Muse na trasie "Simulation Theory" – relacja

Muse na trasie "Simulation Theory" – relacja

Neonowy blichtr i przepych, ale gdzie są piosenki?

muse.jpg

3 utwory

1. Muse –”Algorithm”

2. Muse – “Take a Bow”

3. Muse – “Stockholm Syndrome”

Za każdym razem, gdy miałem okazję widzieć Muse na żywo w nowej oprawie scenicznej, w głowie miałem jedno słowo: megalomania. Brytyjskie trio już dawno zostawiło konkurencję w tyle i wymyśla coraz dziwniejsze i bardziej ambitne sposoby na to, by zachwycić widzów swoimi ogromnymi produkcjami. Czekając przed sceną postawioną na praskim lotnisku Letnany, zastanawiałem się, czy właśnie nie dobiliśmy do ściany?

Na start powiedzmy sobie jedno: “Simulation Theory” nie jest dobrym albumem. Brzmi jak kryzys wieku średniego i kwintesencja mema “we live in a society”. Kiedy synthwave dawno przeszedł ewolucję z niszowych kanałów na YouTube do ścieżek dźwiękowych filmów i seriali karmiących nostalgię za czasami minionymi, a estetyka lat 80. została już niemal zajechana na śmierć przez wszechobecną retromanię, muzycy Muse wskoczyli na tę umierającą falę i spróbowali wycisnąć z niej tyle, ile było możliwe. Piszczące leady, niekończące się arpeggiatory i teksty o tym, że żyjemy w symulacji, gdzie algorytmy kierują naszym życiem brzmią tak przekonująco, jak ten typ, co mówił, że jesteśmy diamentami. Muszę jednak przyznać, że przyjęli tę estetykę pełnymi ramionami – począwszy od okładki wyglądającej jak plakat filmowy klasy B, przez szalone teledyski pełne odniesień do znanych produkcji,na grach VR w specjalnej strefie dla fanów z najzasobniejszymi portfelami kończąc. W oparach absurdu i morzu świecących okularów z AliExpress, nie pozostało nic innego, jak tylko wejść w wirtualną podróż.

Najnowsza iteracja Brytyjczyków to najbardziej ambitne przedsięwzięcie koncertowe, jakie widziałem w ich wykonaniu. Publiczność zebrana w Pradze miała okazję jako pierwsza zobaczyć wersję stadionową produkcji (grupa koncertowała wcześniej w USA, ale występowała wyłącznie w zamkniętych arenach), która sama w sobie budziła podziw swoimi monumentalnymi rozmiarami. Chwilę po godz. 20 potężny ekran zabłysnął, z głośników zaczęły sączyć się dźwięki otwierającego album “Algorithm” w alternatywnej wersji z rozszerzonej edycji płyty, a neonowi tancerze/miotacze dymu/puzoniści/akrobaci wybiegli na front długiego wybiegu, spod którego wyrósł frontman Matthew Bellamy śpiewający tak, jak gdyby świat miał zaraz złapać krytyczny błąd i prędko się wyłączyć. 

Nic takiego się nie stało i przez ponad dwie godziny zespół ze swoją świtą wykonał set zahaczający o większość swojej twórczości, choć skupiający się w dużej mierze na zeszłorocznym albumie. “Pressure” dzięki wesołej choreografii neonowej świty i dęciaków z taśmy zyskało bezczelną radość, “Break it to Me” miał tancerzy zwisających na linach i animacje na ekranie starające się ich dogonić, do tego Bellamy miał swój moment boga rocka, kiedy zaczął szaleńczo wyrzucać kolejne piszczące elementy do solówki, która aż krzyczała “gdzie jest Tom Morello, kiedy jest potrzebny?” (muzyk Rage Against the Machine gościnnie pokazał, jak to się robi, kiedy grał jako support na koncertach na Wyspach). “The Dark Side” 

Wybieg służył także jako mała scena, na której spod ziemi wysuwały się potrzebne instrumenty. Tam zagrano m.in. “Dig Down” w akustycznej wersji z gospelowym tłem, absurdalną “Propagandę”, która brzmi jak skrzyżowanie Prince z comedy rockiem, czy r’n’b z płyty “The Resistance” – utwór “Undisclosed Desires”. Oprócz tego, wybieg robił dokładnie to, co miał robić – pozwolił zespołowi wyjść do publiczności na bardziej dramatyczne/przechwałcze fragmenty w perfekcyjnie zaplanowanych momentach.

Nie zabrakło także wycieczek w przeszłość. Największe hity – “Hysteria”, “Time is Running Out”, “Plug in Baby”, “Starlight”, “Knights of Cydonia”, “Uprising” czy “Supermassive Black Hole” –  znalazły swoje miejsce w secie. “The 2nd Law: Unsustainable” i “Take a Bow” dobrze się wpasowały z racji swojego bardziej zelektronizowanego brzmienia, którym cechował się ostatni album grupy. Usłyszeliśmy również “Mercy” i “Psycho” z przedostatniego albumu “Drones”, choć mogliśmy się spokojnie bez tego obejść. 

Jako nagrodę pocieszenia w kategorii “deep cuts” dostaliśmy fragmenty “Futurism”, “Micro Cuts” i “Unnatural Selection” zbite w krótki medley na bas i perkusję. Dla fanów łojenia w Drop D zespół zagrał 15-minutowy “ the best of” zwany przez fanów METAL MEDLEY, w którym usłyszeć można było fragmenty “Stockholm Syndrome”, “Assassin”, “The Handler”, “Reapers” i “New Born”, którym towarzyszył ogromny (choć przy wielkości praskiej sceny, nie taki znowu wielki) szkieleto-robot znany z teledysku do “The Dark Side”, Murph. Cieszy fakt, że starsze rzeczy wciąż znalazły swoje miejsce. Szkoda jedynie, że służą jedynie jako przerywnik/czaso-umilacz, ale jak wiadomo – ewolucja nie zawsze oznacza coś pozytywnego.

Przez kilka koncertów nauczyłem się tego, że na spektakl (nie pomyliłem się) Muse wybierasz się tak naprawdę dla doświadczenia. Dla tych kilku utworów, które tak dobrze wspominasz, dla koncertowej atmosfery, dla wizualnych wrażeń, dopieszczonej do granic produkcji i perfekcjonizmu, którym emanują muzycy na scenie. Ta grupa nie bez kozery otrzymała wiele statuetek dla najlepszej ekipy koncertowej i obecna trasa pokazuje, że nie zamierzają spocząć na laurach.

Problem w tym, że zespół jest swoim największym wrogiem. Nie wiem już, gdzie kończą się możliwości w kwestii wizualnej, sam zespół przyznaje, że chyba już poszli za daleko. Poważniejszą bolączką – i to taką, nad którą trzeba naprawdę przysiąść – jest muzyka. Ostatnie albumy Muse wydają się być jedynie pretekstem do bombastycznych tras i prezentacji coraz bardziej wymyślnych scen. Choć w swoich koncertowych aranżacjach utwory brzmią lepiej od swoich studyjnych kolegów, po wszystkim pozostaje niesmak. Podobnie jak w “Grze o Tron”, w której zadziałało wszystko od pisanego na kolanie scenariusza, tak w przypadku ostatnich osiągnięć brytyjskiej grupy mamy świetne koncerty, wielopłaszczyznową akcję promocyjną płyty, ciekawy koncept, tylko dobrej muzyki brak. Jako jedni z ostatnich reprezentantów niemal wymarłego już gatunku zespołów stadionowych, powinni świecić przykładem. Zamiast tego dostaliśmy światełka na kurtkach i piosenki bez duszy. Gdy następnym razem zawitają w okolicy, zapewne się wybiorę, ale chyba z niewłaściwych powodów.

3 utwory

1. Muse –”Algorithm”

2. Muse – “Take a Bow”

3. Muse – “Stockholm Syndrome”