Najciekawsze zagraniczne albumy 2017 roku

Wspominamy 32 płyty minionego roku.

St Vincent

3 utwory

1. St. Vincent - "Pills"

2. Feist - "Pleasure"

3. Bonobo - "Kerala"

W tym roku postanowiliśmy nie robić typowego podsumowania, czyli listy najlepszych (najciekawszych) płyt mijającego roku. Nie zrobiliśmy głosowania z liczeniem głosów, mnożeniem, dzieleniem, wyciąganiem średniej itd. Każdy z nas rzucił po prostu swoje listy (dłuższe bądź krótsze) i z nich wyklarowało się coś, co możemy nazwać naszymi ulubionymi płytami 2017 roku.

Jakiej muzyki słuchaliśmy przez ostatnich dwanaście miesięcy? Zdecydowanie spokojnej, takiej, która koi, buduje, napawa melancholią, ale i sprawia, że chce nam się ruszyć z miejsca.

Nie sposób wrzucić wszystkiego do jednego worka. Każdy z nas miał bowiem inne spojrzenie na ubiegłoroczną muzykę. Jednak kompromis, jaki udało nam się osiągnąć, pozwala na podzielenie się z Wami kilkoma spostrzeżeniami o tym, co działo się za granicami Polski w muzycznym świecie. A działo się sporo, chociaż niełatwo jest wytypować jedną płytę, która zawróciła wszystkim w głowie.

Zacznijmy od tego, że był to rok pełen muzycznych sprzeczności. Z jednej strony otrzymaliśmy porządnego kopa od mainstreamu, do którego wkradło się sporo wykonawców muzyki okołoalternatywnej, a z drugiej - mieliśmy wysyp kolejnych niszowych wydarzeń muzycznych, płyt i nowych artystów.

Nieszablonowość i konwencjonalizm zaczynają iść w parze, zaczęła zacierać się granica między tym co masowe a tym co zostało stworzone dla samotnego poszukiwacza osobliwości w dźwiękach. Nie sposób odgrodzić od siebie twórczości większości artystów, wszyscy dążą jakby do jednego, wspólnego punktu - wyrazić siebie w możliwie najbardziej przyswajalny sposób, nie szokując zanadto, ale i nie wpadając w jakieś rutyniarstwo.

I jest wielka prawda w tych albumach, jest szczerość i próba dotarcia do słuchacza, są nowatorskie rozwiązania w produkcji, jest i inne podejście do eksperymentu. Jednak wszystko się gdzieś zatraca, coraz trudniej zachwycić, zadowolić i przede wszystkim problematyczne dla muzyków jest sprostanie pewnym wymaganiom i oczekiwaniom. A te są coraz bardziej wyśrubowane.

Rok 2017 nie był dla muzyki przełomowy, ani nawet szczególnie interesujący. Było dość stabilnie, choć w każdym gatunku działo się coś innego i następowało to w różnym tempie. I tak np. r&b (i wszelkie jego pochodne, w tym hip-hop) ma się bardzo dobrze, wrócił do łask, choć bardzo różni się od tego sprzed dziesięciu lat. To był bardzo soulowy rok. Wydanych zostało mnóstwo płyt, które czerpią inspirację z tego gatunku. Przez to popowe brzmienia nie są już tak popowe, te rapowe są bardziej przystępne, ale też i ciekawsze ze względu na nieograniczoną wyobraźnię producentów. Soul odzyskuje dawną chwałę.

Brakowało powiewu świeżości w muzyce rockowej - nikt w tym roku nie czarował swoimi riffami. Również singer-songwriterzy byli jakby mniej wydolni, boom na ich muzykę zdecydowanie się skończył.

Brakowało powiewu świeżości w muzyce rockowej - nikt w tym roku nie czarował swoimi riffami. Również singer-songwriterzy byli jakby mniej wydolni, boom na ich muzykę zdecydowanie się skończył. Ale, co ciekawe, w opozycji do tego wszystkiego stoi muzyka, którą ciężko sklasyfikować, ni to rock, ni to pop, gitary gdzieś w tle, nośne melodie, jakiś lepszy tekst i pewna nastrojowość lub wręcz przeciwnie - gitarowa pochwała życia z lekkostrawnym tekstem. Tutaj płyt było zdecydowanie najwięcej, gdzie zespoły tworzyły zwyczajnie "miłe" albumy. Ale nie da się tego przyrównać do indie rocka, który grany był ponad dekadę temu. Nieco inaczej było w muzyce elektronicznej - tutaj wszyscy ciągle prą do przodu bez oglądania się na innych, jednak brak tu tej innowacyjności, z którą mieliśmy do czynienia jeszcze kilka lat temu.

Chillwave nie żyje, trap powoli umiera, ambient odżywa, trance jest faux pas, w przeciwieństwie do ambitnego techno; funk jest ciągle w niszy, podobnie jak electro. Indie pop przeszedł do defensywy, post-rock twardo stąpa po ziemi, punk nie istnieje. Synth pop natomiast dogorywa, a witch house'owe momenty pojawiają się w co trzecim elektronicznym kawałku. Kilkoma słowami - nowinki się zestarzały, poszukiwane są nowe. Jak zawsze jest też pewne odwołanie do tego, co już było. Lata 80. i 90. wiecznie żywe. Ale nadal istnieją artyści, którzy eksperymentują i eksplorując różne zakątki tworzenia dźwięków, kreują coś, co za dwa lata zapewne podchwycą inni.

little fictions elbow.jpg

W tym roku postawiliśmy na płyty raczej doświadczonych muzyków. Większość z nich ma na swoim koncie już trzy i więcej wydawnictw. Rekordzistą jest tu Four Tet, który wydał w tym roku swój dziewiąty album. Nie gorzej prezentuje się dorobek Mount Eerie (osiem płyt) oraz The National, Elbow i Kurta Vile'a (choć tym razem nagrał płytę wraz z Courtney Barnett), którzy wydali po siedem albumów od początku swojej działalności.

Wśród tak płodnych artystów znaleźli sie też tacy, którzy na scenie są już bardzo długo, ale niełatwo przychodzi im nagranie czegoś nowego. Weźmy tu za przykład Slowdive, którzy karierę rozpoczęli ponad dwadzieścia pięć lat temu, a w swoim dorobku mają jedynie cztery płyty. Trochę lepiej wypada tu Feist ze swoimi pięcioma płytami, z których pierwsza została wydana w 1999 roku. Również Fever Ray nieczęsto dzieli się z nami swoim talentem, od wydania jej pierwszej płyty minęło aż osiem lat…

Gdyby tak wyciągnąć średnią z częstotliwości wydawania płyt, to najbardziej płodnymi artystami, którzy zachwycili nas w ubiegłym roku byli: Kevin Morby, Kurt Ville, Lapalux, Kendrick Lamar, Mount Eerie i Tyler, the Creator. Co ciekawe, wszyscy ci wykonawcy nie schodzą poniżej pewnego poziomu (możecie sobie porównać ich profile np. na Metacritic). Nie inaczej jest oczywiście w przypadku The National, Bonobo, Feist czy też Elbow.

Tymczasem o sile artysty nie decyduje debiut, a właśnie ta druga czy trzecia płyta. Docenienie debiutu jest jedynie pewnym kredytem zaufania dla kolejnych poczynań artysty.

Jednak nigdy nie chodziło nam o ilość, a o jakość, dlatego też w naszym podsumowaniu nie zabrakło debiutantów, czyli Samphy oraz Keleli. Tymczasem o sile artysty nie decyduje debiut, a właśnie ta druga czy trzecia płyta (czekamy więc na kolejne wydawnictwa wyżej wymienionych, uśmiechając się jednocześnie do "Process" i "Take Me Apart"). Docenienie debiutu jest jedynie pewnym kredytem zaufania dla kolejnych poczynań artysty. Tak więc dopiero przy kolejnych wydawnictwach możemy stwierdzić, czy faktycznie ktoś ma talent. A taki w 2017 roku niewątpliwie potwierdzili: Father John Misty, Fleet Foxes, Blanck Mass, Lapalux, Thundercat, Alvvays, Clap! Clap!, Forest Swords, Liima, Lorde i Wolf Alice.

Ale nie tylko "zwykłe" krążki przypadły nam do gustu. Słuchaliśmy także dwóch świetnych ścieżek dźwiękowych do filmów "Blade Runner 2049" oraz "Dunkierka" Hansa Zimmera (klasa sama w sobie) oraz "składankę" - "Mono No Aware", która poświęcona została muzyce ambient.

Nadal królują u nas dźwięki kreowane przez panów i zespoły, jednak panie nie dają za wygraną. Zarówno w poprzednim, jak i w tym podsumowaniu znalazły się albumy, które zostały wydane przez mocne żeńskie osobowości, np. Fever Ray czy też St. Vincent. Jeśli chodzi o męski mianownik, to mamy tu przede wszystkim producentów. Zespoły… Tutaj obyło się bez zaskoczeń. Są to głównie jednorodne, męskie grupy. Dosłownie w kilku z nich, np. Alvvays czy też Wolf Alice mamy pierwiastki kobiece. Czyli nic się nie zmieniło. Kobiety nadal nie podbijają rynków muzycznych. Trzeba natomiast podkreślić, że w ubiegłym roku na naszym podium znaleźli się panowie, w tym roku trochę się to odwróciło, nagrane zostały bowiem dwie porywające płyty: "Pleasure" Feist i "Masseduction" St. Vincent. 

Liima 1982.jpg

Przejdźmy w końcu do właściwego podsumowania. Nasze największe uznanie uzyskał, co było raczej niespotykane w innych podsumowaniach, album Feist - "Pleasure". Tym bardziej, że od ostatniego albumu artystki minęło aż 6 lat. Jego eteryczność, znakomity głos Leslie i piękne kompozycje sprawiły, że mogliśmy w nim brodzić dzień i noc.

Kolejnym zaskoczeniem może być album Bonobo "Migration". Niemal wszędzie pomijany, choć bardzo niesprawiedliwie. Bo Green po raz kolejny trzyma poziom dla wielu nieosiągalny. Marka sama w sobie. Płyta ta jest dopracowana w każdym szczególe i nie wymaga chwalenia, bo każdy dźwięk broni się sam.

Inne płyty, które nas zaciekawiły to "I See You" The xx i "Process" Samphy. Te dwa stonowane albumy skradły serca słuchaczy swoim minimalizmem, ale też i wielką pracą, która została włożona w ich nagranie. Oba zostały wydane przez Young Turks, co świadczy o wielkiej sile tej wytwórni, ale i producenta, Rodaidha McDonalda, który współpracował przy powstaniu obu płyt.

Krążki te urzekają swoją lekkością, choć lekkość ta wcale nie jest podszyta znudzeniem muzyków przy kolejnej już płycie.

Dla równowagi słuchaliśmy też nieco mocniejszych krążków, a za takie mogłyby uchodzić "Everything Now" Arcade Fire czy też "Masseduction" St. Vincent. Oba gitarowo-elektroniczne, oba pobudzające, z wielką dawką energii. Jednak bardzo różniące się od siebie.

Następne gitarowe albumy, które nas ujęły to "Little Fictions" Elbow, "Sleep Well Beast" The National oraz "Painted Ruins" grupy Grizzly Bear. Wszystkie ze wspólnym mianownikiem - pewnego rodzaju spokojem i melancholią. Krążki te urzekają swoją lekkością, choć lekkość ta wcale nie jest podszyta znudzeniem muzyków przy kolejnej już płycie. Wręcz przeciwnie – ich wieloletnie doświadczenie przemawia za tym, aby pokazać, że niewielkim wysiłkiem i sporym ograniem można nadal stworzyć coś ciekawego.

Na naszej „liście” nie mogło zabraknąć Slowdive z płytą o bardzo wyszukanym tytule - "Slowdive”. To jedyny interesujący shoegaze’owy album, który wyszedł w ubiegłym roku. Nie mogło być inaczej, bo w końcu czekaliśmy na to przez ponad dwadzieścia dwa lata. I oto otrzymaliśmy album świeży, choć wśród tych gitar nadal unosi się kurz.

Nie przeszliśmy obojętnie obok jednego z najciekawszych albumów w nurcie r&b, czyli "Take Me Apart" Keleli. Już przy pierwszym kawałku wiemy, że mamy do czynienia z oryginalnym podejściem do tworzenia. Wszystko to za sprawą produkcji, którą zajęli się m.in. Arca i Kwes, którzy wiedzą jak wyciągnąć z dźwięku więcej brzmienia. Całość dopełnia oczywiście znakomity głos wokalistki. Opłacało się pracować nad tym wydawnictwem cztery lata.

slowdive.jpg

Niedaleko od r&b leży już album Kendricka Lamara - "DAMN.", w którym można zauważyć wiele soulowych elementów. Nie jest to już tylko rapowy album. Wiele tam podśpiewów, refrenów, melodii i co najważniejsze – sporo ciekawych beatów, np. "Pride” czy też "Feel”.

W naszym podsumowaniu jest też miejsce na elektronikę. Weźmy takie "Compassion" Forest Swords. Drugi album Matthew Barnesa jest doskonały od A do Z. Nie sposób przejść obok niego obojętnie, z każdym odsłuchem chce się więcej i więcej tych nieoczywistości.

Jednak nie tylko Forest Swords nagrał świetny krążek w tym gatunku. Nasi redaktorzy wymieniali też Blanck Mass i "World Eater", a także Clap! Clap! z "A Thousand Skies”. Nie mogło tu także zabraknąć tegorocznego wydawnictwa "New Energy” Four Tet  i "Ruinism” Lapalux. Wszystkie te płyty łączy jedno - znakomita synteza stylów i ciągłe poszukiwania tego odpowiedniego dźwięku.

tyler-the-creator-flower-boy-cover-1.jpg

Wróćmy jeszcze na chwilę do muzyki gitarowej. "City Music” Kevina Morby’ego to płyta, która pochłonęła kilkoro z nas. Odwołania do lat 70., trochę miejskiej nostalgii i pewne zróżnicowanie pozwoliły na stworzenie albumu, którego zwyczajnie chce się słuchać.

Kto jeszcze w 2017 roku pokazał, że pominięcie go z podsumowaniach będzie błędem? Zespoły takie jak Alvvays ("Antisocialites”), Wolf Alice ("Visions of a Life”) i Broken Social Scene ("Hug of Thunder”). Każdy z nich nagrał solidną płytę z domieszką rockowego grania. Przestępstwem byłoby nie wspomnienie o płytach: "Pure Comedy” Father John Misty, "Crack-Up” Fleet Foxes i nagranej w duecie "Lotta Sea Lice” Kurta Vile i Courtney Barnett. Każda z nich ma w sobie coś wyjątkowego.

Ukontentowała nas także Fever Ray ze swoją drugą (sic!) płytą – „Plunge”. Nie rozczarował Thundercat i jego "Drunk”. Podobnie było z drugim krążkiem grupy Liima – „1982”, na którym panowie potwierdzili, że mają na siebie pomysł. Wzruszył nas Mount Eerie swoim "The Crow Looked at Me”, a Tyler, the Creator wraz z "Flower Boy” pokazał, że rapem nadal można się bawić. Na koniec musimy też wspomnieć o Lorde z płytą "Melodrama”, która jest niewątpliwie najlepszym wydawnictwem popowym ubiegłego roku.

Każdy znajdzie coś dla siebie, jednak czy będziemy słuchać tego przez kolejnych dziesięć lat?

Podobnie jak w ubiegłym roku, w tym również nie dostaliśmy albumu, który można uznać za taki, który przetrwa dekady. Ponadczasowość to określenie nieznane artystom, którzy wydają obecnie płyty. Ten rok nie obfitował w albumy genialne, czy też takie, które podobają się wszystkim. Każdy znajdzie coś dla siebie, jednak czy będziemy słuchać tego przez kolejnych dziesięć lat? Możemy jedynie gdybać. W ubiegłym roku mieliśmy bardzo wiele ciekawych krążków z muzyką elektroniczną, obecnie nastąpił jakby zwrot ku gitarom, ale nie gitarom grających mocnego rocka, a jedynie dopełniających całość brzmienia. Zarówno popowego, jak i elektronicznego. Jak widać powyżej, 2017 rok upłynął nam pod znakiem różnorodności i poszukiwań. Oby poszukiwania te były nadal tak owocne.

Ewelina Malinowska

 

3 utwory

 

1. St. Vincent - "Pills"

2. Feist - "Pleasure"

3. Bonobo - "Kerala"