Franz Ferdinand - "Always Ascending"

Franz Ferdinand - "Always Ascending"

Pociąg do przyszłości nieco spóźniony na stacji.

franz-ferdinand-always-ascending.jpg

3 utwory

1. Franz Ferdinand - "Always Ascending"

2. Franz Ferdinand - "Lazy Boy"

3. Franz Ferdinand - "Huck and Jim"

Śledząc historię szkockiego Franz Ferdinand nie można oprzeć się wrażeniu, że grupa po wystrzeleniu w stratosferę na początku swojej działalności przez kolejne lata miała dość wyboistą drogę ku piedestałowi indie rocka. Po świetnym starcie w postaci „Franz Ferdinand” i „You Could Have It So Much Better”, ich pozycja powoli rozmywała się za sprawą młodszych i bardziej przebojowych kolegów po fachu. Koniec końców, zespół wylądował w dziwnej niszy – z jednej strony byli honorowymi członkami starej gwardii wyspiarskiego rocka lat zerowych, z drugiej zaś coraz bardziej ochoczo oddawali się art-rockowym zapędom i międzygatunkowym romansom, odcinając się od przeszłości. Pomimo wyprzedanych aren i największych liter na festiwalowych plakatach, grupa wciąż stanowiła muzyczną ciekawostkę. Niewchłonięci przez mainstream i nie do końca przyjęci przez alternatywę, pozostali przez kolejne lata na granicy światów i mogliby to robić jeszcze przez jakiś czas, gdyby nie pewna sprawa.

Odejście Nicka McCarthy’ego, gitarzysty i jednego z założycieli Franz Ferdinand, postawiło przyszłość zespołu pod wielkim znakiem zapytania. Podejmując decyzję o kontynuacji działalności, chcąc nie chcąc otworzyli kolejny, bardzo ważny rozdział w karierze grupy. Trio Kapranos-Hardy-Thomson musiało nagle zapełnić pustkę zostawioną przez McCarthy’ego. Ostatecznie szeregi Franz Ferdinand zasiliło dwóch glasgowian: Julian Corrie – klawiszowiec znany także pod pseudonimem Miaoux Miaoux oraz Dino Bardot – gitarzysta, a niegdyś członek rockowego trio 1990s. Z nową krwią w składzie i pełną determinacją kwintetowi przyszło zmierzyć się z najgorszym wrogiem – własnym dziedzictwem.

Na szczęście, można odetchnąć z ulgą. „Always Ascending” nie stał się niewypałem czy półproduktem po restarcie grupy. To kolejny album po wydanym w 2015 „FFS” powstałym we współpracy z awant-rockowcami ze Sparks, w którym Franz Ferdinand znów utwierdzają wszystkich w przekonaniu, że nie muszą nikomu niczego udowadniać. Trwająca niecałe czterdzieści minut płyta zdołała w sobie spakować tropy do disco lat 70., pulsującą dynamikę new wave’u czy ballady żywcem wyjęte z celuloidowej taśmy. Pomimo takich rozbieżności, w muzyce zespołu odczuć można wspólny pierwiastek – chodzące basy, charakterystycznie rytmizujące gitary, kuriozalną atmosferę na granicy tańca i kontemplacji. A nad tym wszystkim od razu rozpoznawalny, niczym podpis na płótnie, Alex Kapranos ze swoim nonszalanckim wokalem, luzem frontmana i abstrakcyjnymi tekstami, spinając album wielką klamrą do ostatniej sekundy.

 
 

Idąc śladem takich artystów jak LCD Soundsystem czy Talking Heads, motywem przewodnim przy piątym albumie Franz Ferdinand było zrobienie tanecznej, silnie zelektronizowanej muzyki z użyciem żywych instrumentów bez komputerowej ingerencji. Pod czujnym okiem Phillipe’a Zdara, producenta m.in. Phoenix, Cut Copy czy macierzystej formacji Cassius, zespołowi udało się osiągnąć ten cel. „Feel The Love Go”, drugi singiel promujący album, zaczyna się lekko ukwaszonym syntezatorem wzmocnionym punktującym basem i perkusją, by stopniowo przeradzać się w transową plątaninę dźwięków, przywodząc na myśl najlepsze momenty albumu „Tonight”. ”Lazy Boy”, pomimo niewyszukanego tekstu, uderza z półobrotu nagłą zmianą metrum, która wspaniale rozwiązuje napięcie ze zwrotek. „Huck and Jim” - najbardziej politycznie naładowana kompozycja mówiąca o problemach Wielkiej Brytanii z publiczną służbą zdrowia – to tygiel dźwięków: rockowe hymny, sekcja rytmiczna grająca zwrotki idealnie imitujące wykalkulowane brzmienie automatów perkusyjnych czy dziwaczna rap-recytacja Kapranosa, która nie miała prawa w tym wszystkim zadziałać, a jednak zadziałała. Najlepszym zaś przykładem realizacji idei organicznej dyskoteki jest tytułowy utwór, który za sprawą tzw. tonu Sheparda tworzy złudzenie wiecznie wznoszącego się dźwięku wbitego w szkielet popowego bitu. Żeby tego było mało, nawet sam Kapranos we fragmencie tekstu The Shepard misleads so you think you’re transcending specjalnie zmienia słowo „shepherd”, by nawiązać do swojej sztuczki. Przez takie niespodzianki „Always Ascending" to płyta, która cały czas wodzi za nos, zachęca do zabawy, ale jednocześnie robi wszystko, aby nie pozwolić słuchaczowi poczuć się zbyt komfortowo.

Szkoda, że przy całej rozpiętości zespołowi nie udało się uniknąć okazyjnych potknięć. Pomimo zapewnień Kapranosa o tym, że pisząc ten album, robili go z myślą o czasie, kiedy pojawi się na rynku, aby brzmiał świeżo, miejscami boleśnie mija się z zamierzeniami. „Glimpse of Love” o miłości w czasach idealnie wyretuszowanych zdjęć rozpędza się zdecydowanie zbyt wolno, a refren za bardzo próbuje przywołać ducha Donny Summer, zapominając o chwytliwości, która pojawia się dopiero przy końcu indeksu. Podobnie sprawa ma się przy „Lois Lane”, gdzie przy wymuskanej produkcji i studyjnych sztuczkach brakuje głębi, przypominając momentami reklamowy dżingiel.

Słabsze akcenty znikają jednak z pola widzenia dość szybko w kontekście całej płyty i wydają się jedynie szukaniem dziury w całym. Nikt o zdrowym rozsądku nie powinien oczekiwać tego, że Szkoci nagle wrócą do indie rockowych szlagierów pokroju “Take Me Out”. Szczerze mówiąc, cieszy mnie to, że tak się nie stało. Franz Ferdinand AD 2018 za sprawą piątego albumu w karierze otwiera ekscytujący rozdział w swojej twórczości. Czuję też w kościach, że to dopiero początek. Nowy początek.

3 utwory

1. Franz Ferdinand - "Always Ascending"

2. Franz Ferdinand - "Lazy Boy"

3. Franz Ferdinand - "Huck and Jim"