Miesiąc w muzyce: kwiecień 2018
Podsumowanie kwietnia w muzyce

3 utwory

1. Kali Uchis ft. Jorja Smith - "Tyrant"

2. Janelle Monae ft. Grimes - "PYNK"

3. The Voidz - "QYURRYUS"

Kali i Janelle kontra Cardi B i… Siksa, czyli kwiecień w pigułce.

Kwiecień stanął na wysokości zadania. Zachwyty okazały się na tyle duże, że w łatwy sposób przykryły rozczarowania. Dodatkowo zalew muzyki był spory i przydałoby się jeszcze kilkadziesiąt dni, by spróbować wyłowić wartościowsze rzeczy. Dokonać tego będzie jednak niezwykle trudno, bo artyści jakoś nie chcą wyhamować, a maj zapowiada się jeszcze lepiej. Czyli jest po co żyć.

Zagraniczne premiery

Jedną z dwóch najlepszych płyt kwietnia wydała Kali Uchis. Na „Isolation” jest tak wiele atrakcji, że spokojnie można by nimi obdzielić wiele innych albumów. Droga artystki do wydania doskonałego dzieła nie była łatwa. Szanuję też to, że wszystko odbyło się bez kretyńskich ustawek, organizowania skandali i popisywania się ostentacyjną wulgarnością (pozdrawiam panią, o której kilka akapitów niżej). I choć słowo to jest w ostatnich latach nadużywane, to tak Kali Uchis jest niewątpliwie artystką charyzmatyczną. W przypadku „Isolation” można wprawdzie mówić o braku spójności i dającej się zaobserwować potrzebie umieszczenia na debiucie jak największej ilości pomysłów. Tylko problemu nie ma z tym w zasadzie żadnego, bo wszystkie te pomysły są mniej lub bardziej dobre, a wszechstronność staje się wielką zaletą. W każdym z gatunków artystka się sprawdza, nieważne, czy jest to r&b, funk, czy reggaeton. Sporo pozytywnego wnoszą zaproszeni goście, w tym m.in. Damon Albarn, Thundercat, Steve Lacy czy Jorja Smith. Kali Uchis porównuje się do Amy Winehouse czy Lany Del Rey, ale w tym przypadku chodzi głównie o zdolności wokalne. Wypada też dodać, że teksty na „Isolation” nie dotyczą w większości przypadków „pierdółek”, a Uchis odnosi się do sytuacji politycznej, miejsca kobiet w świecie czy problemu prostytucji. Powstał materiał, który rozłożyć może na łopatki od razu. W moim przypadku po zakończeniu pierwszego odsłuchu, włączyłem album znowu. I tak przez kilka dni nie mogłem się uwolnić.  

janelle-monae-dirty.jpg

Kwiecień był miesiącem premier oczekiwanych przez wiele miesięcy czy nawet lat. Wróciła w wielkim, wręcz spektakularnym stylu Janelle Monae z „Dirty Computer” i to ona jest autorką drugiej najlepszej płyty miesiąca, a równocześnie jedną z głównych kandydatek do wygrania wielu rocznych podsumowań. Monae na swojej trzeciej płycie śpiewa i rapuje, jest groźna i wkurzona, ale też romantyczna. Świetnie łączy wpływy z lat 80. z tym, czego oczekują współcześni słuchacze. Jest tu coś, co sprawia, że tupanie nogą jest jak najbardziej na miejscu, ale i skupianie się i wyławianie smaczków to równie dobry pomysł. Muzycznie oczywiste są inspiracje Prince’em i niejednokrotnie można odnieść wrażenie, iż chodzi o pewnego rodzaju hołd. Pod względem treści dużo natomiast na tej płycie seksu o rozmaitych obliczach, w tym np. pochwały biseksualizmu (w odmianie pozbawionej wulgarności i tu również pozdrawiam panią, o której poniżej). Artystka porusza też temat równych praw kobiet i udowadnia, że nie trzeba zawsze ocierać się o skrajności, by zwrócić na nie uwagę. Warto też odnotować, że Monae zaprosiła do współpracy kilku gości (m.in. Brian Wilson, Pharrell Williams), ale żaden z nich nie zdominował utworów. Zdecydowanie najlepiej sprawdziła się Grimes i mistrzowskie „PYNK”. Można dyskutować, czy przypadkiem zestawienie „Dirty Computer” z „The ArchAndroid”, nie działa na niekorzyść najnowszego albumu Monae, ale na decyzję potrzebuję chyba jeszcze trochę czasu (póki co jestem bliższy opinii, że w 2018 roku jest jeszcze lepiej).

W zeszłym miesiącu chwaliłem płytę Alberta Hammonda Jr. Tak się składa, że kilka tygodni po jej premierze, uaktywnił się kolejny członek The Strokes - Julian Casablancas z projektem The Voidz (w porównaniu do debiutu z nazwy zniknęło już jego nazwisko) i zrobił coś, czego chyba nikt się po nim nie spodziewał. W znakomitej książce „Meet Me in the Bathroom” Lizzy Goodman artysta mówi, że zawsze marzył o założeniu zespołu, który przypominałby Guided By Voices albo Built To Spill, w czym chodziło mu głównie o odbiór przez publikę – z grupą oddanych wielbicieli, z dala od mainstreamu. Z The Voidz cel udaje się osiągnąć w zdecydowanie większym stopniu niż miało to miejsce w przypadku The Strokes. Nie mam żadnych wątpliwości, że większość słuchaczy obcując po raz pierwszy z tą płytą przeżyje (albo już przeżyła) szok, którego uboczną reakcją może być również wielkie zaintrygowanie. The Voidz na „Virtue” proponują bowiem rzecz totalnie nieoczywistą, ocierając się momentami o coś co może wywołać niemal urazy psychiczne. W tym szaleństwie jest metoda. Trudno nagrania sklasyfikować – są tu elementy rodem z synth-popu, art-popu, funku, metalu, a i jak ktoś się bardzo uprze, to można gdzieś w pewnych fragmentach doszukiwać się czegoś przywodzącego na myśl The Strokes. Status headlinera na festiwalach na pewno The Voidz nie grozi, a i można mieć wątpliwości, czy ktokolwiek odważyłby się zaprosić ich na dużą scenę. Paradoksalnie za to należy się wielki szacunek, bo Casablancas, w przeciwieństwie do wielu innych bohaterów muzyki rockowej początku XXI wieku, wyrasta na tego, na którego można jeszcze liczyć. Czegoś tak dobrego jak „Virtue” nie zaproponował chyba od czasów „Room On Fire”.

Pozostając przy solowych dokonaniach członków znanych i cenionych zespołów warto odnotować pojawienie się kolejnego albumu Alexisa Taylora z Hot Chip. Na „Beautiful Thing” artysta przeciera nowe dla siebie szlaki, a płyta jest na pewno bogatsza brzmieniowo niż trzy wcześniejsze. Obok pianina, które było nie tylko tytułowym, ale i najważniejszym bohaterem poprzedniego albumu, pojawiają się elektroniczne ubarwienia, będące bardziej stonowanym obliczem tego, co proponuje Taylor w macierzystej kapeli. Duży wpływ na to miało na pewno zaproszenie do współpracy Tima Goldsworthy’ego, współzałożyciela DFA Records i UNKLE, w charakterze producenta (wcześniej zajmował się tym sam Taylor). Rezultat nie jest mistrzostwem świata, uderzająca staje się nierówność materiału, a dodatkowo nieobce jest wrażenie, że Taylora stać jeszcze na więcej. Nie zmienia to faktu, iż „Beautiful Thing” słucha się całkiem przyjemnie.

hop-along-bark.jpg

Udany album zaproponował zespół Hop Along, który postanowił tym razem nie zapraszać do współpracy producentów i skorzystać z możliwości, jakie oferuje własne studio. Taka strategia jak najbardziej się opłaciła. To, co prezentują na „Bark Your Head Off, Dog” to niby indie rock, ale jednak w wersji oferującej znacznie bogatsze instrumentarium niż większość innych projektów. Podobać się może duże zróżnicowanie stylistyczne. Na pierwszy plan wychodzi wokal Frances Quinlan, sprawiający, że momentami emocje aż kipią z tych nagrań i są w stanie udzielić się słuchaczom. Niektórzy nazywają płytę „fenomenalną” i maja ku temu podstawy. Miły album, przy którym równie łatwo o zachwyty wokalem, zaprezentowali Wye Oak. “The Louder I Call, the Faster It Runs” to również granie, w którym gitary spotykają się z elektroniką, ale w nieco bardziej specyficznej odmianie. W piosenkach w zasadzie brakuje tradycyjnego podziału na zwrotki i refreny, Jenn Wasner śpiewa nieoczywiste liryki, ale i tak utwory wpadają w ucho. W dość zadziwiający sposób odnalezione zostały idealne proporcje między piosenkowością a czymś bardziej eksperymentalnym, elementami spodziewanymi a totalnie nieoczekiwanymi. Rozwój duetu (to już szósty album!) przybiera niezwykle intrygujące oblicze, ale pójście drogą wytoczoną przez „The Louder…” byłoby chyba najlepszym rozwiązaniem. Warto też zwrócić uwagę na pochodzący z Korei Południowej zespół Say Sue Me. Wiele wskazuje na to, że wkrótce będzie jednym z bardziej udanych towarów eksportowych, a już na pewno muzycznych towarów. Na „Where We Were Together” wielkie piętno odcisnęła tragedia związana z wypadkiem poprzedniego perkusisty, do którego doszło w trakcie prac nad materiałem na płytę, a w wyniku którego ten przez pewien czas znajdował się w stanie śpiączki. Nagrania są w rezultacie nie tylko pewnego rodzaju hołdem dla przyjaciela (I’m afraid of making new memories without you), ale także opowiadają o nim samym. Niby nic specjalnego  tutaj nie ma, ale ten indie pop ocierający się o shoegaze, słucha się niezwykle miło.  

W kwietniu czwarty album wypuścili Unknown Mortal Orchestra i mimo pokładanych nadziei, rezultat jest jak zwykle przeciętny. Jako że napisałem na temat płyty więcej, pozwolę sobie na zacytowanie samego siebie: „Jeśli szukałbym w dotychczas wydanych w 2018 roku albumach tego, który najlepiej oddawałby sformułowanie nic specjalnego >>Sex & Food<< byłoby w czołówce kandydatów. Płyta totalnie nie rozczarowuje, ale przyszedł już taki moment, że po Unknown Mortal Orchestra można by wreszcie oczekiwać czegoś więcej. I choć Nielson zapewne widzi to inaczej, zespół najlepszy jest wtedy, kiedy tworzy rzeczy szybko przyswajalne przez uszy i proszące się o ich nucenie pod nosem. Dalsza ucieczka od tego, według mnie, chyba nie ma sensu. Zasadniczy problem polega jednak na tym, że sam Nielson nie do końca wie, w którą stronę chce zmierzać”.

cardi-b-invasion.jpg

Było więc w kwietniu wspaniale, bardzo dobrze, dobrze i przeciętnie, ale przecież można byłoby zwariować, gdyby wszystkie albumy stały na akceptowalnym poziomie, zadowalały i nie rozczarowywały. Trzeba więc posmęcić. I w tym kontekście najlepiej odnotować, iż doczekali się wreszcie premiery albumu fani Cardi B. W dalszym ciągu nie jestem przekonany do tej pani i podziwiam pracę specjalistów od marketingu, bo stworzyć wielką gwiazdę z takiego materiału to zadanie zasługujące na wzmiankę w specjalistycznych poradnikach. Po kilkukrotnym przesłuchaniu „Invasion of Privacy” w nieco mniejszej mierze odnoszę jednak wrażenie, że ktoś tutaj robi sobie ze mnie żarty. Popularność zeszłorocznego hitu „Bodak Yellow” sprawiała bowiem, że niekiedy czułem się jakbym był bohaterem jakiegoś programu, w którym wszyscy dookoła tylko udają zachwyt. Całościowo „Invasion of Privacy” nie boli aż tak bardzo, ale doszukiwanie się tutaj czegoś nowatorskiego, wygłaszanie peanów na cześć nawijek, podniecanie się tanimi prowokacjami to gruba przesada. Już Nicki Minaj jest w tym aspekcie zdecydowanie lepsza i nieco bardziej wiarygodna. A i nieobce jest wrażenie, że część utworów Cardi B przygotowano na szybko, tak by jak najszybciej wykorzystać te kilka minut (mam nadzieję) sławy.

Długo musieli też czekać fani na album Tinashe i zapewne duża część z nich chciałaby sobie poczekać jeszcze dłużej, zamiast mieć do czynienia z czymś tak mocno przeciętnym czy wręcz słabym. Można doceniać i podniecać się sporymi możliwościami wokalnymi Tinashe, można cieszyć się na interesujący gościnny udział Little Dragon, lecz to wszystko jednak za mało, by chciało się do „Joyride” wracać. Bałem się i odkładałem w czasie odsłuch „Hippo Lite” projektu DRINKS, pod którego nazwą kryją się Tim Presley i Cate Le Bon. Obawy były całkiem słuszne. Dość szybko okazało się, że jest tak źle, jak za pierwszym razem, a im dłuższe obcowanie z płytą tym to wrażenie narasta. Można w tych eksperymentach doszukiwać się podobieństw do The Velvet Underground & Nico, ale nic pozytywnego się z tym nie wiąże. Najlepiej wypadają pojawiające się w pewnym momencie odgłosy żab, a to raczej za mało, by odczuwać radość z recepcji. Chyba lepiej by Presley i Le Bon skoncentrowali się na swoich projektach, bo współpraca w parze im nie wychodzi.

apc-eat.jpg

Wiele spodziewałem się po nowym albumie Mouse on Mars, a zainteresowanie potęgowała lista zaproszonych gości (Justin Vernon, Aaron i Bryce Dessnera z The National czy Zach Condon z Beirut i wielu, wielu innych). Ku mojemu zaskoczeniu, udało się w tym wszystkim zachować spójność. Zgodnie z przewidywaniami na najwyższym możliwym poziomie stoi produkcja. W tym jednak momencie pozytywne wrażenia się skończyły. Doskonale rozumiem, że te nagrania mogą komuś dostarczać licznych emocji, a podróż przez psychodeliczne, elektroniczne i jazzowe rejony będzie niezapomniana. Dla mnie eksperyment okazuje się jednak nieco nużący. Wypada wspomnieć o nowym albumie A Perfect Circle „Eat The Elephant”, który udzielił mi kolejnych odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie lubię takiej muzyki. Odstraszająca jest już sama okładka i doprawdy nie ogarniam, co kieruje ludźmi, kiedy podejmują takie wybory. Na płycie dominuje progresywny rock wymieszany z metalem i dodatkami elektronicznymi, które sprawiają, że momentami utwory przywodzą na myśl Depeche Mode i Alt-J, ale tylko momentami, dla mnie i tak niestrawnymi (jak i całość). Nie jestem tym razem w stanie zachwycać się minimalizmem, jaki oferuje Grouper. Siedem utworów zamkniętych w 21 minutach nie ekscytuje, głównie dlatego, że artystka nie proponuje na „Grid of Points” niczego, czego już wcześniej nie zaprezentowała. Nowy album w kwietniu wydali z zaskoczenia Sleep („The Sciences”) i tu również mam wrażenie jakbym to już słyszał,  w zdecydowanie lepszym wydaniu. A na koniec tej litanii rozczarowań wypada wspomnieć o drugim albumie Daniela Avery’ego „Song For Alpha”. Żeby nie było tak negatywnie, to w tym przypadku mowa o rozczarowaniu najmniejszym. Album po prostu brzmi tak jak można było się spodziewać i stanowi potwierdzenie, że Avery jest artystą, który na żywo prezentuje się wiele, wiele razy lepiej, a dodatkowo debiut „Drone Logic” był na tyle udany, że przeskoczyć ten poziom będzie niezwykle trudno. Wyobrażam sobie jednak okoliczności, w których słuchanie „Song For Alpha” nie łączy się z żadnym rozczarowaniem, a np. „Sensation” brzmi znacznie lepiej niż bardzo dobrze.

Polskie premiery

W Polsce najwięcej uwagi poświęcono dwóm albumom. Z powodów, których nie jestem w stanie do końca ogarnąć, pisano i mówiono sporo o splicie Siksy i Marszałka „Patriotyzm jutra”. Jeśli jeszcze rozumiem (choć dość ciężko), że ktoś przychylnie patrzy na to, co zaproponował ten drugi, to o fenomenie Siksy mam zdanie jak najgorsze i „nagranie” z EP-ki tylko mnie w tej opinii utwierdza.  Nie mam pojęcia co to jest, jak to nazwać oraz trudno mi sobie wyobrazić, że po jednym przesłuchaniu ktoś ma ochotę do tego wracać, a jeśli zrobił to kilkanaście razy to staje się to dla mnie doprawdy niepokojące (za porównania do Throbbing Gristle powinny być wymierzane kary zakazu używania klawiatury). Nie ma chyba jednak sensu poświęcać temu „czemuś” więcej miejsca, zwłaszcza że negatywna opinia jest wielce ryzykowna. Oto bowiem pani „performerka” w reakcji na krytykę postanowiła kilka tygodni temu wyrazić swoje zdanie na temat wyglądu autora recenzji jej  „twórczości” (na koncercie w Krakowie stwierdziła między innymi, iż „wygląda jak student masturbacji”) i wraz z towarzyszem plumkającym na basie pluć na osobę, która miała czelność się trochę pobawić (nie miało to ponoć nic wspólnego ze zwyczajem z lat 80., które na koncertach punkowych oznaczało mniej więcej „kochamy cię”). Jak dla mnie kuriozum nad kuriozami.

Taconafide

Można więc w sumie cieszyć się, że więcej miejsca w kwietniu poświęcono „Soma 0,5 mg” Taconafide. Nigdy nie byłem zwolennikiem Taco Hemingwaya, a do Quebonafide miałem stosunek całkowicie obojętny. Na pewno nie jestem w grupie docelowej obu panów i taka też sytuacja ma miejsce w przypadku ich wspólnego projektu. W pewnych momentach zastanawiałem się, kto w ogóle jest grupą docelową. Dla rówieśników raperów teksty wydawały mi się zbyt łopatologiczne, banalne czy nawet durne, dla młodzieży natomiast pełne niezrozumiałych popkulturowych odniesień. Moje wątpliwości były jednak  nie na miejscu, bo sądząc po popularności projekt jest dla wszystkich - idealny na festiwale, wielkie hale, dni miasta i wsi, komers, studniówkę czy juwenalia. Ja braw bić nie będę jednak na pewno. Ciężko mi było przebrnąć przez to raz i z drugim dałem sobie już spokój. Nie słyszę tu nic błyskotliwego, ważnego i na pewno nic specjalnie odkrywczego, a dodatkowo nie jest trudno o wrażenie, że panowie gadają non stop o tym samym. Popularność projektu mnie jakoś szczególnie nie boli, ale nie wróżę, by byli w stanie wznieść się na wyższy poziom artystyczny. Tu już chyba podstawą stało się naciskanie F5 przy stanie konta (zwłaszcza że temat pieniędzy jest dominujący).

Avicii, Spring Break, Metalica i Fryderyki

Z wydarzeń niezwiązanych z premierami w kwietniu szerokim echem odbiła się śmierć Aviciiego. 28-letni didżej popełnił samobójstwo i w międzyczasie już pojawiło się mnóstwo tajemnic i hipotez na ten temat. Twórczość Szweda daleka była od tego co trafia w moje gusta, ale kiedy utwory docierały do moich uszu nie chciałem uciekać jak najdalej. Szkoda chłopa.

Z pozytywnych wydarzeń w Polsce na pewno należy odnotować kolejną edycję Spring Break w Poznaniu. Nie miałem okazji być nigdy na festiwalu, ale jeszcze nie spotkałem się z negatywnymi opiniami na jego temat. Niespodzianka w postaci koncertu Much odgrywających najlepszy polski album rockowy ostatnich lat to wystarczająca rekomendacja na przyszłość. Z zupełnie innej beczki mnóstwo było podniety związanej z wykonaniem przez Metallicę na koncercie w Krakowie piosenki Dżemu „Wehikuł czasu”. Nie trudno było jednak o wrażenie, iż niektórzy zaczęli odbierać to jako trop wskazujący, że Metallica od lat inspiruje się Dżemem, nie zwracając uwagi, że w Pradze muzycy zagrali "Jožina z bažin" grupy Banjo Band, w Budapeszcie - "A Legjobb mèreg" kapeli Tankcsapda, a w Norwegii „Take On Me” a-ha. Mimo wszystko, taki pomysł na wzbudzenie zachwytów wśród publiczności świetny, a zdziwienie, że jeszcze się im takie rzeczy robić chce jak najbardziej na miejscu. Należy też odnotować, że w Polsce rozdano w końcu Fryderyki i wszystko przebiegło bez większych zaskoczeń czy kolejnych dziwnych kontrowersji (co po nominacjach nie było tak oczywiste). Statuetki za albumy zebrali: Kapela Ze Wsi Warszawa, Taco Hemingway, Natalia Przybysz, Hey, Paulina Przybysz, Daria Zawiałow, Maciej Obara Quartet, za utwór roku Kortez, zaś za debiuty Daria Zawiałow ogólnie, a w obrębie jazzu Kuba Więcek. W następnym roku proponowałbym uroczystość zorganizować w lipcu, co by lepiej przemyśleć nominacje (albo najlepiej w ogóle odwołać).

Kwiecień mógł więc zaspokoić oczekiwania, ale wszystko wskazuje na to, że to tylko przedsmak tego co będzie się działo w najbliższych tygodniach. Udostępnione przez jeden zespół utwory dają podstawy do tego, by stwierdzić, iż  kluczowa dla 2018 roku może okazać się data 11 maja i dotyczyć ona będzie pewnego domku na plaży. Do tego jeszcze ruszają festiwale… Jeden polski zespół śpiewał: „Najlepsze miesiące to kwiecień, czerwiec, maj”. Pod względem muzycznym w 2018 roku jest to bardzo prawdopodobne.

3 utwory

1. Kali Uchis ft. Jorja Smith - "Tyrant"

2. Janelle Monae ft. Grimes - "PYNK"

3. The Voidz - "QYURRYUS"