiście miałam takie wrażenie, jak podczas niecnych praktyk, kiedy to oglądając w zaciszu domowym filmy nieme bez muzyki (lub z muzyką niezwykle irytującą wedle mej oceny) uruchamiałam w trybie losowym playlistę z utworami instrumentalnymi i od czasu do czasu mruczałam z zadowolenia, że przypadek zadziałał świetnie i muzyka pasuje do sceny jak nigdy. Jest to moim zdaniem całkiem dobry sposób na sporządzenie sobie ścieżki dźwiękowej do niemego filmu ad hoc, ale jednak po występie na Festiwalu dedykowanym takiemu kinu spodziewam się nieco więcej sprawności. A potencjał jest - całkiem fajnie wyszło dopasowanie do sceny przedstawienia automatonów motywu z utworu Atom™ “Ich bin meine maschine” czy romantyczna melodia towarzysząca scenom balu, dość zgrabnie przekształcająca się w zależności od okoliczności finałowych scen. Jak spróbują drugi raz, to pewnie będzie już lepiej.

Cóżeś ty za pani

Wojenne tematy rozkwitły w pełni podczas seansu “Szaleńców” Leonarda Buczkowskiego (1928). Jest to bowiem opowieść o walkach Legionów - wątek miłosny jest już tylko pobocznym epizodem dyskretnie wiążącym losy trojga bohaterów. Ich niewesołe, acz czule dopełnione chwilami oddechu w postaci scenek komediowych przygody opatrzone zostały muzyką Semi-Invented Trio. Ta z kolei trójka zagrała na skrzypcach, perkusji i klawiszach. Panowie od razu zapowiedzieli, że wszystko grają na żywo i nie będą używać żadnych loopów, zapewne poczytując to za swoją sporą przewagę. Rzeczywiście wypadło o wiele spójniej - można powiedzieć, że była to ścieżka dźwiękowa zagrana w duchu dawnego taperstwa: muzyka była bardzo opisowa. Gdy na ekranie ktoś pukał do drzwi - słyszeliśmy uderzanie w bęben, gdy pojawiało się wojsko - motywy marszowe, itd. Całość zdominowana była przez piosenki wojskowe, szczególnie przez motywy z pieśni Legionów, czyli “My, Pierwsza Brygada”. Słowem: królowała dosłowność, czasami wręcz przesadna, jak na przykład w momencie sceny, w której bohater grał na akordeonie - Adrian Konarski postanowił wtedy uraczyć nas dźwiękami naśladującymi akordeon, okrutnie kiczowatymi i drażniącymi.

Świat utracony

Najpiękniejszy film tegorocznej edycji to bez wątpienia “Ludzie w niedzielę” (reż. Robert Siodmak, Edgar G. Ulmer, 1930), piękna impresja niedzielnego Berlina nakręcona przy udziale berlińczyków-naturszczyków. Powabu tej produkcji dodaje niewątpliwie historia Niemiec, o której jej bohaterowie nic nie wiedzą, za to która w oku widza przydaje tej beztroskiej historyjce nut nostalgicznych, tęsknych, lekko podszytych grozą i melancholią.

Muzyka mum - a konkretniej duetu założycieli, czyli Gunnara Örna Tynesa Örvara Smárasona doskonale pasowała do tych obrazków z życia niedzielnego. Delikatna, ale pełna mocy, migotliwa, w żywszych scenach podporządkowana wyraźnemu rytmowi, w spokojniejszych pełna przeciągniętych, wysokich tonów elektronika wspaniale oddawała czar tamtych dni, które utraciliśmy na zawsze, choć nigdyśmy ich nie mieli. Kompozycji można posłuchać na wydanej w tym roku przez mum EPce “Menschen am Sonntag”.

Podobnie pełne nostalgii uczucia towarzyszą mi zawsze podczas seansu “Obrazów starego Krakowa” obecnych prawie na każdej edycji Festiwalu Filmu Niemego. Tym razem udźwiękowili je na żywo The Beat Freaks, kwartet jazzowy z klasycznym instrumentarium, czyli perkusją, kontrabasem, gitarą i saksofonem. Muzyka była opisowa, ale w sposób nienachalny - podpowiadała co nieco w momentach takich jak wtedy, gdy na ekranie pojawiła się scena grania hejnału z wieży mariackiej, a muzycy wpletli motyw tegoż utworu, zmieniony i przetworzony, ale wciąż rozpoznawalny. Ten jazzowy, gdy trzeba liryczniejszy, gdy trzeba bardziej energetyczny akompaniament pełen rytmu wybijanego na talerzach doskonale pasował nie tylko do nagrań międzywojennego Krakowa, ale także do obrazków z życia Augusta Zamoyskiego, opracowanych przez Marcina Giżyckiego i przedstawionych w formie filmu “Rzeźbiarz z kamerą” (2018). The Beat Freaks to autorzy oryginalnej muzyki, z jaką prezentowany jest ten film, więc o żadnej pomyłce nie mogło być mowy - wszystko zgrane było perfekcyjnie.

Równie pięknie podkreślała klimat seansu muzyka grupy Waldemar Rychły Trio, czyli pana Waldemara na gitarze akustycznej i pań Martyny Susek na altówce oraz Marty Kotaszewskiej na wiolonczeli. Razem zaprezentowali pełną energii muzykę inspirowaną tradycyjnymi utworami z Kresów - dopasowując się zarówno tematycznie jak i nastrojowo do filmu “Ponad śnieg” Konstantego Meglickiego (1929). Jest to adaptacja dramatu Stefana Żeromskiego, którego akcja ponoć toczy się na Kresach właśnie - w formie filmu najbardziej urzekają tu piękne zdjęcia (choć niestety kopia nie jest w najlepszym stanie i czasem twarze na zbliżeniach zmieniają się w białe plamy) i zestawienie emocji bohaterów z żywiołem wody rozszalałej w powodzi. To emocje górują tu nad historią (znów - romanse na tle wojennym, w splotach tyleż intrygujących co mało wiarygodnych, choć w takiej formie mimo wszystko akceptowalnych) i muzyka, żywiołowa, melodyjna, wspaniale je podkreślała.

W finale festiwalu perypetie miłosne wzięły górę nad wojną (choć jej cień znów majaczył gdzieś na horyzoncie i znów oglądaliśmy świat już nieistniejący) - w filmie “Wschód i Zachód” byliśmy świadkami romansu rodzącego się wśród polskich Żydów. Na ślub krewnej do Polski przyjeżdża Amerykanin z córką, psotną Mollie (w tej roli Molly Picon), która przez przypadek wychodzi za mąż i żąda od świeżo upieczonego małżonka rozwodu. Do tej uroczej żydowskiej komedii zagrał Bartosz Weber, który również udowodnił, że elektronika pozornie ostro kontrastująca ze światem przedstawionym może perfekcyjnie z nim współgrać. Szalone tempo rytmicznych brzmień podkreślało milion trzpiotowatych pomysłów rodzących się w głowie Mollie i wiodło widza jak za rękę po zabawnych perypetiach będących ich skutkiem. Szczególnie urzekł publiczność swoisty leitmotiv towarzyszący większym zbiorowiskom żydowskich gości polskiego wesela - fragmenty śpiewu poszatkowane i zmiksowane w zgrabną, choć pozbawioną zrozumiałych słów, nawiązującą lekko do muzyki klezmerskiej piosenkę budziły powszechną wesołość na równi z najlepszymi gagami przedstawionymi w filmie. Słychać i widać było, że dla tego twórcy dobieranie muzyki do projekcji to nie pierwszyzna.

Tym radosnym akcentem zakończyliśmy cztery dni festiwalu, jak co roku pełnego niesamowitych wrażeń - w tym roku szczególnie przepojonego nostalgią, bawiącego sentymentalnymi romansami, prezentującego Polskę w zaskakujących aspektach, i tradycyjnie prezentującego bardzo różnorodnej natury eksperymenty w zakresie udźwiękowienia filmów na żywo. Za rok - edycja 20., czyli jubileuszowa i już nie mogę się doczekać, jakie to atrakcje przyszykują organizatorzy w jej programie.

3 utwory

1. Kroke - "Time"

2. Atom™ - "Ich bin meine Maschine"

3. múm - "Evaporate