Energia organiczna - wywiad z Leskim

Energia organiczna - wywiad z Leskim

Spotkaliśmy się w pewne piękne majowe przedpołudnie, by porozmawiać o jego drugiej płycie, "Miłość. Strona B", i okolicznościach jej powstawania. Przy okazji Leski bardzo zajmująco opowiadał między innymi o swoich fascynacjach muzycznych i tęsknocie za czasami analogowymi. 

leski-splot-2015.jpg

3 utwory: 

 

1. Leski - "Bliżej"

2. Leski - "Lepiej wcale"

3. Leski - "Od rac"

W jednym z wywiadów po wydaniu „Splotu” mówiłeś, że ten album miał być lekki i pulsujący, miał się spajać ze słońcem i horyzontem. A czy miałeś jakieś założenia nagrywając „Miłość. Strona B”?

Pierwsza płyta jest ponoć zapisem muzycznych fascynacji z całego życia. „Splot” (recenzja) był głównie wynikiem mojej fiksacji na punkcie anglosaskiej muzyki folkowej spod znaku takich projektów jak Bon Iver, Sufjan Stevens, Damien Rice czy Angus & Julia Stone, ale miał w sobie również inne muzyczne cytaty. Nagrywając album „Miłość. Strona B” (recenzja) nie miałem konkretnych gatunkowych założeń. Chciałem po prostu zapisać emocje w jak najczystszej postaci nie zastanawiając się nad tym, jak ktoś je później sklasyfikuje. Sytuacja wyglądała podobnie przy powstawaniu tekstów: kiedy wyczuwałem, że słowa są wynikiem jakiejś niepotrzebnej operacji umysłowej, a forma przysłania treść natychmiast je wykreślałem. Szukałem tego, co naprawdę jest w moim krwiobiegu. Nie chciałem poddawać się fali zbędnego cyzelowania, tego że tekst musi być taki czy inny, bo lepiej brzmi. Słowa miały być jedynie nośnikiem emocji. Faktycznym zapisem chwili. Bardzo mi na tym zależało. Co do brzmienia i sfery dźwiękowej… na drugim albumie ważnym etapem był dla mnie wybór producenta. Zależało mi na tym, aby to był ktoś, kto pomoże mi sięgnąć po inne środki muzyczne i dzięki komu przeskoczę jakieś swoje ograniczenia. Marcin Bors z pewnością był taką osobą. Nie stosuje szablonów i maksymalnie wykorzystuje zaplecze artysty. Ma ogromną wiedzę i jest świetnym instrumentalistą, no i, co najważniejsze, wciąż bawi się muzyką jak dziecko.

Na twojej drugiej płycie brzmień akustycznych, lżejszych będzie mniej. 

Największa siła „Miłości. Strony B” tkwi w słowach i ich rezonowaniu w nas.

Tak, tym razem będzie więcej syntezatorów i elektrycznych gitar. „Splot” miał być z założenia płytą bardziej akustyczną, angażującą mocno brzmienia folkowych instrumentów z gitarą, banjo, mandoliną oraz steel guitar na czele. Szczęśliwie taką kolekcję posiadał mój wieloletni kolega, Piotr Ruszkowski, którego zaprosiłem do projektu, i który wniósł na krążek folkowy kolor. Już na etapie miksów „Splotu” wiedziałem, że drugi album będzie mocniejszy, bardziej elektroniczny i że będę sięgał na nim po inne brzmienia. Gnało mnie w stronę elektrycznych gitar i elektroniki. Czułem potrzebę rozwoju i wewnętrznej ekspansji. Nie chciałem powtarzać tego, co już zrobiłem. Muzyka daje nieskończoną ilość środków wyrazu i chciałem z tego skorzystać. Dzięki niej poznajesz siebie i świat na nowo. Odnajdujesz ukryte drzwi do Narnii. Pobrzmiewa w mojej wypowiedzi głos dziecka, ale nie wzbraniam się przed tym, a nawet pielęgnuję ten stan, żeby móc znów poczuć się jak wtedy, gdy sklejałem pierwsze modele kupione w składnicy harcerskiej albo gdy wspólnie z tatą konstruowaliśmy różne zabawki korzystając z kultowej książki Adama Słodowego „Zrób to sam”. Nie chciałem, aby drugi album był zaplanowany od początku do końca. Szukałem własnego języka i unikałem kalek. Oczywiście, skoro jesteśmy tym, co jemy, tym bardziej tym, czego słuchamy, czytamy, itd. Dużo w tym czasie słuchałem Becka, Radiohead, Father John Misty, nowego Bon Iver. Szczególnie mocno nowej produkcji Vernona i spółki, która w Polsce została dość mocno skrytykowana - czego prawdę mówiąc nie rozumiem. Uważam, że taki talent jak Justin nie może zamknąć się na wieczność w leśnej chacie i pisać tylko folkowe pieśni. Facet jest absolutnie wybitny i pokazuje, że w muzyce nie chodzi o to, aby odcinać kupony.

Coś płynie i reagujemy na to. Nie stoimy w miejscu.

Nie jesteśmy zamknięci w świecie, który sobie stworzyliśmy. Powinniśmy reagować na to, co się dzieje. Odbierać bodźce i informacje, które do nas docierają. Przetwarzać i reagować. Bardzo mocno zainspirował mnie świat syntezatorów, dlatego postanowiłem, że muszę przyjrzeć się im z bliska, doświadczyć ich od twórczej strony. Kupiłem PolySixa, kultowy syntezator z lat 80. oraz nowoczesny, ale bardzo ejtisowy w brzmieniu i designie, OP-1, który jest jednocześnie również samplerem i sekwencerem. To właśnie z OP-1 Justin Vernon uciekł do Grecji na jakiś czas i naszkicował album „22, A Million”, który przeniósł później do studia i wraz z Chrisem Messiną oraz Zachem Hansonem stworzył coś zupełnie świeżego. Takie rzeczy podkręcają. Pobudzają wyobraźnię i dają motywacje.

Mam wrażenie, że w warstwie słownej na „Miłości. Stronie B” dominuje słowo „puls”. 

To jest jedno ze słów-kluczy, podobnie jak „wir”, ale w obu przypadkach chodzi o ruch, zmianę tętna. Nie przywiązywałbym się jednak do pojedynczych zwrotów. Mam nadzieję, że słuchając albumu ludzie wyczują ten puls organicznie, bez konieczności wsłuchiwania się w każde słowo, że w pamięci zostaną im reakcje chemiczne.

 
 
 

W kwietniu zagrałeś 8 koncertów pod szyldem „Trasa. Strona A”. Grałeś na niej nowe utwory? 

Tak. Graliśmy w kameralnych miejscach. Blisko słuchacza. Otrzymałem bardzo wiele niesamowicie krzepiących słów o nowych piosenkach. Najmocniejsze wrażenie zrobiły na mnie jednak pytania o teksty, które wywołały w wielu osobach mocne reakcje i ponoć bardziej rezonowały niż te ze „Splotu”. Ludzie byli również zaskoczeni „innością” nowych piosenek, które są ponoć drapieżne (śmiech). Nie chciałbym wartościować i porównywać obu albumów, ale z pewnością „Splot” był płytą marzyciela, a „Miłość. Strona B” jest płytą faceta twardo stąpającego po ziemi.

Zestawiając dwie płyty nasunęło mi się skojarzenie z żywiołami. Jeśli „Splot” był płytą ulotną - powietrzem, to „Miłość. Strona B” jest ziemią. 

Bardzo podoba mi się to zestawienie żywiołów. Dodałbym jeszcze do nich wodę, która również przepływa między wersami i dźwiękami na drugim albumie. W końcu woda jest krwiobiegiem i pulsem ziemi i jest z nią nierozłączna.   

Pomiędzy płytami rozstałeś się z muzykami, z którymi grałeś do tej pory. 

Wiele spraw się na to złożyło: zarówno życiowych, jak i artystycznych. Bardzo chciałem, żeby drugi krążek zabrzmiał inaczej, miał inny kolor, a z tym wiąże się brzmienie instrumentów, sposób artykulacji, wrażliwość. Gram dziś z chłopakami z Wrocławia i bardzo się cieszę z takiego obrotu spraw. Jest chemia i puls (śmiech).

Leski_wideosesja.png

Wideosesja z Leskim

Żeby stworzyć „Miłość. Strona B” wyjechałeś w góry. Na jakim etapie tworzenia? Wyjechałeś z zupełnie czystą głową?

Wyjechałem już ze szkicami, ale potrzebowałem pobyć sam ze sobą, żeby je rozwinąć, a niejednokrotnie całkowicie zmienić. „Splot” powstawał w otoczeniu miasta, choć niewątpliwie leżał bliżej natury. Album „Miłość. Strona B” jest z kolei płytą na wskroś miejską opowiadającą o zwykłym życiu z kredytem i kolejką na poczcie, ale do jej finalizacji potrzebna mi była banicja. Myślę, że zasadniczo chodzi o łapanie dystansu do rzeczywistości, w której funkcjonujesz. Będąc wewnątrz nie jesteś w stanie dobrze okiełznać miar i smaków. Zabrałem ze sobą całe swoje domowe mini-studio, instrumenty, kilka książek i ruszyłem. Przyjechałem późną nocą. Totalne odludzie, schronisko na wzgórzu i kartka na drzwiach: „Panie Pawle, proszę podejść do recepcji, na blacie leży klucz do pokoju. Pokój ma pan na ostatnim piętrze. Prosimy o zgaszenie świateł i zamknięcie drzwi od środka ponieważ w schronisku jest tylko pan”. Sytuacja trochę jak ze „Lśnienia”. Dreszczyk emocji najwyższej próby. Poczułem, że była to najlepsza decyzja. Rankiem okazało się, że okolica jest po prostu bajeczna, dlatego codziennie urządzałem sobie spacery po górach i zacząłem łapać kontakt ze sobą. Spędziłem tam dwa tygodnie, wróciłem dosłownie na moment do domu i chwilę później znów byłem w górach, tym razem w Beskidzie Żywieckim w studio Fonoplastykon u Marcina Borsa. Spędziłem tam łącznie ze trzy miesiące. Można powiedzieć, że płyta powstała na emigracji (śmiech) z dala od zgiełku miasta.

Czy strona B jest tą trudniejszą w odbiorze? Tą, którą pomijamy, na którą mniej zwracamy uwagę?

Strona B jest nie tylko rewersem, ale również następstwem, kontynuacją, konsekwencją. Symbolem czegoś, na co musisz poczekać, co wymaga jakiegoś wysiłku i cierpliwości, czegoś, o co dziś coraz trudniej. Stąd odniesienie na najnowszym albumie do analogowego świata kaset, z którego właściwie pochodzę. Mam słabość do dawnych rzeczy. Miały charakter i sznyt. Mam jeszcze magnetofon szpulowy dziadka i gramofon z lat 70. Walkmana i kasety. Kupiłem nawet ostatnio rzutnik Ania. Istny kosmos dla dzieciaków! Stare auta o indywidualnych liniach, ręcznie składane, magnetofony i płyty winylowe - istne dzieła sztuki. Wszystko było nie tylko funkcjonalne, ale niosło za sobą również aurę piękna. Człowiek stawał się estetą. Czuć było jakąś myśl. Energię. Kolory ciuchów były dużo bardziej nasycone. Pomyślałem, że z miłością jest trochę tak jak z słuchaniem muzyki z kaset magnetofonowych. Jeśli chcesz poznać jej prawdziwą zawartość musisz przesłuchać obie strony. Poczekać na stronę B i przełożyć kasetę. Popularny dziś streaming, choć w wielu wypadkach wygodny, niszczy pewien rytuał słuchania muzyki. Myślę, że podobnie jest z miłością. Żyjemy szybko, a agresywny konsumpcjonizm przenika również do sfery emocjonalnej. Nawiązując do myśli podpatrzonej w sieci - „Kiedyś jak coś się psuło to się to naprawiało, a dziś po prostu wyrzuca do śmieci” - myślę, że warto dziś mieć coś, co nie ma napisu made in China i nie rozpadnie się po rozpakowaniu! Postanowiliśmy dlatego wydać album „Miłość. Strona B” symbolicznie również na kasecie magnetofonowej w limitowanym nakładzie. „Splot” był bardziej po stronie A, niemniej jednak nowy album, choć uplasowany symbolicznie na stronie B, nie jest wcale trudniejszy w odbiorze i osobiście uważam, że zdecydowanie mocniej kołysze.

Przy „Splocie” mocno podkreślano to, że piszesz po polsku…

Niekiedy miałem wrażenie jakby to było coś dziwnego. Zabawne, prawda? Mieszkam w Polsce i myślę po polsku. Nie planuję zagranicznej ekspansji ze swoją muzyką, dlatego nie rozumiem, po co miałbym śpiewać po angielsku. Bardzo wielu artystów sięga po język angielski i ma do tego wszelkie prawo. Być może łatwiej im wyrażać w nim emocje. Sam jednak czuję po polsku i nie potrafię w języku obcym zejść tak nisko w głąb siebie jak w języku, który mnie ukształtował. Język jest obrazem świata i przekazuje emocje. Czuje się z nim związany i potrafię więcej poczuć dzięki niemu. Myślę, że emocjonalność poprzez język jest bardzo ciekawym zagadnieniem.

 
 

Masz swój autorski sposób na wypowiedź poprzez słowa. Na „Splocie” poznawaliśmy cę dopiero, na drugiej płycie potwierdzasz, że znalazłeś autorski język. Czy ta specyficzność w używaniu słów jest schedą czy echem po hip-hopie, którego kiedyś słuchałeś? 

Miłe to, co mówisz, ale jeszcze wiele przed mną. Myślę, że hip-hop miał spory wpływ na mój sposób myślenia o tekście. Mocno mnie z nim związał, zresztą niedługo potem zacząłem słuchać Dylana. Mam wrażenie, że Dylan i hip-hop mają ze sobą sporo wspólnego. Mieszkają przez ścianę. Może w odrębnych klatkach schodowych, ale w jednym budynku. W obu przypadkach przekaz odgrywa kluczową rolę, a słowa nie są sprowadzone do roli udźwiękowiania nut. Z perspektywy czasu dostrzegam jeszcze jedną ważną spójność: przekaz wzmacniany niedoskonałościami. Nie chodziło o wygładzanie dźwięku i szukanie doskonałych fraz, a wręcz o przekuwanie krzywizn i osobliwości w atut. Przechodziłem przez ten etap. Nawet na „Splocie” mój perfekcjonizm dał mocno o sobie znać. Praca nad drugim albumem za sprawą Marcina wyglądała już zupełnie inaczej. Nie dogrywałem gitar i wokali w nieskończoność. Odpuściłem. Dzięki temu zrozumiałem, jak ważna jest energia organiczna, która wygasa z każdą kolejną wersją. Pierwsze dwa, może trzy podejścia mają w sobie pierwotny ładunek emocjonalny. Zgarniasz śmietankę. Później do głosu dochodzi mózg i zaczynają się kombinacje. Myślę, że umiejętność ocalania tej organiczności określa twórczość takich panów jak Tom Petty, Bruce Springsteen czy współcześnie właśnie Justin Vernon. Dzięki temu możemy tam znaleźć całą paletę barw. Oczywiście najpierw trzeba umieć, potem można skakać w nurt. 

Mam wrażenie, że nagrywając album „Miłość. Strona B” udało mi się zarejestrować jakiś rodzaj pierwotności. Nie zastanawiałem się, czy brakuje rymu albo czy ilość słów się zgadza. Myślałem raczej o tym, czy jest wystarczająco dużo lęku, tęsknoty albo szczęścia, niemniej jednak wciąż szukam w języku tego, co najmniej przekłamuje emocje.

To jest minimum słów przy maksimum emocji. 

Sporo jest jeszcze do zrobienia (śmiech).

Mogę mówić tu tylko za siebie, ale ja potrzebuję tego typu wrażliwości, autentyczności. 

Cieszę się, że to mówisz, bo mam wrażenie, że dzisiaj teksty w piosenkach bardzo często traktowane są jak kit do dźwięków, a przecież - jakby nie było - stanowią 50% piosenki. Marginalizowanie ich wpływa również na emocjonalność. Nie chodzi o objętość tekstu, a o jego jakość. Osobiście jestem zwolennikiem minimalizmu słownego, jak u Janerki czy Waglewskiego. Ostatni z panów powiedział kiedyś, że tekst piosenki nie musi być wierszem, żeby można było uznać go za dobry. Ma działać wespół z dźwiękiem. Miejscem wierszy są tomiki poezji, a rolą słów w utworze skuteczny przekaz emocji. Zgadzam się z tą opinią bez reszty i uważam, że sukcesem jest znalezienie złotej proporcji. Piosenka jest krótką formą i musi działać tu i teraz.

Czy ty pamiętasz swoją pierwszą świadomie usłyszaną piosenkę?

Myślę, że była nią piosenka zespołu R.E.M. „Losing My Religion”. Usłyszałem ją sto lat temu w serialu „Beverly Hills 90210”. Dźwięk mandoliny i głos Michaela Stipe'a kompletnie mną zawładnął. Bez przerwy słuchałem radia, żeby dowiedzieć się, kto to śpiewał. Dzisiaj włączasz aplikację i masz wszystko na tacy. Mi zajęło to rok. Myślę sobie, że takie czekanie ma swoje plusy. Wyostrza umysł i zmysły. Dziś wszystko jest na wyciągnięcie ręki, co sprawia, że nie traktujesz tego poważnie. Sam korzystam z Tidala i Spotify’a, ale cyfrowa technologia jeszcze mną nie zawładnęła, dlatego na moich półkach znajdziesz również winyle i kasety.

A kiedy po raz pierwszy pomyślałeś, że muzyka to jest twoja droga na zawsze?

We Francji. Siedziałem na plaży, sączyłem winko i usłyszałem Angusa & Julie Stone. Piękne, bezpretensjonalne granie. Nie potrafię opisać uczucia, które mi wtedy towarzyszyło, ale pierwszy raz od czasu szkoły średniej pomyślałem, że moja droga musi spleść się z muzyką, i że wszystko dopiero przede mną. Po kilku latach na etacie była to dość kuriozalna myśl, ale determinacji starczyło mi na kolejne trzy lata, przez które odkładałem forsę i szukałem muzyków. Finalnie, udało się w 2014 roku kiedy wydałem własnym sumptem EP-kę i rozesłałem ją do rozgłośni radiowych. Potoczyło się niespodziewanie pięknie. W „Liście osobistej” materiał zagrał Piotr Metz, chwilę później Ania Gacek, w końcu Wojtek Waglewski w „Maglu Wagli”. Niedługo po tym podpisałem kontrakt z Warner Music Poland i pojechałem w trasę z Edytą Bartosiewicz w roli supportu oraz z Lemolo, amerykańską singer-songwriterką z Seattle. Wreszcie przyszedł „Splot”, czyli debiutancki krążek. Musiałem podjąć decyzję, co dalej. Gdy robisz dwie rzeczy na raz, żadna w stu procentach ci się nie uda. Oddałem się więc w ręce muzyki i od trzech lat zawodowo zajmuję się tylko nią. Ma to oczywiście również swoją stronę B. Brak stabilizacji finansowej, kredyt, rachunki. Nie jest łatwo, ale jak się mówi „A”…

„Miłość to piękna choroba”, chciałoby się powiedzieć za Anną Janko po wysłuchaniu twojej drugiej płyty. 

Choroba, a nawet lekarstwo. Najbardziej paradoksalna forma bliskości. Na pewno nie jest tym, co pokazują w reklamach i hollywoodzkich produkcjach. Może dlatego tak bardzo lubię „kino północy” - o normalnych ludziach z prawdziwymi problemami.

Czyli all you need is love, but love will tear us apart

Miłość (śmiech).

 

3 utwory

1. Leski - "Bliżej"

2. Leski - "Lepiej wcale"

3. Leski - "Od rac"