Miesiąc w muzyce: lipiec 2018
theinternet-hivemind.jpg

3 utwory

1. The Internet - "Come Over"

2. Lotic - "Bulletproof"

3. Młynarski-Masecki Jazz Camerata Varsoviensis - "Polowanie na tygrysa"

Sezon ogórkowy – część pierwsza i, mam nadzieję, ostatnia

Przez pewien czas zastanawiałem się, czy nie lepiej dać sobie spokój z podsumowywaniem lipca. W kwestii premier płytowych nie działo się bowiem specjalnie wiele, a to co się działo nie wzbudzało zbyt wielu pozytywnych emocji. Wiadomo, sezon ogórkowy rządzi się swoimi prawami. Po tym jednak, jak wspaniały był czerwiec i jak wiele dobrego można było wówczas opowiedzieć, uznałem, iż może jednak warto trochę dla równowagi pozrzędzić.

Tytuł najlepszej płyty miesiąca przyznać dość trudno i przez długi czas nie byłem w stanie wskazać jednego albumu, do którego chciałbym wracać po wielokroć. Problemy miałem nawet z wybraniem jednej wyróżniającej się piosenki. Na szczęście z ratunkiem przyszli The Internet z „Hive Mind”. Po kilku latach, kiedy muzycy zajęci byli swoimi solowymi karierami (najlepiej poszło w tym aspekcie Syd, co niejako znajduje też potwierdzenie na albumie The Internet, którego jest główną i najlepszą bohaterką), postanowili ponownie spróbować stworzyć coś razem. W przeciwieństwie do wielu innych projektów, przerwa nie okazała się momentem, kiedy wszystko co dobre się psuje, a dominujące zaczyna być bazowanie na sprawdzonych rozwiązaniach, które jednak nie niosą za sobą już tak wiele pozytywnego. Jak dla mnie jest nawet lepiej. The Internet proponują ponownie coś, co od biedy można nazwać uwspółcześnioną wersją r&b. „Hive Mind” to nie jest na pewno album rewelacyjny i tym samym taki, który mógłby kandydować do tytułu płyty roku, ale mimo wszystko słucha się tych utworów bardzo przyjemnie. Nieobce jest dodatkowo wrażenie, że przy tworzeniu piosenek muzycy bawili się rewelacyjnie i do końca nie wiedzieli, gdzie zaprowadzą ich poszczególne pomysły. A prowadzą nierzadko w niezwykle ciekawe rejony. I ta radość może udzielić się słuchaczom. Czwarty album The Internet idealnie wpasowuje się w letnią porę roku i zapewne dla wielu osób stanie się doskonałym tłem do rzeczy, które ludzie robią robić w upalne dni, zwłaszcza w miejscach, gdzie łatwo o beztroski nastrój.

pram-across.jpg

Całkiem udany jest też nowy album Pram zatytułowany „Across the Meridian”. W zasadzie trudno było się spodziewać, że zespół jeszcze kiedykolwiek da o sobie znać. Po jedenastu latach podjęli jednak decyzję o powrocie, a otrzymany materiał udowadnia, że niektóre reaktywacje mają sens. Z drugiej strony trudno polemizować z krytyką niektórych osób zarzucających zespołowi, iż czas dla nich najwyraźniej się zatrzymał. Zasadniczych zmian czy totalnie innowacyjnych rozwiązań bowiem tutaj nie doświadczymy. Paradoksalnie, dla innych to tutaj tkwić będzie właśnie największy pozytyw. To w dalszym ciągu przede wszystkim instrumentalne, dogłębnie przemyślane i niezwykle klimatyczne granie, w którym pop, elektronika, elementy jazzowe spotykają się z czymś, co może przywodzić na myśl muzykę filmową. Brzmi to ciekawie i ten niecodzienny świat wciąga, ale w moim przypadku dopiero kiedy pojawia się wokal łatwiej o tylko i wyłącznie entuzjastyczne reakcje.

years-years-palo.jpg

Najwięcej w czerwcu mówiono i pisano o drugim albumie Years & Years „Palo Santo”. Nie do końca jestem w stanie rozgryźć fenomenu tego zespołu, choć całkiem możliwe, iż zasadniczy problem tkwi w tym, że nie należę do jego grupy docelowej (nie mam już „naście” lat) i pewnych rzeczy już nie zrozumiem. Brytyjczycy popularność zdobyli migiem, wyprzedając koncerty w wielu krajach na świecie (w tym nawet zapełniając Wembley Arena). Nie mogę pozbyć się odczucia, iż muzycznie nie proponują jednak niczego szczególnie atrakcyjnego i to nawet z typowo komercyjnego punktu widzenia. Jest tutaj niewątpliwie coś co nasuwa na myśl skojarzenia z boysbandami, momentami słychać elementy charakterystyczne dla twórczości Michaela Jacksona albo Sama Smitha czy przede wszystkim Justina Timberlake’a. Tylko w wersji uboższej, zaś jedną z największych różnic staje się to, iż refreny nie wpadają w ucho, a całość w całkiem łatwy sposób może zlewać się w jedno. Popularność dziwi mnie też z uwagi na to, że jak na potrzeby współczesnych młodych słuchaczy Years & Years są całkiem ambitni. Członkowie sami tworzą sobie utwory, uciekają od oczywistych rozwiązań, a proponowany przekaz daleki jest od banału. Na pierwszy plan wychodzą bowiem problemy dotyczące tożsamości seksualnej (lider Olly Alexander nigdy nie ukrywał swojego homoseksualizmu), a także szereg innych rozterek typowych dla życia młodego pokolenia, nierzadko w wydaniu pozbawionym tak cenionego banału. Idąc jeszcze dalej i patrząc z marketingowego punktu widzenia - panowie specjalnie urokliwi też raczej nie są, a to chyba dość istotny czynnik w przypadku nastoletnich słuchaczek i słuchaczy. Są w tym więc pewne sprzeczności, ale chyba wypada się tylko cieszyć, iż młodzież owacyjnie reaguje na taką muzykę. Do mnie, niestety, „Palo Santo” zupełnie nie trafia (Olly’ego Alexandra do końca życia będę i tak cenił za aktorską kreację w świetnym filmie „God Help The Girl” Stuarta Murdocha).

deaftheaven-ordinary.jpg

Bardzo entuzjastycznie przyjęty został w lipcu nowy materiał Deafheaven, „Ordinary Corrupt Human Love”. Pomysł na siebie grupa ma niewątpliwie ciekawy, a jedną z podstaw staje się to, by skrzyknąć wokół siebie nie tylko wielbicieli metalu (choć zakładam, iż radykalni zwolennicy gatunku uważają istnienie i popularność tej kapeli za kolejny przejaw hipsterskiego dziwactwa). W niektórych miejscach można się spotkać z określeniem tworzonej przez Deafheaven muzyki jako „blackgaze”, co ma oznaczać połączenie black metalu z shoegazem i coś w tym faktycznie jest (choć darowałbym sobie stwierdzenia w stylu: „wszyscy fani My Bloody Valentine czy Slowdive będą zachwyceni”). Dość łatwo zaobserwować, iż w niektórych  kręgach Deafheaven stał się zespołem, który nawet jak się nie podoba, to należy udawać, że się podoba. I taka sytuacja wydaje się mieć czasami miejsce przy okazji albumu „Ordinary Corrupt Human Love”. Wielu ludzi dookoła skacze z radości, recenzenci prześcigają się w szukaniu i przekazywaniu pozytywów, często sprawiających wrażenie totalnie zmyślonych. Ja natomiast nie potrafię się do tego przekonać. Jedna z podstawowych przyczyn leży w tym, że gdy słyszę wokal George'a Clarke'a momentami nie mogę się powstrzymać od śmiechu. Toż to bowiem Gollum z ekranizacji „Władcy pierścieni”! Wiem, że takie są wymogi gatunku, ale nic nie poradzę, że tylko czekam na to, iż do uszu doleci coś w stylu „My precious!”. Zdarzają się tutaj ciekawe momenty i daleki jestem od opinii, iż przebrnięcie przez ten album jest prawdziwą drogą przez mękę, ale już ten hype wydaje mi się mocno przesadzony. W czasie odsłuchiwania nieustannie zadawałem sobie pytanie - czy aby naprawdę Deafheaven są tacy odkrywczy i tacy świetni? Ani jedno, ani drugie.

dirty-projectors-lamp.jpg

W lipcu ukazał się kolejny album Dirty Projectors. „Lamp Lit Prose” jest totalnie odmienny od tego co Dave Longstreth zaproponował w zeszłym roku przy okazji płyty zatytułowanej oryginalnie „Dirty Projectors”. Wszystko wskazuje na to, iż udało mu się już wyjść z traumy po miłosnym rozstaniu. Zamiast do płaczu nagrania mają być tym razem raczej zaproszeniem do tańca, a nad wieloma utworami (podobnie jak aktualnie nad piosenkami tysiąca innych artystów) unosi się duch Prince’a. Szkoda, że te zmiany w stylistyce niekoniecznie znajdują przełożenie na sam poziom. Wyznacznikiem w dalszym ciągu pozostaje pomieszanie z poplątaniem, w którym odnalezienie czegoś urzekającego bywa trudne, a zdecydowanie łatwiejsze staje się pogubienie w tych dźwiękach. Dirty Projectors to projekt, który nadal zupełnie do mnie nie przemawia i prawdopodobnie sytuacja ta nie ulegnie już zmianie. Nie pomaga fakt, iż w kilku utworach pojawiają się goście, w tym Syd, Amber Mark i Empress Of, bo sam ich udział jest w sumie mniej lub bardziej dyskretny. Żadne nagranie nie wyróżnia się jakoś szczególnie pozytywnie, a w konsekwencji mnie ta płyta nastroju raczej nie jest w stanie poprawić. Pozytywem okazują się natomiast fragmenty liryków (w tym np. „The Palace Versailles is nice / But if I am honest / I feel just fine on this bench with / You and me”), ale to za mało, by cieszyć uszy.

laurel-halo-raw.jpg

Nie wiem do końca jak odbierać najnowszy mini-album Laurel Halo zatytułowany „Raw Silk Uncut Wood”. Poprzednią płytę „Dust” uznałem za najlepszą w dyskografii i równocześnie cieszyłem się, iż obrała drogę, która według mnie była najlepszą z możliwych. Niestety, artystka nie potrafi zakotwiczyć w jednej stylistyce i wyruszyła na kolejne poszukiwania. Odrzuciła więc przyjemne eksperymenty z muzyką pop i zrezygnowała całkowicie z wykorzystywania wokalu. Tym razem obrała kurs na minimalistyczne plumkanie w ambientowej odmianie. Nie jest to już tak specjalnie udane. Wprawdzie gdzieś w tych eksperymentach czai się pewne piękno, Laurel Halo próbuje nawet dorzucić coś z muzyki jazzowej i wychwytanie tego rodzaju smaczków dodaje płycie sporo uroku, ale koniec końców nie ma mowy, bym padał na kolana i błagał o więcej.

Pozostając przy elektronice, warto odnotować premierę długo oczekiwanego albumu Lotic, zatytułowanego „Power”. I tu po raz kolejny mamy do czynienia z muzyką, którą nie sposób jednoznacznie zaszufladkować (choć zdecydowanie najbliżej do nagrań takich artystów jak Arca czy Haxan Cloak). To, co jednemu słuchaczowi będzie wydawać się doskonałe, dla innego okaże się największym minusem. Niektórzy określą „Power” jako najlepszy album roku w elektronice, inni powiedzą coś o zawodzie, niepotrzebnych wokalach czy zbędnym przekombinowaniu. I każdy może mieć rację. Niekonwencjonalność i zaskoczenia cieszą, ale brakuje chyba jednak czegoś zniewalającego. Ustawię się więc gdzieś pośrodku opinii – z jednej strony są tu momenty fascynujące („Bulletproof”), z drugiej niekiedy można mieć podobne odczucia, jak przy oglądaniu większości spotkań polskiej piłkarskiej Ekstraklasy.

body-theswitch.jpg

Co pewien czas o swoim istnieniu przypomina Kim Gordon i w lipcu taka sytuacja ponownie miała miejsce. Choć wiele osób mogłoby mi zarzucić bluźnierstwo, to jestem zdania, iż powstające na przestrzeni ostatnich lat kolejne projekty artystki przyciągają uwagę przede wszystkim (albo nawet „tylko”) ze względu na jej nazwisko. Sam poziom powstającego materiału jest, niestety, zazwyczaj dość marny. Być może inni mają inaczej, ale ja do żadnego z tych nagrań nie chciałem wracać. I taka też sytuacja ma miejsce w przypadku projektu Body & Head, który Gordon tworzy wraz z Billem Nace’m. Na ich drugiej płycie „The Switch” najlepsza okazuje się, niestety, okładka. Oczywiście, rozumiem, iż akceptowane przez szersze grono gitarowe granie już się Gordon dawno znudziło i teraz odczuwa permanentną potrzebę bawienia się w eksperymenty. Nic jednak nie poradzę na to, iż „The Switch” to nie jest na pewno dzieło wybitne, ani nawet bardzo dobre. 38 minut spędzone przy tej płycie dłuży się w nieskończoność, gdzieś tam można usłyszeć fragment czegoś ciekawszego, momenty, kiedy pojawiają się wokale Gordon brzmią intrygująco, ale finalny dźwięk albumu przyjąłem z ulgą. Otrzymujemy bowiem tutaj przede wszystkim pozbawione jakiegoś większego sensu dźwięki sprzężeń gitar. Może problem polega na tym, iż nie zrozumiałem płyty, ale trudno, potrafię z tym żyć.

W trakcie odsłuchu drugiego wspólnego albumu Ty Segalla i White Fence (czyli Tima Presleya), „Joy”, miałem w pewnych momentach podobne odczucia jak w przypadku Body & Head. Dotyczyły one przede wszystkim tego, iż zaangażowani w powstawanie tych płyt muzycy być może nie do końca przemyśleli sens wydawania materiału w takiej formie. Eksperymenty eksperymentami, improwizacje improwizacjami, ale chyba można było nieco bardziej nad nimi popracować. „Joy” w całości słuchać za bardzo się nie da, bo muzycy postanowili upchać tutaj chyba wszystko co wspólnie stworzyli, w tym również totalny badziew czy też coś na kształt pomysłów, które po spożyciu alkoholu wydają się najdoskonalsze na świecie, ale po przebudzeniu takowymi już nie są. W przypadku Ty Segalla już od pewnego czasu dało się zaobserwować pewien przesyt, który sprawia, iż na kolejne jego nagrania nie czekam już na pewno z utęsknieniem. White Fence po tegorocznym albumie projektu DRINKS, w którym współpracuje z Cate Le Bon, stracił w moich oczach jeszcze więcej. „Joy” tylko utwierdza mnie w przekonaniu, iż co za dużo, to w dużej mierze bez sensu.

W lipcu wydał swój drugi album Popcaan, ale w tym przypadku wypada w zasadzie jedynie odnotować ten fakt. Słuchanie takich piosenek okazało się dla mnie czymś na kształt tortury. Ciężko odróżnić jeden utwór od drugiego, podobnie trudno odnaleźć choć jeden udany utwór. Wystarczy…

tacohemingway-caffebelga.jpg

W Polsce swoje pięć minut próbuje wykorzystać i wycisnąć z tego jak najwięcej Taco Hemingway. W lipcu, znów z zaskoczenia, zaproponował kolejny album. Na „Cafe Belga” pod względem tekściarskim czy muzycznym nic specjalnie oryginalnego i urzekającego nie dostrzegam. To kolejna dawka utworów, w których Taco pochyla się nad swoim życiem i relacjonuje ostatnie jego etapy, które mnie osobiście w ogóle nie interesują, a raczej każą podejrzewać, iż mam do czynienia z człowiekiem zmieniającym się w kogoś coraz bardziej oderwanego od rzeczywistości. W pewien sposób otrzymujemy więc kolejny pokaz marnowania talentu (bo tego Taco nie odmawiam). Niektórzy podniecają się, iż w swoich lirykach porusza aktualne tematy czy też dokonuje porównań do wydarzeń z niezbyt odległej przeszłości (porażka Polski z Senegalem na mistrzostwach świata), lecz wydaje się, iż w tym przypadku chodzi już o doszukiwanie się pozytywów na siłę, zwłaszcza iż wersy te specjalnie efektowne i błyskotliwe nie są. Podobnie rzecz się ma z kulturowymi odwołaniami (Kubrick, Gombrowicz). A już jęczenie Taco, że nie może jeździć autobusami z uwagi na rozpoznawalność sprawia, że łapię się za głowę z zażenowania (aż chce się powiedzieć: załóż sobie perukę czy czapkę błazna i wsiadaj). Najgorsze jest to, że Hemingway zaczyna śpiewać i robi to potwornie, poza tym nadużywa auto-tune’a, a jakby tego było mało na samo zakończenie proponuje piosenkę po angielsku, co tylko rodzi pytanie „po co?”. Taco na „Cafe Belga” utwierdził mnie jedynie w przekonaniu, iż nie jestem jego grupą docelową, a jeśli będzie konsekwentny w tym co robi, to dołączy do grona tych, którzy swoją artystyczną obecnością irytują (używając łagodnego określenia) mnie niemiłosiernie.

Nieustannie ciekawym zjawiskiem jest popularność w Polsce projektów, które służą przede wszystkim wskrzeszaniu (rzekomo) zapomnianej muzyki.  Z okazji rocznicy powstania warszawskiego pojawiła się płyta Młynarski-Masecki Jazz Camerata Varsoviensis, „Fogg – pieśniarz Warszawy”. O albumie powiedziano i napisano już tyle, że chyba wszyscy wiedzą kto, po co i dlaczego. Dobór utworów, klimat, dopracowanie, zaproszeni goście to atuty nie podlegające dyskusji (w moim przypadku goście ratują sytuację, bo maniera wokalna Jana Młynarskiego kłuje mnie w uszy swoją nienaturalnością i zupełnie do mnie nie trafia, ale zdaję sobie sprawę, iż należę do zdecydowanej mniejszości). Rozumiem, że ktoś przy tym bawi się świetnie czy wzrusza do łez, ale będę psioczył, kiedy album zobaczę na czołowych miejscach w podsumowaniach najlepszych płyt roku.

W Polsce, niestety, lipiec wiązał się z kolejnymi bolesnymi stratami dla muzycznego świata. Odeszli Kora i Tomasz Stańko. Trudno się z tym pogodzić. W ostatnich dniach na ten temat wypowiadali się niemal wszyscy, więc w zasadzie nie sposób niczego sensownego dodać, prócz zbyt często powtarzanego: „cholernie szkoda”.

3 utwory

1. The Internet - "Come Over"

2. Lotic - "Bulletproof"

3. Młynarski-Masecki Jazz Camerata Varsoviensis - "Polowanie na tygrysa"