Interpol - "Marauder"

Interpol - "Marauder"
3 utwory

3 utwory:

1. Interpol - “If You Really Love Nothing“

2. Interpol - “The Rover“

3. Interpol - “Number 10“

Niemrawe podrygi na muzealnym parkiecie.

Są takie zespoły, które już dzięki swojej debiutanckiej płycie zostały wywindowane z prędkością światła do muzycznej ekstraklasy. Które już na początku fonograficznej drogi osiągnęły swoje artystyczne i komercyjne K2, gdzie bezpardonowo i bez kompleksów usadowili się na szczycie. Na ich nieszczęście - każde kolejne dokonanie, każdy kolejny album - był porównywany do tego pierwszego. Tak jest właśnie z zespołem Interpol. W 2002 roku zadebiutowali płytą „Turn on the Bright Lights”; niemal dokładnie 16 lat później ukazał się ich szósty album, „Marauder”.

Pierwsze i kolejne wrażenia? Nijakość jako wyróżnik. Kiedyś sami regulowali napięcie, dyktowali światu własne warunki. Dziś powłócząc nogami próbują nadążyć za wystarczająco dobrą wersją samych siebie. Są tu ważne momenty. I pechowo, są to te piosenki, które poznaliśmy jeszcze przed premierą całej płyty. Otwierający album „If You Really Love Nothing” obiecuje całkiem sporo. Na pierwszym planie bębny poprzetykane nicią mocnych uderzeń w sześć strun. I głos Paula Banksa, wyrazisty, zawsze rozpoznawalny, prowadzący interpolową melodię.

„The Rover”, pierwszy zwiastun płyty, płynie wartkim nurtem. I choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że zespół w tym nurcie z trudem łapie powietrze, okazuje się on być typowym ear wormem. Nie odpuszcza. A przede wszystkim daje poczucie mocnego osadzenia w dobrze znanej przeszłości, która nie pozostawia miejsca na zaskoczenie. Zróbcie głośniej. Tu jest wszystko za co kochamy Interpol. No, może trochę mniej cienia i mgły, ale oni już dawno przy okazji „C’mere” udowodnili, że smutek można wytańczyć. Jest jeszcze „Number 10” – poszarpany, przybrudzony, z totalnie nieoczywistym wstępem. To jednocześnie chłód i emocjonalne wrzenie, egzaltacja i bezczelność, nieśmiałość i pokazywanie języka, elegancja i surowość. Z tych trzech klocków trudno zbudować solidną konstrukcję. „Complications” czy „Surveillance” sprawiają wrażenie kiepskiego demo – jakby dopiero podczas nagrywania muzycy starali się odnaleźć pasujące dźwięki. Przyznaję, rozkręcają się w końcówce tego drugiego utworu: muzycy w końcu łapią wspólny rytm, Paul Banks dołącza w tle, dopowiadając swoje. Ale to wciąż trochę za mało. Na płycie mamy 11 piosenek i dwa minutowe interludia; łącznie niemal trzy kwadranse muzyki. Wystarczająco dużo, prawda?

Motywy gitarowe zaczepiają uszy we „Flight of Fancy” i „Stay in Touch”. I to by było w zasadzie na tyle. Nic więcej tam nie ma. Piosenki robią wrażenie pisanych pod przymusem, z pistoletem przystawionym do skroni. Nieważne, że to pistolet na wodę. Zespołowi brakuje spójności. Jakby przestali patrzeć w jedną stronę. Ciekawie mogłoby być w zamykającym album „It Probably Matters”, gdyby nie mdła, psująca efekt całości melodia w refrenie.

Poprzednie dwa albumy - „Interpol” z 2010 roku czy starszy o cztery lata „El Pintor” - można było jeszcze traktować jako potknięcia. Trzeci raz z rzędu to już niestety przykra norma. Zabrakło pomysłów? Jeśli to wszystko, na co ich stać… Nie pomogło nawet rocznicowe przypomnienie sobie „Turn on the Bright Lights” w trakcie nagrywania „Maraudera”. Cóż. Party’s over. Szkoda, że Interpol tak szybko stali się obiektem muzealnym.   

3 utwory

1. Interpol - “If You Really Love Nothing“

2. Interpol - “The Rover“

3. Interpol - “Number 10“