Na spokojnie - relacja z trzynastego Off Festivalu

Na spokojnie - relacja z trzynastego Off Festivalu
Jon Hopkins_Singularity.jpg

3 utwory

1. Jon Hopkins - "Singularity"

2. Moses Sumney - "Lonely World"

3. Marlon Williams - "I'm Lost Without You"

W tym roku na Off Festival wybierałam się bardziej z miłości do samego festiwalu niż z zachwytu nad line-upem - zabrakło artystów, na których występy czekałam przez lata. Co nie znaczy, że w programie nie było nic ciekawego: Moses Sumney czy Zola Jesus budzili moje zainteresowanie, wiedziałam, że Grizzly Bear widziany na Primaverze ani Jon Hopkins, w którego muzyce zakochałam się, gdy pierwszy raz grał w Polsce nie zawiodą, a do tego zawsze chętnie odkrywam na Offie nowych dla siebie artystów. 

Festiwal nadal nie wrócił do bogactwa i rozpasania sprzed 2014 roku, ale nie jest też kameralną imprezą sprzed 10 lat. Można rzec, że tymczasowo sprawy się ustabilizowały i w Dolinie Trzech Stawów jest po prostu całkiem przyjemnie. I tym razem nie obyło się bez kilku zmian w gotowym już programie, ale zastępstwa poszły sprawnie. 

Teraz Polska

Całą przygodę zaczęłam wchodząc do namiotu będącego Sceną Eksperymentalną na ostatnie dwa utwory w wykonaniu Pokusy - jak dzień był pełen słońca tak to trio było pełne energii, saksofonista Natan pracował policzkami aż lękałam się o ich stan, a efekt dźwiękowy tych wysiłków był wyśmienity. Aż żal, że pora tak wczesna, choć przecież bywały i lata, gdy koncerty na Offie zaczynały się o 14. Jak się okazało dla mnie wyzwaniem stała się nawet 16:10 i niestety przegapiłam koncert Lonker See, których miałam okazję widzieć podczas Festiwalu Filmu Niemego w grudniu; wydali też w tym roku świetny album "One Eye Sees Red".

Tradycyjnie w Katowicach mieliśmy okazję posłuchać wielu polskich artystów - na wyróżnienie z tego grona zasługuje z pewnością także Hańba!, tym razem robiąca hałas ze Sceny Leśnej. Widzowie po raz kolejny dali się porwać utworom rodem z międzywojnia, a duchem z ery punka. Całkiem przyjemnie zagrał też kwartet z Sosnowca, ARRM, choć ich jednostajne, wciągające brzmienia na pograniczu rocka na pewno lepiej brzmiałyby późnym wieczorem niż jeszcze przed zachodem słońca. 

Najgorzej jednak wyznaczona godzina występu wpłynęła na występ duetu Nanook of the North - w gorące, słoneczne piątkowe popołudnie myśl o wyprawie na polowanie z Eskimosem była całkiem przyjemna, ale niestety filmu Roberta Flaherty'ego nie było jak zobaczyć, a bez niego muzyka została odarta ze swej docelowej ilustracji i, choć nadal piękna, mocno straciła na sile przekazu. 

Podobnym wyzwaniem było wczucie się w kameralne i delikatne brzmienia Sklapel Big Band w pełni festiwalowego szaleństwa, na głównej scenie w sobotni wieczór. Poprzedniego dnia o wcześniejszej porze w tym miejscu muzycy Kultu zagrali utwory z albumu "Spokojnie" - i tu wszystko się zgadzało: słuchaliśmy jak panowie spokojnie prezentowali kultowe piosenki. Może i bez młodzieńczej werwy, za to z godnością jednego z najważniejszych polskich zespołów.

Więcej energii mieli Bass Astral x Igo, duet z dwoma albumami na koncie - produkcja Kuby Tracza może się podobać bardziej lub mniej (jeśli ktoś nie przepada za taneczno-popowymi brzmieniami jak ja), ale głos Igora Walaszka przyciągnie co najmniej na chwilę - wokal trochę jak z disco lat 70., głęboki, z chrypką. 

Odwrotnie odebrałam występ Daniela Spaleniaka - tutaj śpiew z dziwnym akcentowaniem nieco psuł mi odbiór całkiem ładnego kawałka nastrojowej, gitarowej muzyki, z przepięknymi partiami skrzypiec w wykonaniu Tomasza Mreńcy. Nieco za słodkie jest też dla mnie Iowa Super Soccer, którzy zmienili Boba Dylana w coś pokroju Nory Jones. 

Najciekawsze wokale miała zdecydowanie Kapela ze Wsi Warszawa, czyli ulubiony zespół muzyków z ...And You Will Know Us by the Trail of Dead (niebawem pojawi się u nas wywiad z nimi, a tam - więcej ciekawostek). Na scenie głównej w niedzielny wieczór zaprezentowali wyśmienity polski folk z płyty "re:akcja mazowiecka", wokalnie kolektyw wsparli czterej panowie z Kurpiów.

Ładnie tu u pana

Podobny potencjał miał chór The Mystery of the Bulgarian Voices, niestety, czego pewnie powinnam żałować, z namiotu Trójki wygonił mnie zespół towarzyszący paniom śpiewaczkom. Akurat gdy weszłam chór opuścił scenę, z której zabrzmiały gitara akustyczna i flet wydając z siebie dźwięki niczym z płyty "10 relaksujących utworów na wieczór" z malowniczym zachodem słońca na okładce, czyli coś, czego nie bardzo miałam ochotę słuchać. Wierzę, że reszta występu mogła brzmieć lepiej, ale nie starczyło mi sił, aby to sprawdzić i ten czas spędziłam oglądając The Brian Jonestown Massacre. Anton Newcombe z przyjaciółmi zagrali bez zaskoczeń, miłych czy niemiłych, może troszkę bliżej rozczarowania niż zachwytu, wszystkie utwory wykonując poprawnie, ale jakby z minimalnym zaangażowaniem. Na scenie było aż siedem gitar (ogólnie zespół zagrał w dziewięć osób), ale tej gitarowej siły nie było w kompozycjach Brian Jonestown słychać. Uwagę skupiał na sobie głównie stojący pośrodku sceny Joel Gion, bardzo stylowo grający na tamburynie i marakasach. 
 

  The Brian Jonestown Massacre

The Brian Jonestown Massacre

Spośród gitarowego grania bardzo miło słuchało się Rolling Blackouts Coastal Fever, chociaż im show skradły akurat samoloty z Muchowca robiące w tym czasie akrobacje. Niemniej piosenki panowie mają bardzo sympatyczne, niosąc w przyszłość pozostałości fali indierockowej spod znaku French Kicks czy Les Savy Fav. 

Podobnie miłym koncertem, którego po latach pewnie nie będę szczególnie pamiętać, był występ The Como Mamas, czyli wspaniałych gospelowych wokalistek. Choć słuchało się tego bardzo przyjemnie, utwory zlewały się ze sobą w spójną opowieść, po której niewiele we mnie zostało (to wszystko oczywiście kwestie indywidualne). 

Są takie koncerty, których nie zapomnę nigdy, są takie, które wspominam z obrzydzeniem, ale ze szczegółami, a zdarza się i tak, że jest super, a potem z zaskoczeniem przypominam sobie, że rzeczywiście, widziałam już Grizzly Bear, na festiwalu Primavera Sound w 2013. W przypadku tego akurat wydarzenia nie jest to specjalnie winą zespołu - na Primaverze tyle się dzieje, że dostać zawrotu głowy to jest dopiero lekki wstęp. Wracając na Off - brookliński kwartet zdecydowanie najlepiej obronił się w roli headlinera, dając piękny, wizualnie i technicznie dopracowany występ z sercem i spoconym czołem, a nawet czterema. Jedyny mały minus to brak starszych kawałków, takich jak "Knife", ale panowie przeszli już do promowania kolejnego albumu, więc poza świeżym materiałem z "Painted Ruins" i piosenkami z poprzedniego albumu "Shields" do setlisty dodali jeszcze tylko kila utworów z "Veckatimest". Scena była przyozdobiona delikatnym materiałem odbijającym kolorowe światła, doskonale oprawiając równie delikatne dźwięki gitar, wdzięczne perkusyjne rytmy i nade wszystko świetne głosy Eda Droste i Daniela Rossena.  

Z głównej na leśną i pod namiot

Pięć lat temu widziałam też koncert M.I.A. podczas ostatniej edycji festiwalu Selector. W tym roku miała jednak zdecydowanie gorszy humor - a to za sprawą nagłośnienia. Co poszło nie tak? Próba się nie udała, coś się zepsuło? Do końca nie wiadomo, ale w każdym razie w pierwszej części koncertu szwankowało nagłośnienie, przywrócone do porządku dopiero po kilkukrotnym upomnieniu ze strony wokalistki, później Matangi długo jeszcze narzekała na to, jak brzmi jej głos, apelując o korektę. Skutkiem tego wszystkiego cały występ nie robił najlepszego wrażenia, choć żywiołowa DJ-ka i zdolne tancerki ratowały sytuację jak mogły. Na osłodę były też hity - "Borders", "Bad Girls" czy "Paper Planes" na finał. Większości publiczności to chyba jednak nie przekonało. 

Zły humor miał też Ariel Pink, choć nie był headlinerem, a i z nagłośnieniem chyba nie miał aż takich problemów. W efekcie owego niekorzystnego nastroju piosenki zamiast śpiewać wśćiekle wykrzykiwał - taki furiacki występ miał swój klimat, aczkolwiek łatwy w odbiorze na pewno nie był. 

W roli gwiazdy wieczoru nieprzekonująca była też dla mnie Charlotte Gainsbourg. Aktorka zadbała o świetny wystrój sceny - umieszczając na niej świecące ramy oraz wieszając nad nimi lustra - image w klimatach lat 80., czyli m.in. dżinsowe stroje. Jej lekkie i zgrabne pioseneczki brzmiały w tym otoczeniu bardzo dobrze, nabierając większego uroku niż w wersjach studyjnych. Towarzyszący jej muzycy dopięli wszystko na ostatni guzik. Niby perfekcyjny koncert, więc co poszło nie tak? Ano ciężko docenić płaściutki głosik Charlotty zaraz po koncercie Aurory czy wysłuchaniu wcześniej Mosesa Sumneya. Artystka w takim towarzystwie bardzo dużo traci. 

Jak tu bowiem zachwycać się melodyjkami z ejtisową nutką, gdy pan Sumney w namiocie trójkowym kilka godzin wcześniej wyczarował ze swojego głosu całe nieskończone krainy nasączone feerią emocji? Już od pierwszych dźwięków "Don't Bother Calling" przenieśliśmy się w krainę delikatności - głos Mosesa, niski i głęboki, gdy mówi, poszybował gdzieś w chóry anielskie. Okraszony subtelnym akompaniamentem gitary i klawiszy (pan klawiszowiec wyciągnął też skrzypce) - artysta zdradził nam, że jest bardzo zadowolony z towarzystwa muzyków, dzięki czemu obywa się na koncertach bez korzystania z laptopa. Nie wszystkie kompozycje Sumneya idealnie sprawdzają się na żywo, bo na przykład takie "Quarrel" troszkę straciło na impecie w kulminacyjnym momencie, ale wierzę, że z czasem doprowadzi je do perfekcji. Na Offie zagrał i delikatnie, jak w kończącym występ, bisowym "Plastic", i z odrobiną pazura w rytmicznym "Rank & File". Momentami jego głos był piskliwy na modłę Blixy Bargelda, momentami sięgał głębiej, jak w początku "Doomed", a każda z tych wariacji mogła wywołać ciarki. Najpiękniejszy moment to oczywiście wykonanie "Lonely World", które w wersji koncertowej nabrało jeszcze rumieńców za sprawą nieco wzmocnionego beatu. 

Aurora.jpg
  Zola Jesus

Zola Jesus

Aurora odwrotnie niż Moses, gdy mówi, głosik ma piskliwy (aż śmieszny i nieco ciężki do zniesienia, ale bardzo sympatyczny), za to gdy śpiewa... To wokal gdzieś pokroju Katie Stelmanis czy Karin Dreijer Andersson, z potencjałem na Bjork. Ale Aurora tworzy przecież własne, pełne dzikich nastrojów krajobrazy, w których mimo solidnego otoczenia instrumentami - towarzyszył jej cały zespół: gitara, perkusja, syntezatory - zawsze zdecydowanie na pierwszym planie jest snujący opowieści głos. A wokalistka, w zwiewnej sukience, wygląda jak przyjacielski i psotny zarazem leśny duszek, który kusi jak ta woda, do której wskakujemy mimo groźby utonięcia. Piosenki Aurory zdecydowanie nabierają rumieńców na żywo - stają się dzikie i rozpasane, nawet te spokojniejsze grane są i śpiewane ze zwiększoną dawką mocy. Gdy śpiewa "Queendom" to widzę ją na tronie, a przy "Running With the Wolves" czuję wilczą sierść między palcami. I po wizycie w tej niesamowitej krainie cukierkowe podśpiewajki pani Gainsbourg wywołują już tylko pobłażliwy uśmiech. 

W niedzielę na tej samej leśnej scenie pojawiła się druga czarodziejka - tym razem nie skrywająca mrocznej natury pod żadnymi pozorami, ubrana jak czerwona zjawa, Zola Jesus. Już od pierwszego utworu, "Veka", panował nastrój nieco bardziej ponury, ale zarówno ten utwór, jak i takie "Dangerous Days" mają wyrazisty rytm i taneczny potencjał. Prawdziwie melancholijna aura pojawiła się na dobre dopiero w drugiej części występu, od utworu "Witness" (w duecie z następującym po nim także na płycie "Siphon"), który, jak wyznała nam artystka, bynajmniej został napisany po to, by grać go na festiwalach. Zabrzmiał jednak na Offie i wzruszył widzów rozpaczliwym wołaniem o świadectwo dla wewnętrznego cierpienia (obydwie piosenki poświęcone są członkowi rodziny po próbach samobójczych). I taki smutek zawisł nad sceną leśną aż do końca występu tej artystki z głosem czystym, jasnym i przesączonym trudnymi doświadczeniami. Wielka szkoda, że oprócz elektroniki (tę obsługiwała sama) i gitary (na tej grał jej towarzysz Alex DeGroot) oprawy tego głosu nie stanowiły tym razem skrzypce - Michelle Woodward nie mogła przyjechać, gdyż, jak powiedziała Zola, musiała iść do pracy. 

Gdzieś to już słyszeliśmy

Problemy z przybyciem miał także Marlon Williams (podejrzewam Tour de Polonge zagradzający mu drogę), ale w końcu szczęśliwie wbiegł do trójkowego namiotu, zagrał i zaśpiewał pierwszy utwór sam, aby koledzy mieli czas rozłożyć co nieco na scenie. A jaki to był śpiew! Wspaniały, głęboki, gładki wokal godny rasowego croonera, gdzieś między Royem Orbisonem a Johnnym Cashem z domieszką Elvisa. Doskonale uzupełniał go także wysoki głos gitarzysty w duetach. Marlon zaśpiewał melancholijne piosenki przywodzące na myśli utwory z lat 60. (takie "Sealed with a Kiss" Donovana na przykład), jak "Nobody Gets What They Want Anymore", smutne piosenki o miłości ("I'm Lost Without You"), piosenki żartobliwe ("Vampire Again") i covery klasyków ("Portrait of a Man" z repertuaru Screamin' Jaya Hawkinsa), a wszystko to z gracją, werwą i bez soundchecku. Koncert był oczywiście skandalicznie za krótki i pozostawił ogromny niedosyt wśród oczarowanej publiczności.
 

  Marlon Williams

Marlon Williams

Brzmienie sprzed lat zaprezentowali też The Mystery Lights - gdy się ich słucha, to aż dziw, że nagrali tylko jeden album: brzmią jak żywcem wyjęci z lat 60. Podczas koncertu przenieśli nas więc prosto do epoki dzieci-kwiatów. 

W sporo wcześniejszą przeszłość udali się panowie z ...And You Will Know Us by the Trail of Dead, prezentując na Offie swój najlepszy album, "Source Tags & Codes", z 2002 roku. A ponieważ na wycieczkę wzięli ze sobą flaszkę Żubrówki, nie obyło się bez potknięć po drodze. O wiele łatwiej wybacza się muzyczne niechlujstwa w małej koncertowej salce, a przecież pięć lat temu w Warszawie grali też swoje największe hity. Chętnie zobaczyłabym nieco bardziej dopracowany występ przy udziale także instrumentów smyczkowych na rzecz odegrania kompozycji z płyty "IX". Występ w Katowicach odebrałam chyba i tak najprzyjaźniej spośród narzekającej publiczności - a to dzięki bardzo sympatycznie spędzonemu z panami kwadransowi - wywiad już niebawem u nas. Energii i entuzjazmu z pewnością nie można im odmówić.

Energię z wirtuozerią udało się ponownie połączyć Japończykom z Bo Ningen występującym w miejsce Johna Mausa. Gitarowe, psychodeliczne szaleństwo z powiewem świeżości i ekstatycznym finałem. Świetnie bawił się na scenie także Bishop Nehru, jeden z nielicznych w tym roku przedstawicieli hip-hopu - zachwycony energią polskiej publiczności, którą świetnie przetwarzał w rymy wypluwane do jazzujących podkładów. Zarapował też do kawałka legendarnego J Dilli, a potem wskoczył ochoczo w tłum kwitując Jakby mi w szkole średniej ktoś powiedział, że będę robił crowd surfing w Polsce, to bym oszalał! 

  Big Freedia

Big Freedia

  Yasuaki Shimizu

Yasuaki Shimizu

W kategorii szaleństwa jest jednak jeden zwycięzca - lub jedna królowa: Big Freedia, czyli raper z nurtu bounce, Freddie Ross wcielający się w mistrzynię twerkingu. Na leśnej scenie Offa pojawił się w towarzystwie pana i pani prezentujących kunszt tego stylu tanecznego oraz swoim fianceczyli trzecim tancerzem, od czasu do czasu wbiegającym na scenę by jeszcze ubarwić występ. Na scenie zagościło też dziesięć odważnych osób, aby pod okiem mistrzyni (Big Freedia zgromadziła w 2013 roku aż 358 osób w wieku od 8 do 80 lat, które twerkując przez dwie minuty wspólnie ustanowiły nowy rekord Guinessa pod względem liczby osób wykonujących ten taniec jednocześnie) odebrać krótki kurs machania pośladkami w rytm adekwatnego utworu "Mo Azz". Bounce, czyli bass, rytm i duuużo krzyku, zapewnił świetną zabawę wraz z wodzirejką Freedii, choć zapewne dobór hitów nie do końca przemówił akurat do offowej publiczności - nie wiem, jak wielu festiwal gromadzi fanów Drake'a czy Beyonce. Zabawa w każdym razie była przednia, a kulminacyjnym momentem okazał się perfekcyjnie wybrany nieco starszy hit - "I Will Always Love You" z repertuaru Whitney Houston, który odśpiewaliśmy dzielnie machając dla nastroju światełkami z telefonów. Niekoniecznie jest to muzyka, której będę słuchać na co dzień, ale w kategorii koncertowej rozrywki ten występ sprawdził się doskonale. 

Dziwne rzeczy

Oprócz bounce'u, który dopiero niedawno wyszedł z podziemia, było na Offie tradycyjnie jeszcze sporo innych niestandardowych brzmień. W tym samym czasie, gdy Big Freedia robiła twerkową rozróbę na leśniej, w namiocie eksperymentalnym miny stroił Harry Merry, śpiewając do akompaniamentu keyboardu Rolanda, wyglądającego na sprzęt kupowany muzycznie uzdolnionym dzieciom jako pierwszy poważny instrument. Pojedynek indywiduuów wygrała u mnie Freedia, więc nie wiem, jak przygoda z tym syntezatorem się zakończyła. 

Wzrok przyciągał także zespół Shortparis zastępujący na scenie głównej w piątek nieobecnego Yellow Days. Przedziwna mieszanka agresywnej elektroniki z domieszką rocka i podobno industrialu z rozkrzyczanym wokalem raczej odstraszała niż zachęcała, za to panowie bardzo zabawnie (choć nie wiem, czy ten humor był celowy) tańczyli, prezentując na wpół synchroniczny układ taneczny. 

Housewives też nie do końca przekonali mnie do swojej mieszanki rockowego instrumentarium z domieszką saksofonowego szaleństwa, aczkolwiek nie wykluczam, że to wczesna pora sprzyjała brakowi skupienia i trzeba było jednak okazać panom nieco więcej cierpliwości. Spośród władców saksofonu zdecydowanie wybieram Yasuaki Shimizu - magika, który w towarzystwie kolegi dobarwiającego jego występ elektronicznymi akcentami prowadził ze swym instrumentem niezwykły dialog, wprowadzając do niego przeróżne rodzaje mowy i oddechu, zapętlając ścieżki i dodając do tego wokalne wstawki plótł niezwykłe opowieści. 

  Egyptian Lover

Egyptian Lover

Jego krajanka, Wednesday Campanella przegrała u mnie z Aurorą, czego też trochę żałuję, bo wyłaniająca się z mgły artystka zapowiadała występ tajemniczy i intrygujący, plumkającym, delikatnym i wciągającym z początku, stopniowo nabierającym zaskakujących warstw "Ei Sei". Za to występ pana posługującego się pseudonimem Egyptian Lover odpuściłabym sobie bez żalu, gdyby nie godziny dzielące mnie od autobusu. Nie, żeby zabawa nie była godna - zawsze można do tej śmiesznej elektroniki popląsać o trzeciej nad ranem - ale repetytywne, proste rytmy udające cover "Sweet Dreams" to nie do końca moja bajka.

Tańce do rana

Moja bajka to zdecydowanie Jon Hopkins - rozpoczął właśnie promowanie najnowszego albumu i rozbujał leśną scenę tytułowym "Singularity", już od pierwszych momentów wciągając w swoje światy podskórnych chórków i spajających się z tętnem głębokich rytmów. Było i zapowiadające najnowsze wydawnictwo "Emerald Rush" wiodące lśniącą ścieżką od delikatnych tonów do mocnych uderzeń, grane na tle świetnego teledysku autorstwa Elliota Deara i Roberta Huntera, i kawałki z perfekcyjnego albumu "Immunity". Pochłaniające, przejmująco piękne dźwięki zmuszające do tańca, od czasu do czasu łagodnie zahaczające o ambient, doskonałe jak zawsze, odkąd na festiwalu Nowa Muzyka w 2009 roku usłyszałam, jak w oddali sączy się jego niezwykła muzyka. A teraz, po tej najnowszej festiwalowej prezentacji płyta "Singularity" brzmi mi jeszcze piękniej. 

Festiwal miał też w tym roku wyśmienite taneczne zwieńczenie - Jascques Greene pozamiatał imprezę wspaniałym, prawie dwugodzinnym setem skrojonym tak, by żadna noga nie pozostała obojętna. Wykonawca doskonale żonglował rytmami, ani na chwilę nie pozwalając na jednostajność, a co najwyżej na moment oddechu tylko po to, żeby za chwilę uderzyć jeszcze mocniejszym beatem, jeszcze przyjemniejszą melodią. Aż szkoda, że w tym roku Off kończył się tak wcześnie - pamiętam przecież czasy, gdy koncerty trwały i do wschodu słońca! (Dobra, sprawdziłam, do 4:30). 

Oby za rok jeszcze lepiej

Z kwestii organizacyjnych, obok marzeń o dłuższej zabawie (chętnie kosztem koncertów o 16, na które mimo szczerych chęci często się nie wyrabiam), postulowałabym jeszcze zmniejszenie adrenaliny generowanej przez autobus S1 przy jednoczesnym obniżeniu jego potencjału na saunę, czyli częstsze kursowanie w strategicznych godzinach (tu też można zrobić to zachowując balans, czyli obciąć kursy mniej popularne) oraz usuńmy proszę tę całą scenę Martensa. Co to za pomysł, żeby coś grało między sceną główną a leśną, gdy zawsze z jednej albo z drugiej huczy muzyka? Być może dobre miejsce byłoby gdzieś w lasku, tam gdzie ukryte było gruzińskie jedzenie mniej więcej, ale wiadomo, nie jest to miejsce tak popisowo reprezentatywne jak tuż pod największą ze scen. 

Z miłych rzeczy, które warto wymienić na koniec, choć to oczywiście taka bardziej melancholijna, podszyta smutkiem - piosenki Maanamu puszczane w przerwach koncertów. Wspaniały pomysł. Widzimy się w Katowicach za rok!

3 utwory

1. Jon Hopkins - "Singularity"
2. Moses Sumney - "Lonely World"
3. Marlon Williams - "I'm Lost Without You"