Męskie Granie 2019, Wrocław, 3.08.2019

Męskie Granie 2019, Wrocław, 3.08.2019
mg1.jpg

3 piosenki:

1. Pablopavo i Ludziki - “Karwoski”

2. Nosowska feat. Miki - “Mówiła mi matka”

3. Hey - “Zazdrość”

Jubileuszowa, dziesiąta już, edycja Męskiego Grania przyniosła kilka niespodzianek. Po pierwsze w większości z siedmiu miast trasy, zmieniły się lokalizacje. Oprócz koncertów ważnych przedstawicieli polskiej sceny muzycznej, Męskie Granie 2019 to także możliwość pogrania na instrumentach, zobaczenia wszystkich teledysków do hymnów dotychczasowych edycji, obcowania z instalacją artystyczną Pana Generatora. Mają rozmach, oj, mają.

Sprawdziliśmy wszystko 3 sierpnia, na czwartym przystanku trasy, we Wrocławiu. Kameralną i pełną uroku lokalizację na Pergoli zastąpił tor wyścigów konnych na Partynicach. Przy założeniu, że najważniejsza jest muzyka, nie zmieniło to wiele.

Niekwestionowaną gwiazdą tegorocznej trasy jest Igor Walaszek, wokalista Clock Machine oraz Bass Astral x Igo; właściciel jednego z najbardziej wyjątkowych głosów w Polsce (który zawdzięcza najprawdopodobniej pewnemu laryngologowi). Igo pojawiał się tego dnia na scenie wielokrotnie: z Clock Machine na Scenie Ż, gościnnie podczas koncertu Króla (wspólnie zaśpiewali „Strażnika/ Spróbuję”) i Krzysztofa Zalewskiego („Luka”) oraz oczywiście jako jeden z szefów artystycznych Męskiego Grania Orkiestry. Walaszek to świetne muzyczne wyczucie i sceniczna charyzma. Odnajduje się wszędzie, we wszystkim i z każdym. Choć z Clock Machine gra niemal od dekady, jego (masowa) popularność to efekt ostatnich kilku – kilkunastu przedmęskograniowych tygodni. Jak widać, warto ciężko pracować i robić swoje.

Skoro jesteśmy przy Scenie Ż – wystąpili na niej: Diuna, laureat konkursu Męskie Granie Young; neofolkowe Panieneczki i – przed samym finałem – rewelacyjna Rebeka.

Zacznijmy od początku. Jeszcze w rozleniwionej, piknikowej atmosferze sobotniego popołudnia zagrał Pablopavo i Ludziki ze swoją impresyjną publicystyką. Usłyszeliśmy „Karwoskiego”, „Szmerem”, „Agatę”, „Brązowy i niebieski”, „Ochotę” i „Panie inżynierze”, czyli gros piosenek z ostatniej płyty „Marginal”. Brawa dla Radka Polakowskiego za wyśmienitą grę na skrzypcach.

Król dał jeden z lepszych tego dnia koncertów. Przywitał się swoim zwyczajowym „cześć, Tygrysy!” i wraz ze składem poszerzonym o basistę zagrał m.in.. „Pokój nocny/ Całą ciszę”, „Złą widoczność”, „Z tobą/ Do domu”. Zakończyli nowym utworem, „Te smaki i zapachy”, zapowiadającym nadchodzący album, „Nieumiarkowania”.

Na koncercie Bitaminy pod sceną w końcu zrobiło się tłoczno. Mają swoją osobną muzyczną bajkę, choć w moim odczuciu to granie jeszcze chłopięce. Troszkę nieśmiałe, trochę naiwne, ale także szczere i mocno oddziałujące na czułe struny ich niemałej publiczności.

W opozycji do piosenek nowych, chwilę później usłyszeliśmy te dobrze znane od dekad. Paulina Przybysz poprowadziła Tribute to Breakout. Do wykonania utworów Tadeusza Nalepy zaprosiła Vito z Bitaminy („Kiedy byłem małym chłopcem”, „Oni zaraz przyjdą tu”), Anię Rusowicz („Poszłabym za tobą”, „Na drugim brzegu tęczy”), Darię Zawiałow („Gdybyś kochał, hej!”) i Wojciecha Waglewskiego („Modlitwa”). W tym roku przypada 50-lecie wydania płyty „Na drugim brzegu tęczy” i ten wyjątkowy, kolorowy, rozwibrowany koncert był jego uhonorowaniem.

Katarzyna Nosowska, zwana tego wieczoru Królową Pszczół, tudzież Królową Wszystkiego, to zawsze niezawodny punkt programu. Nie jest już tak, jak śpiewa w „Nagasaki” – że „stoi na scenie od ćwierć wieku jak słup”. Była specyficzna choreografia, były opowieści. Był też wyjątkowy gość – Mikołaj, syn Artystki. Razem fenomenalnie wykonali „Mówiła mi matka”; i to był jeden z najlepszych momentów całego dnia. Nosowska zaczęła od „Nerwów i wiktoriańskich lekarzy”, zakończyła „Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć”. Pomiędzy nimi repertuar z „Basty”: „Ja pas”, „Kto ci to zrobił?”, wspomniane „Nagasaki”, „Brawa dla Państwa”; cover „Smalltown Boy” z repertuaru Bronski Beat, w którym wokalistkę wspomógł basista zespołu, Bunio czy „Pani Pasztetowa”. Brawa dla Michała „Foxa” Króla za przepotężne, mocno zapętlone brzmienia.

Niemal odsądzany od czci i wiary w ubiegłym roku za bierność i anty-bunt wyrażony w „Początku” Krzysztof Zalewski, wszedł na scenę owinięty tęczową flagą i słowami „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie” na ustach. Wystarczy? Usłyszeliśmy „Polsko”, „Miłość, miłość”, „Jak dobrze mi” (w duecie z donGURALesko), „Lukę”, „Kuriera” czy „Początek”. Niewiele, ale niecałe pół godziny później Zalewski miał wejść na scenie ponownie z Orkiestrą.

 
 

Ten najbardziej wyczekany koncert rozpoczął Tomasz Organek, wykonując zupełnie bez trzymanki „Generację nic” Cool Kids of Death. Później dopełnił ten mocny przekaz śpiewając „Kocham wolność” Chłopców z Placu Broni. Nosowska przeprowadziła zbiorową terapię krzykiem przy „Wieży radości, wieży samotności”. Krzysztof Zalewski zaśpiewał „Miód” Natalii Przybysz, udowadniając, jak bezsensowne są podziały na płeć w muzyce.

Tegoroczny repertuar, co widać także w powyższym skrócie, był mocno zróżnicowany. Na warsztat brano nie tylko piosenki z szeroko pojętej alternatywy – kto spodziewałby się „Wspomnienia” Czesława Niemena, „Tańca lekkich goryli” Bielizny czy „Sing Sing” Maryli Rodowicz? Byli także klasycy polskiego rocka: Perfect „Chcemy być sobą”, Lady Pank („Zamki na paiasku”), Maanam („O! Nie rób tyle hałasu” tu wykonany brawurowo przez Kingę Preis) czy Myslovitz, gdzie wykonanie „Długości dźwięku samotności” wsparła Daria Zawiałow. Najlepszym, najbardziej porywającym punktem była „Zazdrość” Hey’a w totalnie odmiennej od oryginału aranżacji. Co oczywiste, nie śpiewała jej Kasia Nosowska, ale mocno roztańczony duet Walaszek – Zalewski. Na koniec zabrzmiał mocno jubileuszowy i „życzeniowy” hymn, „Sobie i wam”. Jego słowa odbijały się echem wiele minut po zakończeniu koncertu.  

Świetna muzyka – jest. Energia – jest. Przekaz – jest. Ukłon dla przeszłości – jest. Dobra zabawa – jest.

Brawa dla Państwa!

3 piosenki:

  1. Pablopavo i Ludziki - “Karwoski”

  2. Nosowska feat. Miki - “Mówiła mi matka”

  3. Hey - “Zazdrość”