"MATANGI / MAYA / M.I.A."

"MATANGI / MAYA / M.I.A."

Dokument muzyczny inny niż wszystkie.

Matangi / Maya / M.I.A.

3 utwory

1. M.I.A. - "Paper Planes"
2. M.I.A. - "Bad Girls"
3. M.I.A. - "Borders"

Berlin to nie tylko muzyczna mekka dla pielgrzymów poszukujących dźwięków począwszy od elektronicznego podziemia, przez rockową alternatywę, na koncertach wielkich gwiazd pop kończąc. To także raz do roku, przez mniej więcej dziesięć dni, stolica światowego kina. Tu zjeżdżają największe gwiazdy filmowe, swoje premiery mają dzieła uznanych reżyserów jak również debiutantów, a także odbywają się spotkania i dyskusje z twórcami. W programie zakończonego przed niespełna dwoma tygodniami 68. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie nie mogło oczywiście zabraknąć wątków muzycznych. Pokazano więc filmy „Shut Up and Play the Piano", „Matangi/Maya/M.I.A. oraz „Songwriter". Na czerwonym dywanie pojawili się protagoniści, czyli kolejno Chilly Gonzales, Maya Arulpragasam i Ed Sheeran.

Przyznam, że nie na samym spotkaniu z gwiazdami zależało mi najbardziej, choć z pewnością stanowiłoby to miłą atrakcję. Liczyłem bardziej, że uda mi się dostać na seans drugiego z wymienionych powyżej dokumentów muzycznych. Przed kilkoma tygodniami film miał swoją premierę podczas „Sundance Film Festival” - największej imprezy poświęconej kinu niezależnemu w Stanach Zjednoczonych. Wywołał tam sporo szumu i niespełna miesiąc od premiery zawitał do Europy, by dać się poznać szerszej widowni podczas Berlinale. Pierwsze podejście do zakupu biletu na seans „Matangi/Maya/M.I.A.”, który znalazł się w programie sekcji Panorama, zakończyło się fiaskiem. Postanowiłem zawziąć się i dopiąć jednak swego. Walkę, którą stoczyłem, aby go dostać, można śmiało porównać do batalii, jaką prowadzi na gruncie artystycznym Maya Arulpragasam, znana szerszej publiczności jako M.I.A. Kontynuując działania rozpoczęte przez jej ojca aktywistę działającego na rzecz tamilskiego ruchu oporu. Urodzona już w Londynie córka imigrantów zawsze słuchała głosu serca, mówiła co myśli i nigdy nie szła na łatwiznę, przez co przysparzała sobie kłopotów i wrogów. Mimo niewątpliwej pozycji gwiazdy, niepoprawna politycznie raperka i producentka nieraz skazywana była na swego rodzaju ostracyzm przez przemysł muzyczny. Omijały ją liczne zaszczyty i nagrody. To ona mogła sobie pozwolić na to, czego nie mogła zrobić sama Madonna, a może M.I.A. miała po prostu więcej odwagi. Jej kariera nabrała tempa stosunkowo późno, gdyż dopiero w 2005 roku w wieku 29 lat zadebiutowała albumem „Arular”, który zagwarantował jej większy rozgłos. Wcześniej, jak mało kto wie, próbowała swych sił jako filmowiec dokumentalista i projektantka działająca w zachodnim Londynie.

 fot. Cinereach

fot. Cinereach

Film „Matangi/Maya/M.I.A.”, który zaprezentowała berlińskiej publiczności wraz ze swoim przyjacielem i jednoczenie reżyserem Steve'em Loveridge'em, jest w dużym stopniu oparty na materiałach, które na przestrzeni przeszło dwudziestu lat sama zarejestrowała. W latach 2010-2011 przekazała Steve'owi taśmy z około 700 godzinami prywatnych wideo. Do tego doszło około 300 godzin fragmentów filmowych zebranych z innych źródeł jak telewizja, festiwalowe zapisy koncertów czy wideoklipy. Reżyserowi, który jak się okazało wraz z Mayą studiował sztuki audiowizualne, zajęło niemal siedem lat, aby ukończyć swój pierwszy film. W 2013 roku twierdził, że raczej prędzej skona niż to uczyni. Na szczęście stało się jednak inaczej. Przy wsparciu producentów, mając zaufanie Mayi oraz wolną rękę co do końcowego kształtu filmu (Steve pracował w Nowym Jorku, natomiast Maya mieszkała w Londynie i na skutek pewnego incydentu nie mogła w tym czasie dostać się do Stanów Zjednoczonych) Loveridge pokazał go w końcu w styczniu tego roku w Sundance. Wyobraźcie sobie reakcję Mayi, która zwykła sama reżyserować swoje życie, gdy zobaczyła go wtedy po raz pierwszy. Powiem tylko tyle, że do czasu projekcji na Berlinale nie rozmawiali ze sobą. Berlińska publiczność mogła zatem niedługo po światowej premierze obejrzeć ten prosty w swej strukturze, lecz niezwykły ze względu na osobisty i jednoczenie obiektywny ton opowiadania dokument. Tak się składa, że Steve często miał szczęście znajdować się w centrum wydarzeń życia Mayi i nawet samodzielnie rejestrować pewne sytuacje. Do tego doskonale ją zna i wie, na ile może sobie pozwolić. Moim zdaniem ten biograficzny, a wręcz autobiograficzny portret energetycznej i magnetycznej artystki tylko dzięki temu zyskał.

 Steve Loveridge

Steve Loveridge

Dokument w dużej mierze przypomina „home video" zapisane na taśmie VHS. Takie były możliwości techniczne w latach 90. dostępne dla zwykłych śmiertelników i w taki sposób Maya rejestrowała swoje życie. Zamiast filmu z komunii mamy swego rodzaju portret rodzinny we wnętrzu z prawie zawsze nieobecnym ojcem i dzieciakami zdanymi niemal wyłącznie na siebie, a z drugiej życie na Sri Lance i próbę wejścia w skórę osób, które nie mogły wyemigrować i postanowiły toczyć walkę na miejscu. Podczas samej wizyty Maya nakręciła ponad 40 godzin materiału i sytuacja krewnych stała się jej bliższa. Pozostało to nie bez wpływu na jej poczynania na gruncie muzycznym. By uniknąć plotkarskiego tonu w filmie został jedynie zaznaczony wątek i rola, jaką w życiu M.I.A. odegrał amerykański DJ i producent Diplo. Natomiast kilka razy powraca motyw babci, którą artystka pojechała odwiedzić na Sri Lance zanim zdecydowała się poświęcić karierze muzycznej. W pamięci zapadła mi scena, w której babcia i Maya siedzą sobie na ławce przed domem. Toczy się rozmowa o tym, co daje szczęście w życiu. Babcia stwierdza, że jest szczęśliwa, kiedy śpiewa. Maya zapytana przez seniorkę: "A co ty chciałabyś robić w życiu?", odpowiada bez chwili zawahania: „Śpiewać". Lepszej rady nie udzieliłby jej sam Jay-Z. Trzeba słuchać babci. Od czasu tej znamiennej rozmowy musiało minąć kilka lat i w końcu w 2006 za sprawą utworu „Paper Planes” kariery M.I.A. i Diplo nabrały rozpędu. Dziś słowa tej kompozycji: „Everyone's a winner, we're making our fame.” ponownie nabrały większego sensu. Wokół artystki po raz kolejny zrobiło się głośno, a reżyser Steve Loveridge ukończył swój pierwszy film, który być może otworzy mu drzwi do dalszej kariery. 

Dotąd znałem M.I.A., jej muzykę, wywołujące piorunujące wrażenie wideoklipy, lecz dopiero po obejrzeniu filmu mam wrażenie, że tak naprawdę ją poznałem. Powstał dokument muzyczny inny niż wszystkie. Sportretowana artystka nadal żyje i ma jeszcze wiele do udowodnienia. Wydaje mi się, że kolejnym projektem, który zrealizuje M.I.A. może być pełnometrażowy zaangażowany politycznie musical. Coś czuję, że na tym nie poprzestanie i być może za jakiś czas ambitna artystka pokaże na jednym ze światowych festiwali swój film. Tymczasem mam nadzieję, że tytuł „Matangi/Maya/M.I.A." nie umknął uwadze naszych dystrybutorów obecnych na Berlinale i będzie dane go w najbliższej przyszłości obejrzeć widzom w Polsce. Z chęcią wybrałbym się na seans po raz kolejny. Ba, a może przyjdzie komuś do głowy, by zaprosić twórców na pokaz premierowy w naszym kraju? To byłby strzał!

3 utwory:

1. M.I.A. - "Paper Planes"

2. M.I.A. - "Bad Girls"

3. M.I.A. - "Borders"