"Każda piosenka jest o miłości" - wywiad z Katarzyną Groniec

"Każda piosenka jest o miłości" - wywiad z Katarzyną Groniec
 

Okazją do rozmowy z Katarzyną Groniec był mający 9. kwietnia premierę teledysk do piosenki “Koko”. Z artystką rozmawialiśmy nie tylko o nim - także o przeszłości, wyborach artystycznych i świadomości.

Czy był taki moment w pani życiu artystycznym, kiedy czuła pani, że „teraz albo nigdy”?

Najbardziej spektakularny taki moment był na początku. Decyzja o zajęciu się śpiewaniem była wbrew zdrowemu rozsądkowi. Byłam wtedy w trzeciej klasie liceum i wizja, że na tym etapie kończę edukację i że się wyprowadzam, wiązała się oczywiście z wieloma dyskusjami w domu z rodzicami i dramatycznymi wystąpieniami od łez do wymuszeń. To na pewno był moment, który wymagał ode mnie największej odwagi, bo to była gra totalnie w ciemno. Wyjeżdżam do obcego miasta, przerywam naukę, nie wiadomo, co się wydarzy. Trzeba też pamiętać, że to był przełom lat 80. i 90., nie było telefonów, smycz nie była aż tak zaciśnięta. Gdy wyjeżdżało się z domu, rodzice tracili z oczu pociechę i tylko raz na jakiś czas dawało się znaki życia albo telegramem, albo telefonem do sąsiadów. Moja decyzja była więc na pewno wielkim wyzwaniem. Potem takie momenty zdarzały się jeszcze, ale były związane z wyborami zawodowymi. Być może były mniej spektakularne z punktu widzenia kogoś z boku, ale determinujące dalsze lata bycia w zawodzie.

Czy Przegląd Piosenki Aktorskiej w 1997 roku, który pani wygrała był takim mandatem na dalsze działania artystyczne? Impulsem kierującym w stronę nagrania pierwszej płyty?

ach.jpg

3 utwory:

1. Katarzyna Groniec - “Przyznaję się do winy”

2. Katarzyna Groniec - “Tamta kobieta”

3. Katarzyna Groniec - “Koniec”

 

Te impulsy pojawiały się już wcześniej, ale nie miałam wtedy ani szczęścia, ani dobrych doradców. Dwie próby podejścia do nagrania płyty zakończyły się moją histerią, że nigdy jej nie wydam.

Trzeba też pamiętać czym PPA był. Dwadzieścia lat temu to było zupełnie inne wydarzenie – wtedy jedno z najważniejszych wydarzeń artystycznych, żyła nim cała Polska, miał dużą renomę, media były nim żywo zainteresowane. Wobec tego wygranie Przeglądu i zdobycie nagrody dziennikarzy na pewno bardzo mi pomogło w tamtym czasie i sprawiło, że otrzymałam wiele różnych fantastycznych zaproszeń do różnych przedsięwzięć. I na pewno naznaczyło też moją drogę.

Wspomniała pani, że dwie próby nagrania płyty nie zostały sfinalizowane. Ale pojawiła się trzecia, związana ze współpracą z Grzegorzem Ciechowskim i zakończona wydaniem płyty „Mężczyźni” w 2000 roku. Ale musiała pani na niego zaczekać.

Ciechowski był wtedy bardzo zajęty. Nie dość, że wychodziła – bardzo dobra - płyta Republiki „Masakra”, pisał jeszcze muzykę do „Wiedźmina”. Mieliśmy kilka miesięcy na przygotowanie materiału. Czekałam, bo uznałam, że jeżeli on tego nie ogarnie, to ja sama nie dam rady. I nie będzie czwartej próby. Do trzech razy sztuka. Zdecydowałam się na tę współpracę. Wtedy też potrzebowałam kogoś, kto był decyzyjny, kto mi pomagał, kto wskazywał pewne aspekty, ale też pytał. Gdy w tamtym czasie byłam bezradna pomiędzy jakimiś wyborami, on, jako producent muzyczny, tych wyborów dokonywał. Bardzo mi pomógł.

Od tego momentu minęło już niemal dwadzieścia lat, ale czy jest ktoś taki, na kogo czekałaby pani dziś, dla kogo by w podobny sposób zaryzykowała?

Jest kilku bardzo inspirujących artystów. Ale poddać się i czekać? Nie. Za dużo czasu minęło. Teraz takie współprace dzieją się na zasadzie porozumienia stron i odnalezienia się nawzajem w świecie muzyki i słowa. Bardzo inspirujące bywają współprace z innymi światami; to coś, co może uskrzydlić. Tyle tylko, że mając pewność co do własnego charakteru bycia i charakteru czucia muzyki, dużo trudniej jest poddać się innym światom. Taka kompilacja zawsze będzie sztuczna.

Wspomniała pani o świadomości artystycznej – na pani stronie internetowej można przeczytać, że dopiero od „Przypadków”, pani czwartej płyty, wydanej w 2007 roku, jest pani świadomą artystką.

To była pierwsza płyta autorska, więc miałam wrażenie, że przekraczam Rubikon, że odważam się na coś, na co nie odważyłam się nigdy wcześniej. Na poprzednich płytach zaczęły pojawiać się moje teksty, najpierw nieśmiało, jeden czy dwa, np. piosenka tytułowa na „Poste Restante”. Ale nigdy nie miałam odwagi stworzyć czegoś, co byłoby moje od początku do końca. I to była pierwsza próba podjęcia się tego, wypłynięcia na swoją wodę. Szczególnie było to trudne dla mnie jako dla osoby, która wyrosła na autorskich, naprawdę fantastycznych rzeczach napisanych w nurcie tak zwanej piosenki teatralnej czy literackiej. Po zaśpiewaniu cudzych wybitnych tekstów mierzenie się z własnymi słabościami nad białą czystą kartką jest wielką męką. Tej odwagi brakuje czasem, żeby się ze sobą bić. Wtedy, przed „Przypadkami”, nadszedł dla mnie taki moment, który pozwolił mi pomyśleć, że mogę tworzyć swoje miejsce, swój świat, który być może będzie mocno kameralny, mocno hermetyczny, ale mój. Ta odwaga i przekroczenie siebie było dla mnie ważnym krokiem.

Czy teraz słowa przychodzą łatwiej?

Nie, nie przychodzą łatwiej, ale powoli już rozumiem, na czym polega mierzenie się z tekstami, które gdzieś pojawiają się w głowie. Wiem już jak nad nimi pracować. Początki to była wielka maligna i nie radziłam sobie zupełnie. Potrzebowałam też jakiegoś oka z zewnątrz, które przeczyta i powie, czy coś jest dobre, czy nie. Te lata pracują na stopień zaufania do siebie i ten rodzaj odwagi, który mówi: „owszem, może napiszę coś głupiego, ale to będzie moje”. Na danie sobie szansy na rozwijanie się, pacyfikowanie strachu, który leży gdzieś u podłoża, strachu przed tym, czy ktoś w ogóle zrozumie, co mam na myśli. I czy koniecznie jest to zrozumienie potrzebne. Jest trochę lepiej, ale nie twierdzę, że jest łatwo.

Lata temu, kiedy kontakt między artystą a jego odbiorcami odbywał się jeszcze na forach internetowych, „Tamta kobieta” została poddana interpretacji i rozumieniu przez innych. Pojawiły się tak fantastyczne interpretacje, że sama sobie kilka przyswoiłam. Jedna z ładniejszych to ta, że to nie jest piosenka o drugiej kobiecie, ale o sobie samej. To by mi nie przyszło do głowy! Pisałam jako kobieta o kobiecie, a takie rozumienie nawet nie stało obok mnie, kiedy ten tekst się tworzył. Od tamtej pory mówię, że to piosenka o sobie samej. Inna interpretacja to jest właśnie to piękno, którego się poszukuje.

Wróćmy jeszcze na moment do Przeglądu Piosenki Aktorskiej, bo w tym roku „Tamtą kobietę” zaśpiewała Karolina Czarnecka, również laureatka PPA. Kiedyś to pani śpiewała utwory innych wykonawców czy autorów, teraz inni śpiewają pani piosenki.

Akurat to wykonanie pojawiło się na „Nut Fermencie”, cyklu z formułą, że śpiewa się czyjąś piosenkę. To taki zaklęty krąg. To fajne uczucie, zawsze ciekawi mnie, jak to będzie. Wcześniej, w 2013 roku, Marek Dyjak zaśpiewał „Będę z Tobą” na płycie „Kobiety”, która składała się z piosenek napisanych przez kobiety. Marek niejednokrotnie mówił, że ta piosenka uratowała mu w czarniejszym momencie skórę. Dla mnie to jest strasznie fajne, że takie rzeczy się zdarzają. Ja to lubię. Bardzo.

Co piosenka musi mieć w sobie, żeby chciała ją pani zaśpiewać?

Musi mówić do mnie - inaczej jest ciężko. Ja jej czasem nie rozumiem do końca, ale jeśli nie boli mnie brzuch, jak jej słucham, to znaczy, że nie jest dla mnie. Ona musi mi coś zrobić. Zdarzyło mi się w życiu zaśpiewać kilka piosenek, których nie czułam i zawsze to była porażka. Przychodzi mi od razu do głowy piosenka „Bolą mnie nogi” do wiersza Tadeusza Nowaka. Pamiętam płytę „Pieśni Marka Grechuty do wierszy Tadeusza Nowaka”, oczywiście winyl. Byłam dzieckiem, nic z tego nie rozumiałam, ale słuchając jej nie mogłam oddychać. Więc gdy przyszedł moment, kiedy sama mogłam zaśpiewać „Bolą mnie nogi”, nawet jako dorosła osoba, nadal nie do końca przeczuwając co autor przeżywał, gdy ten wiersz pisał (a dużo się dowiadywałam na temat Nowaka, bo jeśli chodzi o poezję, jest to dla mnie jeden z najważniejszych poetów), dokładnie w środku to czułam. To jest dla mnie wyznacznik tego, która piosenka do mnie należy - nawet jeśli nie jest moja.

Czy na przestrzeni tych lat na scenie żałuje pani pewnych swoich wyborów?

Pewnie, takie rzeczy się zdarzają. Ten zawód jest taki trochę durny. Dostaje się jakąś propozycję i wie się, że nie należy iść w tym kierunku, ale zaraz znajduje się dziesięciu takich, którzy mówią: „Ależ ty będziesz w tym świetna! Ja nie widzę nikogo innego, tylko ciebie, jesteś super!”. I ci klakierzy załatwiają sprawę, bo człowiek jest próżny i czuje się podbudowany. Czasem wystarczy kilka opinii tak zwanych lizodupów i po prostu się w to idzie, a później się tego żałuje. Zawsze trzeba ufać pierwszemu odruchowi, on jest najlepszy. Kiedy coś w głowie mówi „uciekaj!”, to uciekaj. Trzeba iść za impulsem, on mnie raczej nigdy nie zawiódł. Tak się mądrzę teraz, ale wiadomo, że to nie zawsze wychodzi. Doświadczenie tu pomaga, ale jesteśmy tylko ludźmi.

Mam kila takich wykonań – dosłownie kilka na przestrzeni niemal trzydziestu lat – do których lubię wracać, które były w totalnej zgodzie ze mną i wiem, że cokolwiek by się działo, mam poczucie, że to dobra robota. Jest też kilka takich, o których wolałabym zapomnieć. To niewymierna sprawa, metoda prób i błędów.

Rozmawiamy na kilka dni przed premierą teledysku do piosenki „Koko” z płyty „Ach!”. Fragment, który znamy wydaje się być bardzo niepokojący…

„Koko” to piosenka o zamarzaniu, o letargu. Czasem wpada się w taki, gdy temperatura w związku dramatycznie spada, ale on trwa, choć w zasadzie nie ma po co. Impulsem do jej powstania była myśl o śmierci w górach. Podobno alpiniści zasypiają w sposób bezbolesny. Sam moment zamarzania to ulga po znojach, po wdrapywaniu się w górę, walce z żywiołem. I ten moment jest wybawieniem; nie jest zimno, ani strasznie. Tak też miał wyglądać teledysk – w bieli i pastelowych kolorach. Bardzo ważne było dla mnie, żeby zostawić furtkę, nie mówić, że to już jest grób miłości, relacji. I tą furtką jest w teledysku roślina wyrastająca z człowieka.

Ile piosenek o miłości zostało jeszcze do zaśpiewania?

Nie ma sensu śpiewać o czymś innym. Każda piosenka jest piosenką o miłości i nawet, gdy na pierwszy rzut oka na taką nie wygląda, to nią jest. Nie jestem zwolenniczką protest songów, wydaje mi się, że ich epoka już minęła. Ale wciąż dużo jest fantastycznych piosenek felietonowych. Na polskim podwórku celował w nich Wojciech Młynarski. Czy dziś jest ktoś taki, kto tak dobrze opowiada rzeczywistość jak on? Na pewno tak, ale innym językiem, w inny sposób.

Ale jaki sens miałoby życie bez tych emocji? Dla mnie miłość jest najważniejszym celem w życiu. W piosenkach będzie zawsze; czy to miłość do mężczyzny, kobiety, dziecka czy w ogóle „do”. Piosenki są jednak po to, żeby opowiadać emocje. 

3 utwory:

  1. Katarzyna Groniec - “Przyznaję się do winy”

  2. Katarzyna Groniec - “Tamta kobieta”

  3. Katarzyna Groniec - “Koniec”