Miesiąc w muzyce: marzec 2018

Wielkie powroty, dziewczyny z Bandcampa, przerośnięte ego, czyli taki sobie marzec.

kacey-main-768x768.jpg

3 utwory

1. Julia Pietrucha - "Wasted"

2. Young Fathers - "In My View"

3. Kacey Musgraves - "Slow Burn"

Marzec to w świecie muzycznym miesiąc, kiedy rzeczywistość nabiera wreszcie coraz bardziej interesującego oblicza. Duże letnie festiwale domykają line-upy (Polska musi w tym aspekcie, oczywiście, negatywnie się wyróżniać, a organizatorom Open’era najwidoczniej sprawia przedziwną radość coroczne irytowanie zainteresowanych), znani i lubiani, którzy nie zrobili tego wcześniej, ogłaszają trasy, cenione zespoły kończą już z tajemnicami i podają terminy premier albumów. To jednak przede wszystkim lista płyt do przesłuchania nabiera odpowiednich i nierzadko podniecających kształtów, a i o pozytywne wrażenia bywa już łatwiej. Choć w 2018 roku w sumie z tym ostatnim bywało różnie.

Zagraniczne premiery

Laur najlepszej płyty marca przyznaję, rzutem na taśmę (premiera w ostatni piątek miesiąca), Kacey Musgraves i jej „Golden Hour”. Nie jest trudno mi sobie wyobrazić, że można nie cierpieć muzyki country i na jakiekolwiek wspomnienie o niej reagować ucieczką, alergiczną wysypką czy chociaż mimiką pełną niezrozumienia. Gatunek ten w odmianie jaką proponuje Musgraves daleki jest jednak od tego, co uważa się niekiedy za przejaw kiczu. „Golden Hour” nie sposób utożsamiać z konserwatyzmem, zarówno pod względem przekazu, jak i tego, co jest proponowane muzycznie. Jest tu sporo z popu czy nawet klasycznego rocka, a artystka oprócz poruszania oczywistych kwestii uczuć muska np. temat praw gejów. Zdarzyło jej się też coś powiedzieć o wpływie LSD na powstawanie jednej z piosenek. Stylistycznie można doszukiwać się metamorfoz podobnych do tego, co stało się udziałem Taylor Swift. Tylko piosenki Musgraves w jeszcze większym stopniu wpadają do głowy i nie chcą z niej wyjść, domagając się kolejnych przesłuchań.

Dużo pozytywnego należy powiedzieć również o Young Fathers i ich „Cocoa Sugar”. Szkoci zaproponowali materiał, który z braku innych określeń można nazwać hip-hopem, ale w dość niecodziennym wydaniu. W takim, w którym obok agresywnych tekstów zaprezentowanych w tradycyjny „nawijakowy” sposób, pojawiają się elementy typowe dla muzyki pop, rock, blues, elektroniki czy nawet gospel. Porównania do Massive Attack są jak najbardziej na miejscu, a fakt, iż zespoły współpracują ze sobą i razem koncertują nie jest przypadkowy. Na „Cocoa Sugar” jest melodyjnie i przystępnie, ale czasami poprzeczka dla słuchacza zawieszona bywa nieco wyżej. Wniknąć w ten świat może być początkowo nieco trudno, ale potem okazuje się, iż jest tu tyle atrakcji, że nawet za jedenastym razem można odkryć coś nowego. Dotyczy to nie tylko warstwy muzycznej, ale i tekstowej. Panowie już jakiś czas temu stali się pupilkami niektórych portali, ale wydaje się, że dopiero teraz w pełni zasługują na wielkie pochwały.  

young_fathers.jpg

Dużo uwagi w marcu poświęcono pierwszej po 10 latach przerwy płycie The Breeders, „All Nerve”. Podkreślano więc, że zespół nagrał materiał w tym samym składzie co legendarne „Last Splash” . Wszystko zapowiadało się niezwykle obiecująco, ale balonik pękł, może nie z wielkim hukiem, ale echo się jednak rozniosło. Nie ma tu nic wartego zapamiętania, nie ma błysku, wszystko jest totalnie przewidywalne. Dużo przesterów, silenie się na melodyjne refreny i muzyczny brud wymieszany z budowaniem przestrzeni. Starsi nie pokazują młodzieży jej miejsca, a dodatkowo nie trudno o wrażenie, że powinni z tej dekady nieobecności wyciągnąć pewne wnioski dla siebie i być może zdecydować się na jakieś minimalne szaleństwo. Nic z tego. Nuda. Podobne zastrzeżenia można mieć do długo oczekiwanej, pierwszej od 14 lat solowej płyty Davida Byrne’a. To, co artysta zaproponował na „American Utopia”, dość trudno zaliczyć do jego najlepszych dokonań. Słucha się tego w miarę dobrze, ale równie dobrze się o tych piosenkach zapomina (może poza „Everybody’s Coming To My House"). Rzadko zdarza mi się odnosić wrażenie, że proponowane utwory są przestarzałe, ale w tym przypadku nie byłem w stanie przegonić tej myśli. Przeczytałem kilka recenzji i nie jest przypadkiem, że zdecydowanie większa ich część dotyczy otoczki wokół albumu nie zaś tego, co się na nim znajduje. Zupełnie mnie to nie dziwi, bo ciekawego dzieje się tutaj niewiele (może poza absurdami w kilku tekstach). Od takich osób jak Byrne oczekuje się zdecydowanie więcej.

Trudno było przejść obojętnie obok nowego albumu Alberta Hammonda Jr., „Francis Trouble”. Czwarta solowa płyta gitarzysty The Strokes (nieważne jak bardzo by chciał, nigdy nie ucieknie od tego określenia) może zaskakiwać. I to zaskakiwać pozytywnie. Stylistycznie nie ucieka zbyt daleko od tego, co usłyszeć było można na nagraniach macierzystego zespołu. Kluczem do sukcesu okazuje się jednak to, iż chodzi w tym przypadku o te lepsze utwory The Strokes. Niezbyt często zdarza się, by taka odskocznia dla artysty miała sens, ale w przypadku Hammonda okazuje się mieć z albumu na album sens coraz większy. Wydaje się, że skupienie większej uwagi na działalności solowej powinno stać się priorytetowe, bo ostatnimi czasy można było odnieść wrażenie, iż amerykańska kapela funkcjonuje jakby „za karę” (czy też prędzej z uwagi na zobowiązania).

soccer-mommy-clean.jpg

Trzeci miesiąc roku to kolejne płyty młodych wokalistek, które w piosenkach indie rockowych, opowiadają o swoich życiowych rozterkach, przede wszystkim tych dotyczących uczuć i relacji z rówieśnikami. Dużo więc wspominano o 20-letniej Sophie Allison ukrywającej się pod pseudonimem Soccer Mommy. Kariera dziewczyny nie jest niczym zaskakującym, a raczej przywodzi na myśl wielokrotnie przerabiany ostatnio  scenariusz (zamknięty pokój i śpiewanie do ściany > śpiewanie przed ekranem komputera > pierwsze próby amatorskiego nagrania kilku piosenek > Bandcamp > sukces). Jest na jej albumie „Clean” na pewno sporo autentyczności, a w trakcie słuchania płyty można odczuwać potrzebę przytulenia artystki lub chociaż przybicia jej piony w geście zrozumienia. Ta melancholia i nostalgia momentami ujmuje, ale generalnie  całościowo nie do końca mnie przekonuje. Wszystko jest bowiem niesamowicie przewidywalne, doskonale już znane i zbyt proste. Treść jak najbardziej na plus, ale forma okazuje się nieco wybrakowana. Drugą artystką, która obraca się w podobnej stylistyce jest Lucy Dacus, a jej materiał „Historian” (recenzja) prezentuje się zdecydowanie lepiej. Niewątpliwie wpływ ma na to fakt, iż piosenki te są nieco bardziej różnorodne, nie zlewają się w jedno i aranżacyjnie więcej w nich atrakcji. W porównaniu do debiutu krok naprzód jest ogromny, co ma z pewnością związek z tym, iż nagraniu poświęcono tym razem więcej czasu niż jeden dzień. Piosenki same w sobie są także zdecydowanie bardziej dopracowane. Na plus na pewno zaliczyć należy teksty, które sama wokalistka określa jako „niesamowicie ważne” (czego jednak innego oczekiwać od osoby, której pamiętniki z lat młodzieńczych liczą podobno ponad 2 tysiące stron). Zarówno Soccer Mommy, jak i Lucy Dacus można porównywać do Julien Baker. Sama Baker publicznie mocno wspiera i wychwala Dacus (są także przyjaciółkami). I ma w tym mnóstwo racji.

Skoro o rozterkach młodzieńczego wieku mowa, to warto wspomnieć o drugim albumie Sunflower Bean „Twentytwo In Blue”. Nie jest to płyta, która mogłaby wywoływać radosne uniesienia, ale cieszy rozwój zespołu. Jeśli ktoś jeszcze szuka porządnego indie rocka z oczywistymi spojrzeniami w przeszłość (Blondie, Fleetwood Mac), jest to właściwy adres. Mowy album Frankie Cosmos, „Vessel” nie zaskakuje, nie zniewala, ale daje możliwość spędzenia miło czasu W tym przypadku postęp jest niezauważalny. W dalszym ciągu otrzymujemy króciutkie i w większości ciepłe piosenki opowiadające o problemach sercowych, z których można wyłapać kilka perełek („Apathy”), ale w większości zlewają się one w jedno. Całkiem przyjemne jedno, ale bawiące raczej krótko.  

Nie dają o sobie zapomnieć Preoccupations. Nowy materiał zaskakująco zatytułowali „New Material”, choć w zasadzie niczego „new” od nich również nie otrzymujemy (m.in. o nowych utworach rozmawialiśmy z nimi kilka miesięcy temu, tutaj wywiad). To więc w dalszym ciągu ponury post-punkowy klimat, czasami ocierający się o melodyjność, z jeszcze częstszymi niż do tej pory wycieczkami w stronę Joy Division, mający na celu wprowadzić słuchacza w stany depresyjne czy podobne. I, tak jak na poprzednich albumach, czasami wychodzi to dobrze, w innych chwilach znów gorzej. Do tych pozytywnych momentów zaliczyć należy „Disarray”, utwór, dla którego czas spędzony z zespołem nie uważam na pewno za zmarnowany. Dodatkowo w trakcie słuchania kilkakrotnie miałem wrażenie, że gdybym znajomość z Preoccupations rozpoczął od tego albumu, prawdopodobnie miałbym znacznie lepsze zdanie na jego temat, teraz mnie już trochę sobą męczą.

Superorganism-superorganism.jpg

W marcu łatwo było też o bardziej oczywiste rozczarowania. Płytą jednego przeboju (ewentualnie dwóch) okazał się materiał międzynarodowej supergrupy Superorganism. Osoby liczące na to, iż będzie tu więcej piosenek w stylu „Everybody Wants to Be Famous” zawiodą się raczej srodze. Pojawiają się opinie, że zespołowi udało się „uchwycić ducha współczesności”. Nie za bardzo rozumiem, na czym to uchwycenie miałoby polegać, ale jeśli przyjąć, iż taka sytuacja ma naprawdę miejsce, to ta współczesność jawi się jako niezwykle nudna i bezskutecznie starająca się o efektowność. Można też natknąć się na opinię, że Superorganism to „przyszłość muzyki” i tutaj robi się jeszcze bardziej dziwnie. Oto bowiem zespół nie proponuje totalnie niczego, czego uszy słuchacza by nie doświadczyły, a wtórność jest doprawdy doskwierająca.

W marcu pojawił się kolejny krążek Of Montreal, „White Is Relic / Irrealis Mood”, potwierdzający, że Kevin Barnes najlepsze lata twórcze ma już za sobą i pozostało mu już chyba tylko „męczenie buły”. Uwagę przyciąga tutaj ewentualnie funkujące „Paranoiac Intervals/Body Dysmorphia”. Nagrania wprawdzie w dalszym ciągu można określić jako „oryginalne”, ale już nie w pozytywnym tego słowa rozumieniu. Podobne rozczarowania wiążą się z nowym albumem The Decemberists, „I’ll Be Your Girl”. Zespół postanowił rozszerzyć nieco swoje horyzonty, dokonując nagrań w nowym studiu i zatrudniając nowego producenta, a przede wszystkim dorzucając nowe inspiracje (New Order, Roxy Music). Próba przecierania nowych szlaków doprowadziła The Decemberists do sytuacji, w której najlepiej jest cofnąć się na wcześniej zajmowane pozycje. Wyszło to bowiem źle, a momentami wręcz fatalnie czy przede wszystkim nieprzemyślanie. Wprawdzie w dalszym ciągu jest to folk-rock, który nie sposób pomylić z twórczością nikogo innego. Tylko tym razem w wydaniu niestrawnym. Wykorzystywanie elementów charakterystycznych dla glam rocka zupełnie nie pasuje The Decembertists. Wystarczy posłuchać paskudnego „We All Die Young” czy przeraźliwie nudnego „Tripping Along”. Perełką okazuje się ośmiominutowe „Rusalka Rusalka/Wild Rushes”, ale nie wynagradza ona jednak tego, co proponuje zespół w pozostałych utworach.

Horyzonty poszerzyć postanowił również Jack White i efekt jest równie słaby. Wydaje mi się, że trzeba być chyba fanatykiem artysty, by uznać, iż „Boarding House Reach” należy do najlepszych jego dokonań. Dla osoby, która na swój sposób White’a ceni, ale nie uważa go za jakiegoś geniusza, najnowszy album mieści się zdecydowanie pod koniec stawki. Niby płyta sprawia wrażenie ambitnej, doskonale słychać, iż artysta próbuje wielu rozwiązań, eksperymentuje, miesza rozmaite gatunki, ale nie prowadzi to w żadne sensowne rejony. To raczej kolekcja dziwnych pomysłów wymyślonych na szybko, które niekoniecznie ze sobą współgrają. Ego urosło chyba za bardzo, bo nie trudno o wrażenie, że najlepiej bawi się tutaj White.

Dziwnego gatunku problem mam z „Now Only” Mount Eerie. Przejmujący album „A Crow Looked At Me”, napisany po śmierci chorej na raka trzustki żony, ukazał się niemal dokładnie rok temu. Wydawanie następcy jak dla mnie nastąpiło nieco za szybko, ale jestem w stanie zrozumieć, że ktoś jest gotowy po raz kolejny na przeżywanie tych emocji i obserwowanie jak Phil Elverum radzi sobie z depresją. Ja przesłuchałem póki co raz i nie mam na więcej ochoty.

Oczywiście, ciekawych premier w marcu było znacznie więcej i zapewne dla niektórych słuchaczy wielkim wydarzeniem były „Record” Tracey Thorn (mnie męczy), „There’s a Riot Going On” Yo La Tengo (nie rozumiem fenomenu tego zespołu i nie rozumiem potrzeby robienia tylu eksperymentów, ale utwór „For You Too” zaliczam do tych, które sprawiają, iż płytę warto było jednak kilkakrotnie przesłuchać), „Jericho Sirens” Hot Snakes (raczej nie moja bajka, ale w obrębie gatunku rzecz to doprawdy dobra) czy „Violence” Editors (ten zespół irytuje mnie już chyba bardziej niż Karol Strasburger i Robert Janowski razem wzięci). Ślad po tych i kilku innych płytach pozostanie głównie w postaci noty wystawionej na Rate Your Music, na jeszcze inne albumy z marca przyjdzie czas.

Polskie premiery

Działo się też w Polsce. Albumy zaproponowali między innymi Król, Polpo Motel, Nanook Of The North, PRO8L3M, Ten Typ Mes. Dla mnie zdecydowanym numerem jeden, i sam tu siebie zaskakuje, jest nowa płyta Julii Pietruchy, „Postcards from the Seaside”. Niby nic niezwykłego tutaj nie sposób doświadczyć (jeśli chodzi o sam sposób wydania, to jest on jednak nieprawdopodobnie niezwykły). To smutne i wesołe piosenki, w których główną rolę odgrywa świetny głos wokalistki i jej ukulele, ale w wersji, której już nie można nazwać w 100% akustyczną. Jest tu próba zmierzenia się z amerykańskim folkiem. Momentami przypomina to Julię Marcell, w innych Paulę i Karola. W porównaniu do debiutu słychać większą dbałość o szczegóły i to, iż Pietrucha dała zaproszonym muzykom więcej swobody. Nieustająco zaskakujące (pozytywnie) jest to, że artystka w obecnych czasach stawia na niezależność. Płytę wydaje sama, nie sposób albumu odnaleźć w sklepach muzycznych (tylko w jednej sieci z ubraniami), nie promuje go teledyskami, a rozpoznawalna i atrakcyjna dla mediów jest na tyle, że bezproblemowo odnalazłaby tego rodzaju wsparcie.

pietrucha-postcards.jpg

GaMa i Fryderyki

Z wydarzeń niezwiązanych z premierami płyt warto odnotować, że w marcu po raz pierwszy wręczona została Nagroda GaMa przyznawana przez dziennikarzy związanych z „Gazetą Magnetofonową”. Najlepszą płytą roku wybrano „Repetitions (Letters To Krzysztof Komeda)” Electro Acoustic Beat Sessions, a Nagroda Publiczności wpadła w ręce Bitaminy i ich "Kawalerki". Były jeszcze w marcu nominacje do Fryderyków, ale chyba zdecydowana większość osób interesujących się muzyką po zerknięciu na opublikowane listy popukała się w głowę albo zaprezentowała ulubiony gest zażenowania czy też najzwyczajniej zareagowała śmiechem. Niemal każda kategoria rodzi tutaj kontrowersje, ale kontrowersje z gatunku tych złych i idiotycznych. Oto na statuetkę może liczyć… Wojciech Młynarski i jego „Jeszcze w zielone gramy” (wprawdzie w coverze w wykonaniu Darii Zawiałow, ale nie zmienia to faktu, iż jest to dość dziwne). Zaliczenie zespołu LemON do alternatywy również wzbudza pewien dyskomfort, a obecność w jednej kategorii (Album roku – muzyka korzeni) Hańby i Krzysztofa Krawczyka (z płytą „Wiecznie młody. Piosenki Boba Dylana”) prezentuje się doprawdy kuriozalnie. Mimo wszystko, są jednak plusy. Oto bowiem niżej podpisany dzięki nominacjom poczuł się lepiej, głównie z uwagi na to, iż uświadomił sobie, że nie jest aż takim ignorantem w kwestii polskiej muzyki jak myślał.

Koniec NME

Marzec to kolejny cios dla miłośników prasy muzycznej. Kopniaka dostali tym samym ci, którzy preferują nieco bardziej tradycyjne rozwiązania i niekoniecznie z otwartymi ramionami witają opcje rzekomo wygodniejsze. Radość mogli natomiast obwieścić wieszczący wszem i wobec zmierzch prasy. W marcu 2018 roku po 66 (!!!) latach z rynku zniknął New Musical Express. Nie pomogły rozmaite rewolucje, w tym to, iż od pewnego czasu pismo było dostępne za darmo. Fakt, znaczenie NME na przestrzeni ostatnich lat znacznie spadło. Magazyn czasami sprawiał wrażenie, iż niebezpiecznie zmierza do stania się idealnym wyznacznikiem definicji „czasopisma kiblowego”, co jednak nie odbierało mu uroku (zawsze miło mi się zerkało na felietony Leonie Cooper czy ankiety z ważnymi utworami wskazywanymi przez rozmaite znane persony). Niby NME przeniosło się do internetu, ale istnieje wiele przesłanek pozwalających stwierdzić, że tutaj marka raczej sobie nie poradzi. Coś się więc skończyło i nie ma co zakłamywać rzeczywistości. Wszystko zmierza do tego, że za kilka lat na festiwalach wystąpią hologramy, a artyści przestaną wydawać tradycyjnie rozumiane płyty. Póki co jest więc się z czego cieszyć i z nadzieją wypatrywać najbliższej przyszłości. Kacey Musgraves, Young Fathers, Julia Pietrucha – dzięki za marzec!!

3 utwory

1. Julia Pietrucha - "Wasted"

2. Young Fathers - "In My View"

3. Kacey Musgraves - "Slow Burn"