Mieliśmy wszystko - relacja z czternastego Off Festivalu

 Mieliśmy wszystko - relacja z czternastego Off Festivalu
20190803_165150.jpg

3 utwory

1. Foals - "On the Luna"

2. slowthai - "Nothing Great About Britain"

3. Polmuz - "Walc z obczyzny"

To na początek – miejmy to za sobą: jeśli szukacie czegoś o Daughters, Electric Wizard, OM, Black Midi – to niestety tego tu nie znajdziecie. Szanuję metal, ale to nie moja bajka, jak krzyczą, to uciekam. (Albo jak śpiewają a la Metallica, jak OM, którzy tak poza tym to tak nawet przyjemnie grali). Jeśli jesteście fanami metalu, to powinniście się tylko cieszyć, że nie zabieram się za pisanie o czymś, czego w ogóle na co dzień nie słucham.

To oczywiście nie wszystkie koncerty, jakie ominęłam, bo nawet jakby człowiek chciał, to nie dałby rady zobaczyć wszystkiego, a prawda jest taka, że jednak by nie chciał, bo po co uprawiać jakiś dziwny koncertowy masochizm i zmuszać się np. do słuchania wokali Lebanon Hanover. Ciężko stwierdzić, kto z duetu ma gorszy głos (ale oceniam to po dwóch piosenkach, bo więcej nie wytrzymałam, więc dopuszczam możliwość, że mieli po prostu jakiś bardzo słaby moment w życiu). Tak samo nie przekonali mnie Perfect Son ani Trupa Trupa, ani Tentent, również w dużej części przez śpiew. Jan-rapowanie nie przekonał mnie całokształtem, od tekstów aż po postawę sceniczną typu “my to w ogóle gramy dla tysięcy ludzi”.

Sporym rozczarowaniem okazali się Boogarins, którzy brzmieli po prostu mdło zamiast psychodelicznie, nie urzekł mnie także Juan Wauters, ze swoimi piosenkami o owocach śpiewanymi przy akompaniamencie gitary klasycznej. Ot, pioseneczki, nic specjalnego. To już przyjemniej brzmiał Joao de Sousa, ale też nie na tyle, żeby dłużej zatrzymywać się przy scenie Martensa, która ogólnie jest trochę bardziej żartem niż sceną, bo przykrywają ją dźwięki z Leśnej. Z występujących tam wykonawców odnotowałam też Moriah Woods, która najpierw mnie zaciekawiła, ale potem zniechęciła manierą wokalną trochę jak z “Zombie” The Cranberries.

Phum Viphurit nie bez powodu jest nazywany “tajskim Dawidem Podsiadło” - jako, że rodzimy też nie należy do mych ulubieńców, odpuściłam (no dobrze się tych pioseneczek słucha, ale po co). Całkiem urocze jest Tęskno, ale to się można nabawić cukrzycy, tak jest z tymi paniami słodko, więc choć doceniam, to też nie wytrzymuję. Hania Rani solo robi muzykę niemniej przyjemną, ale też nie z mojej bajki. Całkiem nie najgorsi wydawali się The Real Gone Tones, ale nie wiem, czy na dłuższą metę takie udawanie Elvisa się nie przejada (poszłam sprawdzić drugą scenę, o tym co tam zastałam będzie niżej). Superorganism na pewno dali popisowe show, bo animacje były delikatnie mówiąc niecodzienne już na starcie, ale ta popowa parodia, czy cokolwiek, co grupa Orono chciała osiągnąć muzycznie, już na albumie robiła na mnie niekorzystne wrażenie, a na żywo wcale nie było lepiej. Nie słyszałam więc, jak Foalsi obrywali sucharami od liderki. Całkiem przyjemnie wypadła za to Neneh Cherry, ale też nie będę udawać, że zostałam na więcej niż dwie piosenki.

Jakuzi brzmieli jak całkiem przystępne odgrzebywanie post-punka, ale też mieli takie miejsce w programie, że zostałam na innej scenie. Trio Jazzowe Marcina Maseckiego obejrzałam jakoś na wyrywki i tego żałuję. Bałałajka kontrabasowa brzmiała pięknie, ciekawe dźwięki wydobywały się z klawiszy – brzmiały trochę jak dziecięca zabawka. Żal mi też tańców na koncertach trzech pań – w ogóle reprezentacja pań zajmujących się elektroniką była na tegorocznej edycji wyśmienita – Veronica Vasicka, Dr. Rubinstein, Emerald i szczególnie SAMA’ urzekły mnie od pierwszych nut, ale nie na tyle, żeby powstrzymać od oglądania headlinerów. Podobnie Loyle Carner przegrał ze starym dobrym zespołem, a to całkiem zacny raper.

There are no innocent bystanders

Jak już jesteśmy w temacie rapu, to przejdźmy do tych koncertów, o których mogę i chcę napisać więcej – na początek: slowthai. Od tego momentu Off zaczął się dla mnie na porządnie: wreszcie było czego posłuchać i na czym poszaleć. Tyron wyszedł na scenę w koszulce i spodenkach, a zszedł z niej w samych gaciach, i tę gorącą atmosferę czuła także publiczność. Niczym refren dla całego koncertu regularnie pojawiały się okrzyki “yeah” i charakterystyczny śmiech Brytyjczyka. Od początku wziął się porządnie za znakomitą wodzirejkę typową dla koncertów hiphopowych, w czym pomagał mu także kolega Kwes Darko (funkcja, jaką pełni na scenie ma elegancką nazwę - “hype man”). Don’t be an innocent bystander, have some fun! – zachęcał ze sceny Frampton. Mnie przekonał – i tak znalazłam się w kółku przyjaźni, w którym a to w stronę przeciwną od wskazówek zegara biegał Stachu (namaszczony do tej roli oczywiście przez artystę), a to po prostu skakaliśmy i biegaliśmy. Podzielona na dwie drużyny publiczność skandowała “fuck you” i “you can’t” (po jednym haśle na team), wyciągała na życzenie slowthaia środkowe palce i życzyła Wielkiej Brytanii wszystkiego najgorszego do rytmu gorzkich piosenek z “Nothing Great About Britain”. Raper nie tylko z przejęciem wykonywał utwory z tego debiutanckiego albumu, ale też uważnie przyglądał się roztańczonym widzom. Z tłumu oprócz Stacha wyłowił też dwóch innych kolegów, jednego zaprosił na scenę do wspólnego rapowania, z obydwoma zrobił sobie pamiątkową fotkę, a potem posłał ich w tłum na stage-diving. I niezależnie, czy brzmiały kawałki ostrzejsze jak “Drug Dealer” czy spokojniejsze jak “Ladies” – po trójkowym namiocie krążyła niesamowita masa energii, którą doceniali wszyscy po obu stronach sceny.

slowthai

slowthai

JARV IS podczas “Cunt’s Are Still Ruling the World”

JARV IS podczas “Cunt’s Are Still Ruling the World”

Gwiazdą można było zostać nie tylko na koncercie brytyjskiego rapera. Jarvis Cocker równie szczodrze podzielił się z fanami energią, mikrofonem wprawdzie nieco mniej, ale za to w ciekawszej formie. Ale po kolei. Lider zespołu Pulp tym razem przyjechał z nowym projektem – JARV IS. Podczas koncertu wspominał poprzednią wizytę w Polsce, na festiwalu Open’er w roku 2011, jako “najbardziej mokry koncert w dziejach”. Na Offie zagrał kilka piosenek z albumów solowych – “Further Complications” (2009) i “Jarvis” (2006), ale dominował materiał jeszcze nie wydany, w końcu tytuł koncertu to “Jarvis Cocker presents JARV IS”, czyli swój najnowszy projekt. Koncert rozpoczął się – zanim jeszcze ktokolwiek pojawił się na scenie – remixem utworu “Heart of Glass” z repertuaru Blondie, w którym Jonas Crabtree połączył skoczny przebój z muzyką Philipa Glassa (niektórzy znają go pewnie z serialu “Opowieść podręcznej”). Efekt jest taki, jak koncert Jarvisa – jak w remiksie wydobyto ukrytą rzewność tej w końcu smutnej piosenki o miłości, tak gdy wsłuchamy się w teksty Cockera, niekoniecznie będzie nam tak wesoło. Niemniej zabawa była wspaniała – na początek: “Somethimes I am a Pharoah” utwór grany przez Jarvisa już od 2017, a zdaje się jeszcze nie nagrany (pewnie znajdzie się na albumie JARV IS). Kolejną piosenkę wokalista zapowiedział jako “Dalsze komplikacje” i ten piękny zwyczaj przedstawiania tytułów w języku polskim kontynuował już przez cały czas. Najwięcej problemów dostarczyło mu wcale nie “musi wyewoluować”, czyli “MUST I EVOLVE?”, póki co jedyny utwór oficjalnie spod szyldu JARV IS; w którym pojawia się niepokojąca perspektywa koniecznych zmian (Cocker ostrzegł także osoby z widowni z tytułami naukowymi, żeby nie dzieliły się za bardzo informacjami o tym, jak mocno ta wizja ewolucji przedstawiona w piosence jest niezgodna z rzeczywistością). Za najtrudniejszy tytuł uznał więc Jarvis “Czegoś brakuje” czyli “Am I Missing Something”, również jeszcze nie wydanej piosenki. Do kompletu zagrał jeszcze “Children of the Echo” z 2018 i najnowszą “House Music”. Utwory te odróżniały się od solowej twórczości wykonawcy łagodniejszym, bardziej refleksyjnym nastrojem, zamiast mocnych gitar mieliśmy raczej skrzypki i delikatne chórki.

Przez cały koncert Jarvis szalał – tańczył w swój charakterystyczny sposób, opowiadał o utworach; czasem może się lekko zdyszał, ale nie miało to negatywnego wpływu na jego śpiew. Podzielił się z nami tym, że jego ulubione polskie słowo to “Uwaga” (czytane “Ułaga”). Było też coś dla fanów Pulp – jak stwierdził Cocker, dla prawdziwych hardkorów (ale nie z albumu “This Is Hardcore”), utwór “His’N’Hers”. I tu wracamy wreszcie do wciągania publiczności w zabawę. Oprócz biegania pod sceną i śpiewania z pierwszych rzędów przy słowach And she asked me / What made me frightened Jarvis stwierdził, że chce się dowiedzieć, czego boimy się my, publiczność Offa. I w ten sposób dowiedzieliśmy się, że straszna jest perspektywa, że ta noc się skończy (jak słusznie zauważył Cocker nie ma co się bać, fizycznie się skończy, ale zostanie w serduszku) oraz pierwszy album Pulp. Mnie jednak odrobinę bardziej przerażają zmiany klimatyczne. O tym, że występ JARV IS to nie do końca czysty eskapizm próbował nas przekonać utworem końcowym – Spotykamy dużo dobrych ludzi, problem polega na tym, że nie są w pozycjach władzy – zapowiedział ostatni utwór, “Cunts Are Still Ruling the World”.

Nie wiem, czy Tanzanią rządzą takie same przyjemniaczki, jak Wielką Brytanią, ale Bamba Pana i Makaveli na Offie mieli coś wspólnego z brytyjskimi wykonawcami. Reprezentują singeli, czyli hip-hop połączony z tradycyjną muzyką afrykańską i podkręcony do co najmniej 180bpm. Rezultatem jest szalony, polirytmiczny pęd okraszony pokrzykiwaniem w niezrozumiałym (dla mnie przynajmniej) języku. Tańczy się do tego świetnie, koncert ciągnął się godzinami, choć trwał tylko kilkadziesiąt minut (swoją drogą panowie nie znają umiaru i nie bardzo radzą sobie z wpasowaniem w ciasne festiwalowe ramy czasowe). Publiczność machała rękami, klaskała prawie jak na Omarze w 2011 i śpiewała, co Makaveli zechciał. Gwiazdą numer 6 została dziewczyna zaproszona na scenę do tańczenia singeli. Wyszaleć się można było podwójnie, bo oprócz sobotniego koncertu na Scenie Eksperymentalnej panowie pojawili się także w niedzielę na Leśnej, w zastępstwie za z zmożonego chorobą Octaviana.

Bamba Pana & Makaveli

Bamba Pana & Makaveli

Wściekłe polki

Jak już jesteśmy przy tańcach, to wróćmy do ojczyzny – i przypomnijmy sobie, jak kiedyś brzmiała muzyka weselna (kiedyś były czasy, wiadomo). Pomogła w tym Kapela Maliszów, czyli Jan Malisz i dwójka jego dzieci – Zuzanna na wokalu i instrumentach perkusyjnych, oraz skrzypek Kacper. Przepiękne ludowe kompozycje z Beskidu Niskiego jak “Zawiśloczek” czy “Chmiel” (jedna z najstarszych pieśni oczepinowych) rozbujały publiczność nie gorzej, niż dwie godziny wcześniej Tanzańczycy. Podobno zainspirowaliśmy też Kacpra do zagrania najdłuższej w historii tria wersji utworu “Chodzony od Józefa”, granego na skrzypkach jego dziadka. Była chwila wyciszenia przy wiązance mazurków, i chwila na najbardziej szalone tańce przy wiązance wściekłych polek (bo jak u nas tańczy się polki, to tylko wściekłe). Wspaniale widzieć na Offie tak cudnie ożywioną rodzimą tradycję.

Kapela Maliszów

Kapela Maliszów

EABS feat. Tenderlonious (trzeci od prawej)

EABS feat. Tenderlonious (trzeci od prawej)

Reprezentacja polsko-folkowa była zresztą w tym roku bardzo mocna, i to jest chyba mój najbardziej ulubiony aspekt tej edycji katowickiego festiwalu. Wybornie jest przypomnieć sobie, że w tym smutnym kraju mamy też rzeczy naprawdę przepiękne. Moim ulubionym odkryciem czternastego Offa został zespół Polmuz, nazwany w zgodzie z rodzimą tradycją klecenia nazw, a pewnie i w nawiązaniu do polskiego producenta instrumentów. Kwartet zagrał materiał z wydanego rok temu albumu “Drzewiej”, czyli wielkopolskie oberki i mazurki w awangardowej, jazzowej interpretacji. Michał Fetler na saksofonach altowym, barytonowym i basowym (który miał na Offie swój debiut i, jak stwierdził właściciel, jest jednym z 5 takich instrumentów w Polsce) plótł przywołujące wspomnienia melodie, Ksawery Wójciński na kontrabasie i Rafał Igiel na instrumentach perkusyjnych wytyczali to delikatne, to brutalne ścieżki rytmiczne, a Rafał Zapała w ten szkielet stworzony z brzmień tradycyjnych instrumentów wprowadzał hałaśliwe i dekonstrukcyjne elementy za pomocą radzieckiego syntezatora i amerykańskiego komputera. Coś pięknego, choć na pewno nie tak łatwego w odbiorze, jak granie Kapeli.

W słowiańskie klimaty celują też EABS, choć polskiego folku nie słychać u nich wprost. Na Offie zagrali materiał z najnowszej płyty “Slavic Spirits”, nie mogło więc zabraknąć Tenderloniousa, czyli Eda Cawthorne’a na flecie. Septet z Wrocławia również wypadł świetnie, szczególne popisy dawał Jakub Kurek na trąbce. Dźwięki powoli zbierały się z tych ośmiu stron, aby od czasu do czasu zejść się w grzmiący wspólny motyw elegancko spajający koncert w całość.

Ostatnim punktem tej wycieczki po swojskich klimatach jest występ tyleż spektakularny, co niespodziewany. Moja mama by była zachwycona, za rok biorę ją na Offa! mówił ktoś w tłumie, ale nie tylko mamom spodobał się Zespół Pieśni i Tańca “Śląsk”. Po pierwsze – taniec: chyba nigdy nie było na Off Festivalu czegoś porównywalnego do tych wirujących spódnic, żwawych podskoków, kręcących się par, podskoków zbójnickiego, chłoszczących powietrze warkoczy… Bogactwo kolorowych strojów i przepych tanecznych figur nie mógł nie zrobić na publiczności wrażenia. I chociaż czasem robiło się trochę zbyt przaśnie, no bo “Szła dzieweczka do laseczka” nie kojarzy się z muzyczną alternatywą; a czasami te aranżacje, patetyczne i gładkie, nie przekonywały, to jednak czyste, piękne głosy i imponujące chóry w końcu przeważały szalę. Zwłaszcza piękna była pieść “Hej te nase gory” z aktualnym zawsze pytaniem kany sie podziały nase dawne casy?

Tańce na odchodne

Przy takiej różnicy temperatur, jaka jest pomiędzy 16:00 a 1:00 w nocy na Trzech Stawach doskonałym wyborem na ostatnie koncerty jest elektronika. A skoro jesteśmy przy aspektach wizualnych występów, to choć tutaj może najtaneczniej nie było, w oprawę koncertu wygrywa J’Kerian Morgan czyli Lotic. Na scenie eksperymentalnej pojawił się pierścień (no, taki niedomknięty okrąg) z laserami – w efekcie laserowe promienie przecinały się na kształt gwiazdy. A w środku kolorowych promieni – tajemnicza postać, skryta w mroku i dymie. Robiło to niesamowite wrażenie i świetnie pasowało do mrocznej, elektronicznej muzyki. Muzyka sama w sobie brzmiała nieco mniej atrakcyjnie niż na płytach, chyba ze względu na intensywność dźwięku i przestery. W buczących, niskich tonach wibrował wysoki głos; pomiędzy utworami były mówione przejścia, ale teksty piosenek zlały się w pełne żalu zawodzenie. Ta melancholia dawała intrygujący kontrast z bogactwem wizualnym, było to piękne zakończenie festiwalu (ok, dłużej grała Honey Dijon, więc to ona de facto zamykała Off, ale prócz tego, że zaczęła od miksowania jakichś bardziej radiowych przebojów, to niewiele mogę o niej powiedzieć, bo wybrałam Lotic i postanowiłam, że to będzie mój ostatni tegoroczny koncert).

Trzeba pochwalić bardzo mocną reprezentację pań zajmujących się elektroniką – do tej pory, choć bardziej dało się to odczuć na festiwalu Nowa Muzyka, najczęściej mocno ich brakowało. Na Offie oprócz wyżej wspomnianych wystąpiła także VTSS i tu na chwilę wrócimy do polskiej muzyki, bo za tym pseudonimem kryje się Martyna, znana z warszawskiego Brutażu. Zagrała elegancki set pełen typowego dla niej mariażu EBM z noisem, nadając pląsom dość szybkie tempo (acz nie tak ekspresowe jak wspomniane wcześniej singeli). Drugiego dnia w namiocie eksperymentalnym dzień kończył (kończyć dzień w namiocie było najlepiej, bo nie tylko taniec rozgrzewał, ale ogólnie było tam cieplej) Ammar 808. Jego arabofuturyzm też świetnie nadawał się do rozruszania kończyn, oprawiony był w wizualizacje z elementem instruktażu, bo na nagraniu był taniec, prosty i dopasowany do muzyki. Elementy tradycyjnej muzyki arabskiej zgrabnie splatał z wyrazistymi bitami - uważne ucho mogło wychwycić motywy z albumu “Maghreb United”.

W temacie futurystyki warto wspomnieć o The Comet Is Coming i ich space-jazzie na Scenie Leśnej. Utwory z “Trust in the Lifeforce of the Deep Mystery” podczas koncertu zadedykowanemu niedawno zmarłemu producentowi Ras G nabrały życia i mocy. Saksofon w rękach Shabaki żyje własnym życiem i wreszcie dało się to odczuć. Za to syntezatory Dana “Danalogue” Leaversa, tworzące kosmiczny nastrój, dalej tak samo mnie irytowały. Cóż zrobić, chętniej zobaczyłabym na Offie Sons of Kemet. Niemniej panowie zaprezentowali na Offie kawał solidnego grania i każdy fan takich brzmień – futuro-jazzu z funkowym zacięciem – powinien być zadowolony.

Komety są bardzo jasne.

Komety są bardzo jasne.

Trzy bardzo różne kobiety

O ile Jarvis Cocker od razu zapowiedział, że jest na Scenie Głównej (w tym roku Perlage) po to, by nas zabawić, o tyle Aldous Harding pod koniec swojego występu oświadczyła: jestem śpiewaczką a nie zabawiaczką [takie moje amatorskie tłumaczenie tekstu I’m a singer, not an entertainer]. Tirzah Mastin powiedziała niewiele poza skromnym “dziękuję wam” po prawie każdej piosence, doskonale dopełniając swego szczerego wizerunku zwykłej, przyjaznej, nieco introwertycznej i nieśmiałej dziewczyny. Sophie Allison, czyli Soccer Mommy, próbowała skrócić dystans między zespołem a publicznością swojsko-amerykańskim hey guys. Ze wszystkimi trzema paniami chciałam na Offie porozmawiać, ale z wywiadami tak już jest, że czasem do nich dochodzi, a czasem nie i tym razem się niestety nie udało. Za to opowiem Wam co nieco więcej o każdej z nich i o ich występach na festiwalu – w osobnym tekście.

Moc gitary

Mówi się od czasu do czasu, że muzyka gitarowa umiera, i może coś w tym jest, ale na Offie rok po roku ma się dobrze – choć rzeczywiście w wykonaniu weteranów.

Najmłodszymi gitarowymi headlinerami byli Foals. I o ile na początku ma się wrażenie, że panowie spóźnili się z tym koncertem jakieś co najmniej 10 lat (w końcu złotą erę indie rocka zostawiliśmy właśnie gdzieś na początku XXI wieku), o tyle cały koncert wypadł zaskakująco dobrze. Mimo bolesnego tematu poruszanego na najnowszej płycie, “Everything Not Saved Will Be Lost Part 1”, energiczny występ Philippakisa i kolegów prowokował mniej do refleksji (przynajmniej w samym momencie koncertu) a bardziej do pogowania, którego nie szczędzono sobie w pierwszych rzędach. Zaczęli od “On the Luna” w którym narrator-baby boomers wyznaje We had it all, but we didn't stop to think about it. W kontekście tych kompozycji komentujących obecne zmiany klimatyczne tekst Future is not what it used to be z “Black Gold” (z “Total Life Forever” 2010) nabrał mroczniejszego znaczenia. Oprócz bowiem najnowszych kompozycji panowie podzielili set dość równo pomiędzy wszystkie swoje albumy, z każdego grając po dwie piosenki. Szczególnym sentymentem darzą chyba debiutancki album “Antidotes” bo usłyszeliśmy z niego aż trzy utwory. Nie zabrakło też hitu “My Number”, a szczególnie dobrze zabrzmiało mocniejsze uderzenie w “Inhaler” (“Holy Fire”, 2013). Lider często schodził do pierwszych rzędów by bawić się z najaktywniejszymi fanami, zespół zagrał też bis, podczas którego usłyszeliśmy kompozycję “Black Bull”, świeży singiel z zapowiadanej na październik drugiej części “Everything Not Saved Will Be Lost”.

Foals

Foals

Nieco apatycznie na scenie prezentowali się Stereolab, ze spokojną, zdystansowaną Laetitią na czele. Muzycznie jednak jak najbardziej dali radę, przywołując piękne chwile z lat 90., począwszy od otwierającego koncert “Percolator” z albumu “Emperor Tomato Ketchup”. Ich setlista to też porządny przegląd twórczości od “Transient Random-Noise Bursts with Announcements” (1993) reprezentowanego przez “Crest” aż po “Need to Be” z “Margerine Eclipse” z “ulubionymi przez fanów "utworami “French Disko”, “Metronomic Underground” i “Brakhage” po drodze. Klasyk odhaczony.

Stereolab

Stereolab

Czymś więcej niż odhaczaniem porządnego koncertu legendarnego zespołu był za to występ Suede. Rozpoczął się “As One” z najnowszego albumu, ale zaraz potem panowie przeszli do wyboru największych klasyków ze starych albumów, pomijając oczywiście “A New Morning” i robiąc tylko malutkie odstępstwo na rzecz “It Starts and Ends with You” z “Bloodsports” (2013). Zabrzmiały największe hity – “The Drowners”, “Trash”, “Animal Nitrate” i na koniec “Beautiful Ones”. Pokłady energii Bretta Andersona wydają się być nieskończone – skakał po całej scenie jak szalony – czasem wprawdzie wybierając też śpiewanie z poziomu podłogi sceny – bawił się na całego z pierwszymi rzędami publiczności, kręcił mikrofonem, nieustannie zachęcał do wspólnego klaskania i śpiewania. A wszystko to w trakcie i pomiędzy bezbłędnym śpiewaniem na cały głos. Głos jeden z najbardziej charakterystycznych w latach 90., którego nadal słucha się świetnie. Wspólne śpiewanie z publicznością wychodziło za to różnie, bo Brett miał dla widzów zadania ambitne – jak chociażby odśpiewanie “She’s in Fashion” od którego zaczął bis – ale nie burzyło to w niczym powszechnej atmosfery wspólnej zabawy łączącej pokolenia. Bo Suede przyszli posłuchać zarówno ich rówieśnicy, jak i ludzie, którzy na Offie byli chyba po raz pierwszy. Wokalista odpoczął sobie chwilę w zasadzie tylko na “The Wild Ones”, który to utwór wykonał przy akompaniamencie własnej gry na gitarze akustycznej. Zespół w tym czasie zrobił sobie przerwę, ale w zasadzie przez cały koncert i tak ciężko było oderwać się od Andersona. Na koniec lider stwierdził, że fajnie sobie tak grać starocie, bo do człowieka aż wraca młodość, ale jednak o jakości zespołu świadczy jego ostatni album, zamykając koncert utworem “Life Is Golden” z najnowszej płyty “The Blue Hour”. I trzeba mu przyznać, że świadczy on o zespole bardzo dobrze. Z taką energią Suede może spokojnie grać jeszcze następnych 20 lat.

Suede

Suede

Off i po Offie, a śmieci zostają

Na koniec kilka słów na temat organizacji – bo line-up, jak widać, jest po prostu całkiem przyzwoity, choć nie każdy, w tym tym razem ja, znalazł by w nim coś, czym się ekscytuje, albo co go niespodziewanie ogromnie zachwyci.

Zacznijmy więc może od kwestii, którą organizatorzy intensywnie się chwalili – czyli bycie eko. Ortodoksi powiedzą, że trąbienie o byciu eko przy posiadaniu jako sponsora Perlage, czyli wody w plastikowych butelkach, jest sporą hipokryzją, ale ja uważam, że lepiej robić coś niż nic. W idealnym świecie można by mieć innego sponsora i działać eko, jednak gdy sponsor jest taki, a nie inny (podejrzewam, że to wcale nie taka łatwa sprawa znaleźć finanse na festiwal) to dobrze, że mimo wszystko coś tam próbuje się robić.

I teraz tak – kwestia pierwsza: śmieci. Segregacja odpadów to nie jest mocna strona obywateli tego kraju i to niestety było widać. Dobrze byłoby maksymalnie to ułatwić i przy okazji pomóc w odrabianiu zaległości z ogarniania recyklingu, czyli a) zrobić kosze na plastik w skojarzonym już z tymże plastikiem kolorze żółtym i b) poinformować, jak się mają sprawy z najczęściej spotykanymi na Offie śmieciami, czyli, że np. jednorazowy kubek w typie “na kawę” to jest papier powlekany plastikiem i jako odpad wielomateriałowy już się do niczego nie nadaje (tu znów: w idealnym świecie nie mielibyśmy takich rzeczy dostępnych w strefie gastro).

Mam jeszcze odnośnie śmieci jedno wielkie marzenie – zróbmy coś proszę z palaczami. To, że wszędzie trzeba nawąchać się papierosowego smrodu to jedno. Trwalszym efektem pozwolenia na palenie gdziekolwiek są, niestety, niedopałki walające się w każdym zakątku terenu festiwalowego. Syf ten rozkłada się jakieś 5 lat, więc od razu pierwszego dnia można było wypatrzyć w trawie takie sympatyczne pozostałości z poprzednich edycji. Może wielka akcja wspólnego zbierania niedopałków z fotografiami i pompą, a potem informacja + prośba o wyciągnięcie wniosków i nie wyrzucanie petów gdzie popadnie? Albo bardziej stanowczo i lepiej dla zdrowia pozostałych uczestników – wydzielona strefa dla palaczy i zakaz palenia w pozostałych miejscach. Byłoby to pewnie równie gównoburzogenne jak 80% wege, ale skoro to się udało, to czemu nie spróbować i z papierochami.

Wracając do jedzenia – mięso było bardzo dobrze dostępne, więc marudzenia nadal nie rozumiem, ale fakt, że ceny w strefie gastronomicznej są szalone. Były też głosy o długich kolejkach i kończących się potrawach; osobiście raczej nie doświadczyłam, ale przydałoby się wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Liczę na to, że sprzedanie ekoduszy Cisowiance Perlage odbyło się na rzecz olśniewającego line-upu podczas jubileuszowego festiwalu w 2020 (znamy już datę - odbędzie się w dniach 7-9 sierpnia). Bo jak to wybrzmiewa z tegorocznych występów, jedyne, co nam pozostaje, to lekko podszyty niepokojem radosny eskapizm.

3 utwory

1. Foals - "On the Luna"

2. slowthai - "Nothing Great About Britain"

3. Polmuz - "Walc z obczyzny"