Miesiąc w muzyce: czerwiec 2018

Inne mistrzostwa świata

letseatgrandma-imallears.jpg

3 utwory

1. Let's Eat Grandma - "It's Not Just Me"
2. Natalie Prass - "The Fire"
3. Rolling Blackouts Coastal Fever - "Talking Straight"

W czerwcu od ilości nowej muzyki można było wręcz zwariować. Jeśli dodać do tego mistrzostwa świata w piłce nożnej i codzienne obowiązki, doba okazywała się skandalicznie za krótka. Łatwiej byłoby sobie z tym poradzić, gdyby nowe albumy okazywały się przeciętne i mniej lub bardziej odstręczały od wielokrotnego słuchania. W czerwcu nie było jednak o tym mowy. Potwierdzone zostało po raz kolejny, że muzyką rządzi płeć piękna, a młode jej reprezentantki pokazują, iż to w młodości tkwi siła i nadzieja. I głównie o nich będzie to podsumowanie.

Długo się wahałem, którą płytę wyróżnić jako najlepszą. Od momentu pierwszego przesłuchania było to wprawdzie oczywiste, ale mimo wszystko próbowałem ze sobą walczyć. Szukałem wad, ale w końcu musiałem przyznać: „nic nie poradzę, to jest GENIALNE!”. Najgłośniejsze brawa kieruję więc w stronę dziewczyn z Let’s Eat Grandma i ich „I’m All Ears” (już sam tytuł jest doskonały). Budzi pewien dyskomfort zachwycanie się utworami nastolatek, ale co zrobić? Powiedzieć o nich „utalentowane” to trochę za mało. Świetna była już debiutancka „I, Gemini” – urzekająca i wciągająca, ale jeszcze nie do końca rozkładająca na łopatki. Teraz i ten cel jest spektakularnie osiągnięty. Niewątpliwie wiele dała współpraca producencka z SOPHIE (obok niej pomagał m.in. Faris Badwan z The Horrors), czego efektem są np. doskonałe przeboje „It’s Not Just Me” i „Hot Pink”. Prócz zabaw z muzyką pop pojawiają się na „I’m All Ears” również psychodelia i ciekawe eksperymenty, a najlepszym tego dowodem jest zamykający album, ocierający się o epickość, 11-minutowy „Donnie Darko”. Cholernie ciekawy jestem, co będzie z zespołem za kilka lat. Możliwości jest wiele, ale o optymizm łatwo. Widziałem dziewczyny dwa razy na Primaverze i jeśli rok temu widać było, że muszą jeszcze sporo popracować nad koncertową swoją odmianą, to w tym roku postęp w tym aspekcie był gigantyczny (do ideału pod tym względem nieco jednak brakuje). Widoki na przyszłość wydają się być niezwykle intrygujące, ale już teraz mogę stwierdzić, że osiągnąć popową perfekcję jeszcze przed skończeniem 20 roku życia, to rzecz doprawdy niesamowita.

jorja-smith-lost.jpg

Zachwyca także „Lost & Found”, odrobinę starszej od dziewczyn z Let’s Eat Grandma, Jorji Smith. Szumu wokół siebie artystka zdążyła już narobić sporego. Były gościnne występy w utworach Drake’a czy Kendricka Lamara, wiele osób zwróciło też na nią uwagę, kiedy supportowała Bruno Marsa. Co pewien czas pojawiał się też nowy singiel, ze świetnym „Blue Light” na czele. Wszystko to sprawia, że dużą część albumu można było usłyszeć już kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt miesięcy temu, ale w żaden sposób nie psuje to teraz całościowego odbioru. Inspiracje Smith są jak najbardziej oczywiste – słychać tu Lauryn Hill, Amy Winehouse, Erykah Badu, a na tej bazie udało się stworzyć coś, co posiada pewne symptomy unikalności, dopełnionego osobistymi i udanymi tekstami. Takie połączenie R&B, soulu i hip hopu może wciągnąć niemiłosiernie. Podkreślany w wielu miejscach atut w postaci doskonałego wokalu jest faktycznie wielkim pozytywem, ale na szczęście Smith ma do zaoferowania znacznie więcej i wyrasta na jedną z większych nadziei współczesnej muzyki.

lykke-li-so-sad.jpg

Świetna jest również nowa płyta Lykke Li, „So Sad So Sexy”. Nie rozumiem pojawiającego się w kilku miejscach psioczenia o to, że Szwedka zdecydowała się nieco zbliżyć do głównego nurtu (porównania do Rihanny uważam za totalną brednię). Zmiana w stylistyce jest całkiem spora (ale znów nie gigantyczna!), co dowodzić może ewentualnie chęci artystycznego rozwoju czy spróbowania czegoś odrobinę innego. Zwłaszcza, że Lykke Li sama kilkakrotnie podkreślała, że poprzednią płytą (będącą ostatnią częścią trylogii) zamyka pewien etap kariery muzycznej. Swoje musiała też zrobić przeprowadzka do Stanów Zjednoczonych, a i osobiste tragedie (śmierć matki) oraz radości (narodziny dziecka). Gigantyczny wpływ na brzmienie ma niewątpliwie zaproszenie do współpracy szerokiej rzeszy producentów (Skrillex, Rostam, T-Minus i DJ Dahi), lecz nie ma jednak mowy o braku spójności. Pojawiają się elementy r&b czy nawet hip hop, ale w dalszym ciągu jest zdecydowanie więcej „sad” niż „sexy”. Nieustannie w unikalnym wydaniu, podkreślanym przez niesamowity wokal i niegłupie teksty, często trafiające w sedno w kontekście opowieści o problemach współczesnych czasów. Na „So Sad So Sexy” Lykke Li jest odrobinę inna, ale to ciągle Lykke Li trzymająca wysoki poziom.

Nie spodziewałem się, że aż tak udany będzie album SOPHIE i chyba gorzej dla niej, że w tym samym miesiącu wyszła płyta Let’s Eat Grandma (przy powstawaniu której, jak wspomniałem, maczała palce). Artystka do tej pory większemu gronu dała się poznać przede wszystkim jako producentka utworów takich artystów jak Madonna czy Charli XCX, zaś jej solowe dokonania nie wzbudziły należytego zainteresowania. Teraz sytuacja zapewne ulegnie sporej zmianie. Artystka na „Oil of Every Pearl's Un-Insides” w dalszym ciągu eksperymentuje, ale słyszalna jest tendencja do otwierania się na szerszą grupę odbiorców. Połączenie słodkich melodii pop z hałasem i dźwiękami totalnie nieoczywistymi dostarcza wielu pozytywnych wrażeń. Nie wiem, czy będzie to płyta przełomowa w muzyce pop i czy za kilka lat nie okaże się pewnym wzorem, ale pewne przesłanki ku temu istnieją. Nazwa wytwórni „Future Classic” do czegoś przecież zobowiązuje.

natalie-prass-future.jpg

Sporo dobrego można też powiedzieć o „The Future and the Past” Natalie Prass, która w porównaniu do debiutu totalnie zmieniła swoje oblicze, odchodząc dość daleko od pianina i stawiając niemal jednoznacznie na zabawę. Może nie taką, w której zapomina się o otaczającym świecie, ale łączącą się z takimi rekcjami jak tupanie nogą i delikatne wymachiwania rękoma. Legenda dotycząca najnowszego albumu głosi, iż w 2016 roku artystka miała w zasadzie gotowy już cały materiał, ale wybór Trumpa na prezydenta USA sprawił, iż postanowiła cały koncept odmienić. Wypada Prass wierzyć. Tytuł płyty idealnie oddaje z czym mamy do czynienia. Przyszłość odnosi się tutaj przede wszystkim do liryków, dotykających dość szeroko rozumianej tematyki społeczno-politycznej, w tym obowiązkowemu zagadnieniu feminizmu. Przeszłość to natomiast muzyka. Prass przywołuje przede wszystkim ducha muzyki dyskotekowej przełomu lat 70. i 80., ale na tej bazie buduje jednak coś, co brzmi współcześnie (czepialscy mogą jednak doszukiwać się w pewnych fragmentach podobieństw do niekoniecznie cenionych wokalistek). By było ambitniej występuje szereg atrakcji mniej lub bardziej wychodzących z tła. W konsekwencji przy „The Future and the Past” można posłuchać rzeczy ważnych, a i całkiem dobrze się bawić.

lily-allen-no-shame.jpg

Kolejna z artystek, Lily Allen, na „No Shame” w znaczny sposób się poprawiła w porównaniu do wydanej cztery lata temu, mocno przeciętnej płyty „Sheezus” (recenzja). Wiele wskazuje, że już raczej nie odzyska statusu jaki posiadała kilka lat temu i swojego nazwiska nie ujrzy pisanego wielką czcionką na plakatach popularnych letnich festiwali. Taka jest po prostu kolej rzeczy i rezultat podejmowanych artystycznych wyborów. Allen nie proponuje bowiem tradycyjnie rozumianych hitów, które mogłyby zawojować listy przebojów i cieszyć szerszą rzeszę słuchaczy (jak miało to miejsce w  przypadku np. „Smile” czy „It’s Not Fair”). Brytyjka nie chce udawać nastolatki, śpiewać o rzeczach jej totalnie obcych, zdecydowanie bardziej stawiając na autentyzm. I chwała jej za to, bo jest w tym dobra. W trakcie słuchania nieobce może być w rezultacie odczuwanie takich emocji jak współczucie. Ma to związek z tym, iż „No Shame” trzeba zaliczyć do powiększającej się z tygodnia na tydzień grupy albumów, w których mowa jest o bolesnym rozstaniu i o próbie radzenia sobie w nowych realiach. Allen w sposób otwarty śpiewa o swoich błędach, jakie popełniała w związku czy o byciu złą matką. Bywa przy tym urocza i sentymentalna („When we’re lost our teeth/sleep in separate beds/When we’re just a strain on the NHS/Will you stay with me?”). Udaje jej się nawet rzecz z pozoru niemożliwa, gdy pisze tekst z perspektywy swojej trzyletniej córki. Wszystko to już w znacznie mniejszym stopniu nadaje się do pajacowania, a raczej może doprowadzić do emocjonalnych reakcji. W trakcie słuchania doprawdy dość trudno było mi zrozumieć tych, którzy Lily Allen nie są w stanie polubić. „No Shame” może jest nieco za długie, może muzycznie lepiej by było, gdyby artystka zdecydowała się na jeszcze więcej odwagi albo gdyby udało się stworzyć chociaż jedną piosenkę, która zwiększałaby szansę na przyciągnięcie uwagi. Koniec końców o zawodzie na pewno jednak nie ma mowy.

snail-mail-lush.jpg

Sporo przyjemności dostarcza obcowanie z albumem 19-letniej Lindsey Jordan, czyli Snail Mail i jej „Lush”. Dzieje się tak pomimo faktu, iż w ostatnich miesiącach z podobnym graniem można było mieć do czynienia wielokrotnie (Soccer Mommy, Julien Baker). Znów więc mamy piosenki, które wydają się wyśpiewanymi wpisami z pamiętnika nastolatki, obejmującymi głównie tematy przyjaźni, miłości oraz inne rozterki charakterystyczne dla tego wieku. Oczywiste jest podobieństwo do twórczości Liz Phair, ale wiele wskazuje na to, że wspominana przez Jordan wielokrotnie fascynacja Avril Lavigne jest tutaj kluczem do tego, iż piosenki zyskują dodatkowy błysk. Fajne są tutaj liczne eksperymenty i nieoczywistość – Jordan bowiem nie ogranicza się do tradycyjnych schematów zwrotka-refren. Czasami utwory wydają się zbyt podobne do siebie i w porównaniach do Julien Baker „Lush” wypada gorzej. Nie zmienia to faktu, iż pojawiła się kolejna dziewczyna, której kolejnych ruchów warto z uwagą się przypatrywać.

carters-everything.jpg

Pewne podejrzenia może budzić natomiast album The Carters, czyli wspólnego projektu Beyonce i Jay’a Z. Premiera płyty sprawiła, iż wszystkie historyjki o małżeńskiej zdradzie, wściekłości, przebaczeniu i rozkwitłym na nowo uczuciu w jeszcze większym stopniu wydają się przygotowaną i głęboko przemyślaną akcją marketingową. Do tej pory można było na to przymykać oko, bo przecież „Lemonade” to wręcz prawdziwe arcydzieło, a „4:44” do słabych albumów również trudno zaliczyć. „Everything Is Love” ustawiłbym gdzieś pomiędzy tymi krążkami – jakościowo, ale i stylistycznie. Generalne nic specjalnego para nie oferuje. Można było się spodziewać, iż przewodnim tematem stanie się opowieść o sukcesie, korzeniach, rasizmie, uzupełnionych kilkoma banałami o miłości. Oczywiście, wszystko z uwzględnieniem oczekiwań rynku. Pojawiające się co pewien czas wzmianki na temat zgromadzonego majątku i tego, jakie wspaniałe Carterowie prowadzą życie mogą niemiłosiernie wkurzać czy też rodzić pytania „po cholerę o tym tyle gadać?” („My great-great-grandchildren already rich / That’s a lot of brown children on your Forbes list”), ale z drugiej strony raczej nie zaskakiwać. W rezultacie wszystko jest w sumie przewidywalne, długimi momentami całkiem przyjemne, ale też nie zachęcające do wielokrotnego wgłębiania. Warto jednak dodać, że wszystko co najlepsze wychodzi tutaj od Beyonce, która góruje czasami nad mężem nawet kiedy zaczyna rapować. Co niejako potwierdza tezę o wzrastającym znaczeniu kobiet we współczesnej muzyce. O panach wypada jednak nieco wspomnieć…

W czerwcu wydarzeniem dla wielu była na pewno premiera płyty Father John Misty „God’s Favorite Customer”. Mam dość spory problem z tym artystą. W trakcie czytania/oglądania z nim wywiadów negatywne odczucia biorą u mnie górę (podobnie rzecz przedstawia się z koncertami). Josh Tillman charakter wydaje się mieć taki, iż podejrzewam, że nie ma żadnych szans, byśmy w alternatywnej rzeczywistości zostali kolegami. Dodatkowo nie zdziwiłbym się, gdyby część z poznanych przez niego osób, siedząc przy wspólnym stoliku w knajpie, decydowała się na szybką ewakuację pod pretekstem np. skorzystania z toalety. Tillman to idealne uosobienie drażniącej narcystycznej osobowości, której wydaje się, że jest już na wyższym poziomie (artystycznym i jakimkolwiek innym) niż wszyscy dookoła, ale generalnie nie jest w stanie zaproponować czegoś nowego, zadowalając się tylko naśladownictwem (przede wszystkim do Eltona Johna). Wszystko, oczywiście, byłoby do przełknięcia, gdyby piosenki wywoływały jakieś głębsze emocje. U mnie, niestety, nie wywołują (chyba, że do głębszych emocji zaliczyć znudzenie). Na najnowszej płycie Father John Misty dał sobie spokój z opisywaniem kondycji ludzkości w XXI wieku i, co nie jest chyba żadnym zaskoczeniem, tym razem opowiada o swoim życiu, problemach i zagubieniu. Bazą do tego są rzekome dwa miesiące spędzone w samotności w hotelowym pokoju, gdzie oddawał się rozmyślaniom nad sobą samym, które omal nie doprowadziły go do radykalnych decyzji. Zapowiadało się to nawet obiecująco, ale efekt jest taki sobie. Muzycznie „God’s Favorite Customer” wypada w większości utworów biednie i tylko czasami do uszu dociera coś błyskotliwego (zdecydowanie najlepsze „Disappointing Diamonds Are the Rarest of Them All”). W lirykach słyszę natomiast jakąś przedziwną tendencję do zadawania non stop mniej lub bardziej absurdalnych pytań, na które odpowiedzi średnio mnie interesują. Paradoksalnie, nie jestem jednak w ogóle zaskoczony, iż komuś się to może podobać, ale trudno mi się pogodzić z opiniami, że to najlepszy album artysty. Z Tillmanem jest mi zupełnie nie po drodze i gdyby jutro ogłosił, że świat potrzebuje go jako aktora teatralnego czy wokalistę operowego, nie odczułbym żadnej straty.

kamas-heaven-earth.jpg

Trzeba wspomnieć o nowym albumie Kamasi Washingtona „Heaven and Earth”. Nie jestem osobą kompetentną w przypadku jazzu, a moje doświadczenia związane z tą muzyką są raczej złe niż dobre (ech, te nieszczęsne improwizacje, przy których dobrze bawią się przede wszystkim muzycy, a ja czuję się jakbym przebywał na niekończących się torturach). Washington należy jednak do tych muzyków, którzy robią wiele, by zainteresować swoją twórczością nie tylko maniaków gatunku. I na „Heaven and Earth” robi to znów udanie. Tym razem koncept polega na skonfrontowaniu dwóch „światów” - takiego jakim jest z tym jaki powinien być. Jest więc szaleństwo i oniryzm. Kamasi nie tylko potrafi grać na saksofonie, ale również dał sobie radę z odpowiednim zaaranżowaniem utworów i pewnie niektórym szczęka może kilkakrotnie opaść z wrażenia. Tylko ja nie jestem w stanie dołączyć do grona wielbicieli wychwalających album na kolanach i wygłaszających peany na jego część. Na dłuższą metę Washington jest bowiem męczący, a fakt, iż album trwa prawie dwie i pół godziny to jak dla mnie jednak spora przesada (przy „Epic” bawiłem się lepiej). Reasumując - rozumiem ten „hype”, ale pod nim się jednak nie podpisuje.

Po siedmiu latach przerwy wrócili Gang Gang Dance, ale tutaj dość łatwo o refleksję, że czas chyba dla nich się zatrzymał. Niesie to za sobą pozytywne skutki, choć równocześnie można jednak mówić o rozczarowaniu. Po „Kazuashita” oczekiwałoby się bowiem więcej niż nawiązania do rozwiązań proponowanych na „Eye Contact” i to w nieco mniej przyciągającym uwagę wydaniu. Są tu świetne momenty jak „Salve on the Sorrow”, ale też i takie, w których Gang Gang Dance może przywodzić na myśl nieco biedniejszą wersję Grimes. Jeśli w tym wszystkim chodzi jednak tylko o „odrodzenie” i „powrót na całego”, to akceptuję w znacznie większym stopniu ten album. Jeśli tylko o powrót na chwilę, to nie do końca to rozumiem.

gorillaz-now-now.jpg

Nową płytę, z zaskoczenia, wydali Gorillaz. Po raz pierwszy lista gości jest króciutka (obejmuje tylko trzy nazwiska z Snoop Doggiem na czele), a całość w zasadzie bardziej przywodzi na myśl solowe dokonania Damona Albarna niż cokolwiek z dotychczasowej dyskografii zespołu.  Tylko „Everyday Robots” (recenzja) przy „The Now Now” wypada zdecydowanie lepiej (można też porównywać nowy album do „The Fall” z 2010 roku , który również został napisany w trakcie trasy, ale był jednak zupełnie niepotrzebny i lepiej w ogóle o nim zapomnieć). Generalnie szósta płyta Gorillaz na pewno nie jest słaba. Nie jest problemem wskazanie bardzo dobrych piosenek („Fire Flies”, „Humility”), ale równocześnie nie trudno o refleksję, iż może trzeba było nieco poczekać, podłubać,  poszukać w głowie ciekawszych pomysłów, by zaproponować coś jeszcze lepszego (i zrezygnować np. z takich piosenek jak „Idaho”). Zwłaszcza, że świat za nowymi nagraniami projektu raczej nie zdążył jeszcze zatęsknić. Argument mówiący o tym, że Gorillaz potrzebowali nowych piosenek na letnią trasę koncertową jest mocny, ale niekoniecznie przekonujący.  

Popularność, jaką posiada Florence and the Machine jest dla mnie czymś zaskakującym, zwłaszcza w momentach, kiedy ociera się ona o coś co może przywodzić na myśl jakąś dziwaczną sektę. Na szczęście, muzycznie w pewien sposób się to broni. Czwarty album „High as Hope” nie jest na pewno jakimś gigantycznym krokiem naprzód i wiele wskazuje na to, że przez wiele najbliższych lat zespół będzie jeszcze kręcił się w kółko. Welch powiedziała: „Na tej płycie jest dużo miłości oraz samotności, ale głównie miłości”, niejako potwierdzając moje obserwacje o wybraniu strefy komfortu. Może fani uznają, iż jest spokojniej, subtelniej, ale dla osoby postronnej taka zmiana nie niesie za sobą w zasadzie nic szczególnie atrakcyjnego. Tradycyjnie pojawiają się uderzenia w patetyczne tony, które są coraz bardziej irytujące. Ciekawie wypada natomiast koncepcja płyty opierająca się przede wszystkim na refleksji nad samą sobą, z przywołaniem bolesnych wspomnień oraz życiowych inspiracji (Patti Smith), ale finalnie ten koncept blednie w obliczu tego co już było. Florence niewątpliwie jest w stanie zachwycać, ale moje brawa głośne nie będą już chyba nigdy.

kids-see-ghosts.jpg

Mieszane odczucia można mieć po odsłuchaniu nowego albumu Kanye Westa „Ye”. Koleś robi bardzo wiele, by zwrócić na siebie uwagę, nierzadko dodając argumentów tym, którzy mają go za totalnego idiotę. Do tej pory muzycznie wychodził  jednak obronną ręką, choć w mojej opinii wszystkie nagrania wydane po „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” są tylko tłem dla opus magnum. Niekiedy jednak całkiem interesującym tłem. „Ye” w dyskografii artysty należałoby umieścić pod koniec stawki, a nawet zastanawiałbym się, czy nie na najniższym miejscu. Punktem wyjścia są problemy psychiczne Westa, a przedmiotem głównego zainteresowania walka z wewnętrznymi demonami. Niby jest tu pomysłowe i chwytliwe „Ghost Town”, ale nawet temu najlepszemu utworowi daleko do tego, co Kanye proponował jeszcze kilka lat temu. Dodatkowo razić mogą wygadywane przez rapera idiotyzmy (może poza „Kocham siebie bardziej niż ciebie”, bo tutaj trafia w punkt). Dziwi fakt, iż album trwa zaledwie 23 minuty. W konsekwencji nie jest trudno o wrażenie, iż mamy do czynienia z jakimś „pół-produktem”, zbiorem b-side’ów czy po prostu czymś, co zaczyna się dość obiecująco (przy większej dawce dobrej woli) i nagle w najmniej spodziewanym momencie urywa. Ekstremalne wydłużanie płyt albo skracanie to pomysły, które raczej nie zaliczam do najfajniejszych, ale tutaj dodatkowo pojawia się pytanie dotyczące tego, po co w ogóle to wydawać w takiej formie.  West nie poprzestał jednak tylko na „Ye” i w czerwcu kontynuował swoją ofensywę. W ten sposób zaproponował jeszcze jeden album, tym razem stworzony wspólnie z Kidem Cudim. Projekt został nazwany Kids See Ghosts i oferuje rzeczy bardziej udane, w tym z uwagi na ciekawy klimat oraz próby spróbowania czegoś zupełnie nieoczywistego. Sporo pozytywnego wnosi Cudi. Nie tylko wydaje się bardziej autentyczny, ale jest też tutaj lepszym raperem. I tak jak po „Ye” jedną z reakcji po szybkim zakończeniu było zdziwienie wymieszane z rozczarowaniem, tak tutaj o niedosyt zdecydowanie łatwiej i również łatwiej o naciśnięcie przycisku „repeat”.

W czerwcu premierę miała płyta duetu z innej bajki – Laury Marling i Mike’a Lindsaya (Tunng) w projekcie LUMP. Niby wszystko zapowiadało się całkiem obiecująco, ale efekt jest jednak taki sobie. Zwłaszcza, gdy płytę włączy się po przeczytaniu kilku wywiadów, w których muzycy opowiadają o pierwszym spotkaniu i o magicznej nici artystycznego porozumienia jaką odnaleźli. Nie ma tu w zasadzie nic co przyciągałoby większą uwagę (najlepsza na płycie „Curse of the Contemporary” odróżnia się nie tylko poziomem od reszty, ale także nie do końca się wpasowuje w proponowaną stylistykę). Podkreślany wielokrotnie surrealizm okazuje się dość ubogi i nieco naciągany. Sam album kończy się zanim tak naprawdę dobrze się zacznie (6 utworów plus dodatkowy, w którym Marling przedstawia listę osób zaangażowanych w jego powstawanie). Doceniać można wprawdzie brzmienie płyty, ale ja chyba do tego nigdy nie dorosnę i na pewno nie jest to czynnik, który w znaczący sposób mógłby w moim przypadku wpływać na ocenę. Może następnym razem (jeśli takowy będzie)…

Po czterech latach przerwy z solową płytą powrócił Johnny Marr. Jeśli chodzi o dokonania z ostatnich lat „Call the Comet” wyróżnia się bardzo korzystnie w dyskografii (solowa obejmuje jedynie trzy tytuły, wcześniej gitarzysta tworzył dziwne twory muzyczne i współpracował m.in. z Modest Mouse czy The Cribs). Pojawiające się w wywiadach zdania o tym, jak wiele serca w te nagrania włożył nie okazują się w tym przypadku powtarzanym przez tysiące artystów głupim gadaniem, które później nie znajduje odzwierciedlenia w muzyce. Tak jak można było się spodziewać – zdecydowanie najmilej się robi, kiedy piosenki zmierzają w stronę dokonań The Smiths. Gdyby w takim „Hi Hello” zaśpiewał Morrissey utwór dołączyłby do najlepszych dokonań legendarnego zespołu. Bo to właśnie wokal okazuje się najsłabszym ogniwem „Call the Comet”. Pewne obiekcje można mieć także do tekstów, ale w tym przypadku chyba nikt nie oczekuje, że Marr dorówna swojemu koledze sprzed lat. Porównania robią albumowi niewątpliwie największą szkodę. Gdyby się ich pozbyć, ocena solowej płyty byłego gitarzysty The Smiths może być tylko pozytywna, a dodatkowo wiele wskazuje na to, że jest on w stanie miło nas jeszcze zaskoczyć w przyszłości.

rolling-blackouts-hope.jpg

Czerwiec to miesiąc, w którym po dwóch entuzjastycznie przyjętych EP-kach długogrający album wydali wreszcie Rolling Blackouts Coastal Fever. Na „Hope Downs” nie ma zupełnie niczego odkrywczego, a nazwy potencjalnych inspiracji można wymieniać długimi minutami (skupiając się przede wszystkim na rockowych zespołach z lat 80.). W sumie nawet umiejętności poszczególnych członków nie wydają się jakieś szczególnie wybitne, ale ich połączenie sprawia, że tych nagrań słucha się bardzo dobrze. RBCF doskonale wiedzą, gdzie chcą zmierzać, bawią się przy tym prawdopodobnie wyśmienicie, a kiedy słyszy się taki utwór jak „Talking Straight” wypada im tylko dalej kibicować.

oneohtrix-age-of.png

Z nadążaniem za swoimi pomysłami widoczne problemy ma Daniel Lopatin w projekcie Oneohtrix Point Never. Jest na „Age Of” tak dużo wszystkiego, iż całościowo okazuje się to nieco niestrawne. Inspiracją dla artysty była ponoć „Odyseja kosmiczna 2001”, a album miał być wariacją na temat przyszłości, pełną apokaliptycznych treści. Ambicje artysta posiadał niewątpliwie spore, ale rezultatem jest jednak przeraźliwy chaos, w którym żaden utwór w zasadzie nie łączy się z drugim. Tak jakby wszystko odbywało się według strategii – „wyszło fajnie, ale jeszcze zaszalejmy”. Wiadomo, że chodzi tu o przekraczanie pewnych granic, potrzebę bycia nowatorskim, ale cóż z tego skoro słucha się tego źle. Dobre momenty kończą się po kilku sekundach, co sprawia, iż zupełnie nie potrafię w tę płytę „wejść”. Sytuacji nie ratują liczne wokale (przede wszystkim Anohni, ale i Prurient), a w kilku przypadkach wydają się one jeszcze bardziej pogłębiać ten zamęt. Ktoś idealnie określił, że „Age Of” to raczej portfolio Lopatina, a nie tradycyjnie rozumiany album.

Zbyt przekombinowana jest również druga płyta Melody’s Echo Chamber „Bon Voyage”. Prace nad nią trwały miesiącami, Prochet szukała inspiracji w wielu miejscach i w wielu ludziach (kluczowa okazała się Szwecja i Dungen), a dodatkowo musiała stawić czoła problemom zdrowotnym i osobistym. Gdzieś to wszystko na płycie słuchać, a jednym ze skutków jest trudność w przyswojeniu sobie tego materiału. Po kilku próbach dałem sobie spokój, uznając, iż największą perełką jest pojawiające się na zakończenie „Shrim”. Spośród „poszukującego popu” zdecydowanie stawiam na SOPHIE.

To by było na tyle, choć lista czerwcowych płyt czekających na przesłuchanie jest dalej spora. Dodatkowo ilość premier sprawiła, że moje zaległości z polską muzyką urosły do gigantycznych rozmiarów. Przyjdzie jednak czas i na nie… Najpierw niech Chorwacja wygra mistrzostwa świata.

Na fotografii głównej Let's Eat Grandma, zdjęcie autorstwa Charlotte Pattmore.

3 utwory

1. Let's Eat Grandma - "It's Not Just Me"

2. Natalie Prass - "The Fire"

3. Rolling Blackouts Coastal Fever - "Talking Straight"