Fields of the Nephilim - 5.04.2019, Wrocław

Fields of the Nephilim - 5.04.2019, Wrocław
fildes of nephilim.jpg

3 utwory:

1. Fields of the Nephilim - “Love Under Will”

2. Fields of the Nephilim - “Mourning Sun”

3. Jordan Reyne - “The Ferryman”

Przyjechali, zagrali, odjechali.

Tak mogłaby wyglądać najkrótsza relacja jedynego tegorocznego i pierwszy od 2015 roku koncert Fields of the Nephilim. Za sceny usłyszeliśmy dwanaście utworów zagranych praktycznie 1:1 w stosunku do tego, co znamy z płyt.  W zasadzie można było nie ruszać się z kanapy, tylko bardzo głośno włączyć losowo wybrane utwory ze wszystkich albumów zespołu. Bo kontakt z publicznością był - delikatnie mówiąc – znikomy: wokalista Carl McCoy powiedział całe dwa zdania. Ale było coś wyjątkowego w tym koncercie… o czym za chwilę. Przyznam, że jechałam na ten koncert z lekką obawą o to, co wydarzy lub nie wydarzy się na scenie wrocławskiego A2. Ponad trzydzieści lat temu zespół obrał pewną konwencję (muzyczną i estetyczną) i konsekwentnie się jej trzyma. Może to oczywiście budzić lekki uśmiech, wielu dawnym fanom ta estetyka mogła się znudzić lub po prostu przestała wystarczać. Obawiałam się, że będą na siłę naciągać struny zardzewiałych gitar i odświeżać dawno wyblakłą czerń.  Fields of the Nephilim na początku lat 90. Doczekali się w Polsce zespołu niemal kultowego, a to głównie za sprawą audycji Tomka Beksińskiego. Ale czas wydaje się być jednak nieubłagany.

Weszli na scenę przy dźwiękach „Intro (The Harmonica Man”) by zaraz zagrać „Preacher Man” z debiutanckiego albumu. Najczęściej reprezentowany był jednak album drugi, „The Nephilim”, który w tym roku obchodzić trzydzieste urodziny: „Endemoniada”, „Love Under Will”, „Moonchild”, „The Watchman”, „Last Exit for the Lost". Był też tytułowy utwór z płyty „Downrazor” i niewielka reprezentacja muzyki z XXI wieku: „Three Comes Down” z „From Gehenna to Here”; i już na bis ukazane światu w 2016 roku „Prophecy” i „Mourning Sun” z ostatniej studyjnej płyty z 2013 roku. Nie Zagrali nic z „Elizium”. Cóż, może w przyszłym roku… Trzon koncertu trwał tylko godzinę, a od bisów oddzielało go silne pulsujące białe światło, niczym ze szpitalnego szpitala z horroru. Ale chyba mało kto nie był usatysfakcjonowany.

Lata – o dziwo - nie nadgryzły tej muzyki. Pozostał mrok, pozostała przebojowość – tego wieczoru w towarzystwie potężnego brzmienia. Nawet głos Carla McCoya (w nieodłącznym kapeluszu) niewiele się zmienił. Moje obawy okazały się bezpodstawne. Całości tego wieczoru dopełniała oprawa wizualna – światła skierowane były na plecy muzyków, przez co – a może dzięki czemu – nie było widać ich twarzy.

Czas się zatrzymał. Nephs znaleźli antidotum. Takie mam wrażenie: że nie chcą być zapamiętani jako relikt przeszłości, a to wszystko, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy ze sceny jest po to, by nie dać się upływowi czasu. Z intencją czy bez, to nieważne. Wszystko się zmieniło, ale nie oni. I przez to zderzenie z rzeczywistością było nieco bardziej bolesne.

Jako support wystąpiła brytyjska, ale pięknie mówiąca po polsku Jordan Reyne. Sama z gitarą i sprzętem elektronicznym do zapętlania dźwięków. Między mrocznymi piosenkami pokazała natomiast, że warto mieć dystans do siebie.

3 utwory:

  1. Fields of the Nephilim - “Love Under Will”

  2. Fields of the Nephilim - “Mourning Sun”

  3. Jordan Reyne - “The Ferryman”