Miesiąc w muzyce: maj 2018

Gigantyczny smutek i mocny kandydat do płyty roku.

Iceage

3 utwory

1. Iceage - "Beyondless"

2. Jon Hopkins - "Emerald Rush"

3. The Sea and Cake - "Cover the Mountain"

Pomimo że niniejsze podsumowanie ma dotyczyć maja, to nie mogę przejść obojętnie obok wydarzenia, które miało miejsce na początku bieżącego miesiąca... Wracałem z Primavery, niemiłosiernie zmęczony odtwarzałem sobie w głowie co fajniejsze wspomnienia z dni spędzonych na festiwalu. Uśmiechałem się do nich i byłem pewny, że ten stan będzie mi towarzyszył przez kilka następnych godzin. Po wylądowaniu przełączyłem komórkę z trybu samolotowego i wszystko wówczas zmieniło się diametralnie. Na telefon zaczęły spływać sms-y z wiadomością, która nie dociera do mnie do dzisiaj i zapewne nie dotrze jeszcze długo. Robert Brylewski nie żyje. Odszedł w wieku 57 lat. Skala tej straty jest tak gigantyczna, że trudno ją ogarnąć słowami. Odszedł artysta przez gigantyczne „A”. Artysta, któremu wielu cenionych nie dorosło nawet do malutkiego paluszka. Artysta, który przecierał szlaki, pomagał innym na muzycznych ścieżkach i… nigdy nie odniósł komercyjnego sukcesu. Nie odniósł, bo nie do końca tego pragnął, zwłaszcza że łączy się to najczęściej z koniecznością korzystania z brutalnych reguł, których nie tolerował. Inni natomiast jakoś nie chcieli go nagradzać za to co zrobił dla polskiej kultury. Kilka lat temu pisałem: W jednym z wywiadów Muniek Staszczyk powiedział, że "Te chłopaki i te dziewczyny, które kochały Doorsów, zawsze byli fajni’". Tak się składa, że w środowisku moich przyjaciół fajni są generalnie ci, którzy we wczesnej młodości zarazili się i pokochali twórczość Roberta Brylewskiego. Kto go nie zna lub, gorzej, nie szanuje jest zwyczajnie dla mnie leszczem. Brylu to taka osoba, która sprawia, że jestem dumny z tego, że urodziłem się w Polsce. To właśnie jemu zawdzięczam uruchomienie w sercu i mózgu impulsów, które sprawiły, że "życie stało się muzyką". I nie ma w naszym kraju innej żyjącej osoby, dla której byłbym w stanie napisać podobną laurkę”. Od 3 czerwca 2018 roku nie ma już w Polsce żadnej takiej osoby (i zapewne już nie będzie).

Kiedy postanowiłem puścić sobie jedną z płyt, w której Brylewski maczał palce, byłem bezradny. „Legenda”, „1991”, „Falarek”, „Cosmopolis”, „Superego”? W końcu wybrałem cholernie niedoceniony album nagrany ze Światem Czarownic. A słowo „niedoceniony” jest słowem najbardziej odpowiednim w przypadku Roberta. W wywiadzie-rzece „Kryzys w Babilonie” Brylewski mówił: Na moją ścieżkę wszedłem, kiedy miałem osiemnaście lat. Wiedziałem, że nie będę gwiazdą pop, chciałem grać rock’n’roll. Potem grał wiele innych rzeczy, nieustannie poszukiwał i stawał się jednym z prekursorów rapu (tak, tak), reggae, noise rocka czy eksperymentów z elektroniką w Polsce. Nie ma przesady w stwierdzeniu wygłoszonym przez Tymona Tymańskiego, że Brylewski dla polskiej kultury był kimś takim jak dla Anglii Joe Strummer. Można być szczęśliwym, że załapało się na czasy, kiedy żył i tworzył…

***

 
 
Arctic Monkeys - "Tranquility Base Hotel & Casino"

O dwóch najważniejszych i w mojej opinii zdecydowanie najlepszych płytach maja pisałem już osobne recenzje. Co by nie plagiatować samego siebie, pozwolę sobie na wplecenie kilku cytatów. Na początek Arctic Monkeys. Nie spodziewałem się aż tak wiele pozytywnego po „Tranquility Base Hotel & Casino”. Każde kolejne przesłuchanie utwierdza mnie jedynie w przekonaniu, że jest to płyta, która zasługuje na podium rocznych podsumowań (na którym stopniu to już uzależnione od tego co rok jeszcze przyniesie). W recenzji pisałem: „Wydaje się, że osobom, które załapały się na szaleństwo związane z debiutem Arctic Monkeys, a potem sukcesywnie obserwowały jak zespół dojrzewa, próbuje czegoś nowego, nierzadko padając urokiem nagrań, może być znacznie łatwiej pokochać zespół w odmianie z 2018 roku. Bo Arctic Monkeys się starzeją, ale w przeciwieństwie do setek innych zespołów, robią to z wdziękiem. Nie chcą brzmieć jak wtedy, gdy mieli po 19 lat, a ich spojrzenie na muzykę i świat były totalnie odmienne. Nie chcą być śmieszni i nieautentyczni, a z drugiej strony niekoniecznie muszą się przejmować jedynie tym, by sprostać oczekiwaniom”. Zupełnie nie dziwię się, iż komuś może być nie po drodze z nowym obliczem zespołu, ale jestem również przekonany, że w wielu przypadkach dotyczy to osób, które nie dały „Tranquility…” więcej szans. Bałem się, iż trudno będzie umieścić nagrania na setliście, ale na szczęście koncert na Primaverze pozbawił mnie tych wątpliwości. A o tym jak wspaniała jest ta płyta najlepiej świadczy fakt, iż największy żal do Arctic Monkeys miałem w Barcelonie o to, że chciałoby się usłyszeć tych piosenek zdecydowanie więcej.

beach house 7

Drugi genialny album miesiąca to Beach House i ich „7”. W recenzji napisałem: „Wydane w 2015 roku dwie płyty („Depression Cherry”, „Thank Your Lucky Stars”) sprawiły, iż nieco łatwiej było o wrażenie, że Victoria Legrand i Alex Scally doszli już do punktu, w którym albo muszą podjąć jakieś odważniejsze kroki, albo zaczną godzić się z tym, iż najlepsze jest już za nimi. W przeciwnym wypadku pozostawało im budzić wśród słuchaczy sentyment czy spotykać się z coraz częstszymi zarzutami, że te senne historie stają się po prostu nudne. Kiedy w ubiegłym roku Beach House wydali kolekcję  „B-Sides and Rarities” wiele mogło wskazywać na to, że sami dochodzą do wniosku, iż warto spróbować nieco namieszać czy wpuścić odrobinę powietrza. I wykonali ten krok, a efekt jest taki, że paszcza niejednokrotnie otwiera się z wrażenia”. Trzeba koniecznie nadmienić, że Beach House nie zmienili się diametralnie. Ta metamorfoza przy pierwszych lub mniej uważnych przesłuchaniach może wydać się kosmetyczna czy nawet niezauważalna. Jeśli jednak poświęci się nagraniom więcej uwagi, to na wierzch wyjdą pewne smaczki, w tym urzekające niedbalstwo, lepsze brzemienia perkusji i, nie szukając daleko, zdecydowanie większa pomysłowość oraz piękno. Wypada teraz tylko się ukorzyć i przyznać, że w niektóre zespoły trzeba nieustannie wierzyć, bo tego „czegoś” tak łatwo nie tracą.

chvrches-loveis.jpg

Bardzo udany materiał wypuścili Chvrches, a biorąc pod uwagę stylistykę, w której zespół się obraca, jest to spore osiągnięcie. Łatwo tutaj bowiem o męczącą powtarzalność i gonienie własnego ogona. Do współpracy Szkoci zaprosili tym razem Grega Kurstina, a po tym nazwisku obiecywać można sobie bardzo wiele. Producent stanął na wysokości zadania i nie przesadził z fajerwerkami. Sam zespół zmienił również strategię tworzenia piosenek i po raz pierwszy wszystko zaczynało się od tekstów. Nie zrobiło to jednak większej różnicy, przynajmniej w aspektach, które należy zaliczyć do pozytywów Chvrches. Na „Love Is Dead” jest więc dalej przebojowo, wokal Lauren Mayberry urzeka, muzycznie wszystko wydaje się dopracowane do ostatniego szczegółu (w porównaniu do poprzednich albumów jest może nieco bardziej gęsto). Podobnie jak na poprzednich dwóch płytach, zdarzają się piosenki lepsze i odrobinę gorsze. Niestety, pewnym rozczarowaniem jest gościnny udział Matta Berningera. Można było obiecywać sobie wiele, ale głosy ze sobą nie współgrają, a i wokalista The National jakoś nie wzniósł się na wyżyny swoich umiejętności. Postęp da się zaobserwować w tekstach. Mayberry śpiewa tradycyjnie o miłosnych rozterkach, ale przy okazji również jest nieco więcej o problemach współczesnego świata. Może momentami nieco to naiwne, ale w sumie do takich melodii pasuje to idealnie.

parquet-courts-wide.jpg

W maju premierę miał nowy album Courtney Barnett „Tell Me How You Really Feel”. Mimo iż artystka przygotowała całkiem solidny i sensowny zestaw piosenek, to raczej trudno spodziewać się, by płyta odbiła się tak szerokim echem jak „Sometimes I Sit and Think, and Sometimes I Just Sit”. Wszystko brzmi tak jak można się było spodziewać, a wybór najbardziej bezpiecznych rozwiązań chyba nie do końca jest wielkim pozytywem. Albumowi brakuje też chociaż jednej piosenki, po której wysłuchaniu chciałoby się wstać i zacząć bić brawo. Chyba, że doceniać by należało liryki, bo te bywają doprawdy urzekające („sometimes I get sad, it's not all that bad"). Więcej pozytywnego można powiedzieć o Parquet Courts i ich „Wide Awake!”. W 2018 roku tworzyć w obrębie rocka muzykę, której nie sposób pomylić z żadnym innym wykonawcą to wielkie osiągnięcie. I dotyczy to nie tylko specyficznego wokalu i całkiem udanych tekstów, ale nawet sposobu korzystania z instrumentów i budowania utworów. Tym razem w jeszcze większym stopniu z nagrań wypływa wściekłość i podobne emocje. „Wide Awake!” to nie jest raczej najlepszy album zespołu, ale na pewno panowie nie obniżają lotów, a pojawiające się opinie określające Parquet Courts jako najbardziej intrygujący obecnie rockowy zespół są tylko odrobinę przesadzone.

Z wielu stron można usłyszeć i przeczytać zachwyty nad nową płytą Iceage „Beyondless”. I w ogóle mnie one nie dziwią, bo zespół nagrał najciekawszy album w dyskografii. Przy okazji najbardziej przystępny, przemyślany i dopracowany. Równocześnie najbliższy twórczości Nick Cave & The Bad Seeds. Zespół nie chce już zamykać się w ramach jednego gatunku, a o rozwoju świadczy to, iż można na „Beyondless” usłyszeć wpływy country, pojawia się sekcja dęta, a w charakterze gościa występuje Sky Ferreira. W dalszym ciągu nie jestem jednak w stanie zachwycać się wokalem Eliasa Bendera Ronnenfelta. Ta manieryczna niechlujność na dłuższą metę jest męcząca i chyba w zbyt dużym stopniu wychodzi na pierwszy plan.

jon hopkins singularity.jpg

Nową płytę zaproponował Jon Hopkins. Nie potrzeba dużo czasu spędzonego z „Singularity”, by uświadomić sobie, że wybrane zostało rozwiązanie najmniej ryzykowne, mające zadowolić fanów i wywindować Hopkinsa na festiwalowych plakatach. Artysta stwierdził, że jedno z podstawowych zamierzeń dotyczyło tego, by piosenki były jak podróże, które kończą się w zupełnie innym miejscu niż się zaczęły. I to akurat zamierzenie osiągnąć się udało. Jeśli chodziło o to, by także zachwycać, to z tym bywa już różnie. Na pewno można było oczekiwać po Hopkinsie znacznie więcej, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę pięcioletnią przerwę, potencjał oraz status jaki artysta obecnie posiada. W konsekwencji trudno spodziewać się, by „Singularity” okazało się tak ważne i często dyskutowane co „Immunity”, choć utwory „Emerald Rush” and „Everything Connected” na pewno należą do czołówki dokonań muzyki. Rewolucji ani próby jej przeprowadzenia tutaj na pewno jednak nie ma.

Pozostając przy muzyce elektronicznej, pewien problem mam z DJ Koze i jego „Knock Knock”. Fenomen tego muzyka jest dla mnie pewną zagadką, bo w zasadzie nie słyszę tutaj nic specjalnie odkrywczego, ani tym bardziej przebojowego. Paradoksalnie, przy odpowiednim dawkowaniu, słucha się jednak tego całkiem przyjemnie (choć można dyskutować, czy skrócenie albumu z 78 minut do, powiedzmy 60, nie byłoby lepszym rozwiązaniem). Płyta stanowi niejako kolekcję tego co działo się w ostatnich kilkudziesięciu latach w muzyce elektronicznej. Nieprzypadkowi w tym aspekcie są także goście, przede wszystkim Roisin Murphy, ale też José González i Kurt Wagner z Lambchop. Wsłuchiwanie się w utwory, analizowanie i wychwytywanie co fajniejszych pomysłów dodaje płycie uroku. Ale w sumie album na dłuższą metę nieco męczy. Najbardziej szkodzi „Knock Knock” wykorzystanie motywów np. z “The Music Sounds Better With You”, bo to właśnie takie atrakcje udowadniają, że można robić wszystko zdecydowanie lepiej.

eleanor-friedberger-rebound.jpg

Mocno przeciętna jest płyta Eleanor Friedberger. Artystka piosenki przygotowała w trakcie lata spędzonego w Grecji, a główną z inspiracji był klimatyczny gotycko/post-punkowy klub w Atenach, gdzie Friedberger spędziła mnóstwo czasu. Sam tytuł płyty „Rebound” stanowi odwołanie do nazwy tego klubu. Kilkakrotne przesłuchanie albumu nie wzbudziło jednak we mnie pragnienia, by go odwiedzić. Porzucenie gitar na rzecz nowych rozwiązań albo raczej rozwiązań tkwiących głęboko w latach 80. wypada średnio udanie i nie jest trudno o wrażenie, że samej Eleonor w tym obliczu jakoś nie do twarzy. Dodatkowo poczucie rozczarowania pogłębia fakt, iż całościowo „Rebound” wydaje się niedopracowane, a artystka w tej stylistyce marnuje tylko potencjał. Lepiej z inspiracją latami 80. próbuje sobie radzić Tove Styrke, choć i w tym przypadku prócz „ochów” i „achów”, można wskazać rozczarowujące elementy. Szwedka swoją karierę rozpoczęła już w 2009 roku, kiedy dotarła do finałowych odcinków „Idola” w rodzimym kraju. Próbą wypłynięcia na szersze wody był wydany w 2015 roku album „Kiddo”. Materiał świetny, ale oczekiwano po nim prawdopodobnie znacznie bardziej entuzjastycznego i szerokiego odbioru. Po trzech latach Styrke wydała „Sway” i wszystko wydaje spełniać wymogi porządnego, przebojowego popu długimi momentami przywodzącego na myśl Charli XCX.  Słucha się tego bardzo miło, ale kłopot tkwi w dość nieoczywistym miejscu. Zupełnie nie rozumiem, czemu ten album jest tak przeraźliwie krótki (8 utworów). Być może chodziło o konieczność spełnienia wymogów kontraktowych, bo dorabianie jakiejkolwiek ideologii nie ma tutaj żadnego sensu. Dodatkowo, wszystko co najlepsze Szwedka zdążyła umieścić wcześniej na singlach (ze zdecydowanie najlepszym „Say My Name”). Chciałoby się od niej więcej, a dodatkowo na sam koniec serwowany jest bardzo słabiutki cover Lorde „Liability”  (Tove Styrke supportowała nie tak dawno Lorde na trasie, ale trudno uznać to za odpowiedni argument przemawiający za umieszczeniem piosenki). W rezultacie można mówić o sporym niedosycie.

belly dove

W maju nowe albumy wydały także legendy muzyki rockowej, ale ze skutkiem, który jest dość daleki od satysfakcjonującego. Dotyczy to przede wszystkim Belly i „Dove”. Podobnie jak miało to miejsce z The Breeders, w przypadku Belly trudno mówić o wykonaniu jakiegoś kroku naprzód. W porównaniu do nagrań z lat 90. tutaj wszystko jest jednak jakieś takie wymuszone, nic nie chwyta za gardło, nie ma w zasadzie nic co skłaniałoby chociaż do podskoku. Trudno mi sobie wyobrazić, by dzięki „Dove” znacznie wzrosła liczba fanów, a jedyna nadzieja dla Belly chyba tylko w dużych pokładach sentymentalizmu. Podobnie rzecz przedstawia się z The Sea and Cake i ich „Any Day”. W tym przypadku przerwa była zdecydowanie krótsza - zespół poprzednią płytę wydał sześć lat temu. Wszystko zaczyna się niezwykle obiecująco, a „Cover the Mountain” to jeden z najbardziej udanych utworów w dyskografii. Potem jest już jednak zdecydowanie gorzej i koniec końców można płytę wrzucić do grupy tych, o których zapomina się w kilka godzin po przesłuchaniu. Nie jestem również w stanie zachwycać się albumem Stephena Malkmusa & The Jicks „Sparkle Hard”. Być może ma to związek z tym, iż przez kilka dni katowałem po raz kolejny płyty Pavement i jak dla mnie różnica w poziomie jest wielka. Gościnny udział Kim Gordon, niestety, również wypada bardzo przeciętnie.

Coraz gorsze mam przejścia z rapem. Drogą przez mękę było obcowanie z płytą „Die Lit” Playboi Carti. Utwory takie jak „Pull Up” są kwintesencją tego czego nienawidzę w gatunku i kilkakrotne przesłuchanie odbierałem niczym torturę. Lepiej rzecz przedstawia się z „Daytona” Pusha T, choć w zasadzie płytę można podpisywać jako Pusha T & Kanye West, bo ten drugi z produkcją chyba nieco przegiął i próbował dokonać przeróbki na własną modłę. Całość trwa zaledwie 21 minut, co w sumie jest pozytywem (płyta nie zdąży zmęczyć). Nowy album wydał też ASAP Rocky, ale o „Testing” nie jestem w stanie w zasadzie nic napisać. Następnego dnia po jej przesłuchaniu miałem pustkę w głowie i nie pamiętałem nawet jednego dźwięku (i to pomimo gościnnego udziału Moby’ego czy FKA Twigs).

W polskiej muzyce nic w tym miesiącu nie zwróciło mojej uwagi. Zresztą w naszym kraju wszystko to co wydarzyło się w ostatnich tygodniach okazuje się totalnie nieistotne w obliczu śmierci Roberta Brylewskiego…

3 utwory

1. Iceage - "Beyondless"

2. Jon Hopkins - "Emerald Rush"

3. The Sea and Cake - "Cover the Mountain"

fot. ©Archiwum Polska Press