Open'er Festival 2018 - relacja
gf-U8B2-3gBC-1hs5_opener-festival-2015-informacje-praktyczne.jpg

3 utwory

 

1. Massive Attack - "Unfinished Sympathy"

2. Young Fathers - "In My View"

3. Gorillaz - "Hollywood"

Przełom czerwca i lipca to dla wielu tradycyjna pielgrzymka w stronę północy kraju. W tym roku Open’er Festival już po raz siedemnasty otworzył swoje bramy dla dziesiątek tysięcy uczestników. To był kolejny okres wielkiego zmęczenia, złamanych serc, ogromnych korków, gigantycznych kolejek i rzędu niedobitków, którzy krzyczeli “Jarek” w środku autobusu o kilka lat za późno. Jednak przede wszystkim był to czas, kiedy wielkie gwiazdy były na wyciągnięciu ręki, a muzyka pełniła najważniejszą rolę w życiach tych, którzy zdecydowali wybrać się do gdyńskiego Kosakowa na kolejne cztery dni.

Teraz wiadomo również, że była to edycja wyjątkowa z jednego powodu – po raz pierwszy w historii gdyński festiwal został wyprzedany całkowicie. Przez cztery dni na terenie imprezy przewinęło się 140 tysięcy uczestników. Dla organizatorów to wspaniała wiadomość, która potwierdziła, że formuła (albo jej brak, ale o tym za chwilę), którą obrali sobie na tej edycji, sprawdza się znakomicie. Dla fanów - nauczka, że w kolejnych edycjach nie warto czekać z zakupem do ostatniej chwili. Chyba, że będą liczyć się z tym, że w odsprzedaży ceny biletów mogą osiągnąć zawrotne kwoty (słyszałem o nawet trzykrotnej przebitce na jednodniowe wejściówki). Jak to się stało, że Open’er 2018 zdołał zrobić to, czego nie był w stanie przez blisko dwie dekady swojej działalności?

 Chvrches, fot. Zuzanna Sosnowska

Chvrches, fot. Zuzanna Sosnowska

Największą czcionką pisani

Cztery dni festiwalu obfitowały w szereg mniej lub bardziej znanych wykonawców, ale magnesem przyciągającym publiczność okazali się headlinerzy. Każdy z nich skierowany w inną grupę docelową, co mogło zadziałać bardziej jak miecz obosieczny niż konkretny zamysł, ale rezultat okazał się znakomity. Najmłodsi uczestnicy z miłą chęcią wybrali się dla wielkiego powrotu na Arctic Monkeys, zatwardziali fani Depeche Mode tłumnie wybrali się do Gdyni, wypełniając niespotykanym wcześniej kolorytem festiwalowe grodzie. Ludzie spragnieni wrażeń po zeszłorocznych występach Gorillaz przybyli na piątkowy koncert grupy, który na Open’erze, obok m.in. Radiohead, obiecywany był od lat. Natomiast sobotni występ Bruno Marsa wieńczący festiwal był trochę dla każdego, jak na mega gwiazdę pop przystało. Każdego dnia główną scenę zamykali również artyści, którzy zatrzymywali przy sobie rzesze widzów. Migos, Massive Attack, Taconafide i Post Malone to bardzo mocny zestaw, który ewidentnie był warty zostania na terenie festiwalu do późnych godzin.

Polskie wibracje

Polska muzyka przeżywa obecnie renesans. Inicjatywy takie jak Męskie Granie pokazują, że ludzie chętnie chodzą na koncerty swoich ulubionych krajowych wykonawców, nieraz zbierając publiczność rozmiarowo zbliżoną do swoich zagranicznych kolegów. Świetnym przykładem był koncert Taconafide. Zapowiadany szumnie jako finalny koncert wspólnego projektu raperów Taco Hemingway’a i Quebonafide, wydawał się być szczelniej wypełniony ludźmi niż koncert Gorillaz kilka godzin wcześniej. Warto również nadmienić, że był to pierwszy koncert w historii Open’era, kiedy polski artysta zamykał koncert na Main Stage. Oprócz kolegów od „Tamagotchi”, na głównej scenie zobaczyliśmy powrót Dawida Podsiadło z przedsmakiem nowej płyty, Organka potwierdzającego jego pozycję jako lidera rockowej sceny Polski, a także świetne prezentacje ze strony Rasmentalism i Jareckiego. Spora świta artystów, m.in. Resina, Bluszcz, Furia, Muchy, PRO8L3M, Tęskno, Trupa Trupa, Lor, Kortez, Król, Rosalie. (lista jest o wiele, wiele dłuższa), pojawiła się również na pozostałych scenach festiwalu. Mieliśmy pełen rozstrzał – od raczkujących debiutantów z pierwszymi singlami na koncie aż po scenicznych wyjadaczy szczelnie wypełniający przestrzeń pod sceną. Miło widzieć, że pomimo swojej pozycji festiwal zapewnia sporo miejsca dla polskiej sceny. Jeszcze milej widzieć, że na te koncerty publiczność przychodzi tłumnie.

 Migos, fot. Piotr Pytel

Migos, fot. Piotr Pytel

Open’er Top Trendy

Może tytuł brzmi trochę przewrotnie, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, w jaki sposób swoją markę buduje Alter Art przy okazji swojego flagowca. Stało się to najbardziej wyraźne w momencie, gdy Alter Art zaczął posiadać pod swoimi skrzydłami również Orange Warsaw i Live Festival – imprezy, które w oryginalnej wersji miały zupełnie różne targety. W obecnej wersji wszystkie trzy festiwale składają się na jedną megaimprezę z lekkimi odchyłami pod kątem headlinerów. Z jednej strony starają się zadowolić wszystkich poprzez zapraszanie artystów skierowanych do wszystkich – od tych najmłodszych aż po tych najstarszych. Z roku na rok widać jednak coraz wyraźniej, że organizatorzy powoli stawiają na tych pierwszych. Sceny wypełniła masa artystów, których grupa docelowa to zdecydowanie młodzież. Hip-hop, choć nie wszędzie na pierwszym planie, stał się najczęściej wykonywanym gatunkiem muzycznym festiwalu. Nie dziwota, obecnie jest najpopularniejszy wśród nowego pokolenia słuchaczy.

Wreszcie, marka festiwalu działa jak magnes na portfele młodych (i ich rodziców). Od zawsze bycie na Open’erze wiązało się ze społecznym elitaryzmem. W dobie teatralizacji internetu widać to bardziej niż kiedykolwiek. Internet wybuchał po każdym koncercie, kiedy łącza nie były w stanie przerobić gigabajtów relacji z Instagrama i Snapchata. Ilość telefonów przed moją twarzą była w krytycznych momentach zatrważająca. Niemniej jednak, takie są realia współczesnej młodzieży, nad którą chyba nie warto się rozprawiać, tylko trzeba się z nią pogodzić. Warto również pamiętać, że ci sami ludzie, którzy bujali się do Otsochodzi czy Taconafide, (mam nadzieję) docenili wizualną ucztę zaserwowaną przez Massive Attack, byli zachwyceni spektaklem Davida Byrne’a, popłakali się, gdy Nick Cave złapał ich za rękę i tańczyli wraz ze swoimi rodzicami na koncercie Depeche Mode. Nie mam zamiaru mówić, że „kiedyś to było”, nie będę więc przekreślać młodych po niektórych zjawiskach, które można było zauważyć podczas festiwalu. Wierzę tylko w to, że aspekt towarzyski nie przykryje najważniejszej części tej imprezy – muzyki.

 
 

 

Pierwsza liga

Jak więc sprawiła się czwórka artystów, która błyszczała na czele peletonu? Każdy z innej parady, z innym dorobkiem i zupełnie innym odbiorcą. Rozstrzał stylistyczny każdego dnia był widoczny gołym okiem przez publiczność zebraną pod sceną (zwłaszcza drugiego dnia, kiedy na Mainie brylowali Depeche Mode). Przyznać trzeba, że każdy z nich swoje zadanie spełnił w stu procentach, choć nie bez wad.

O tym, dla kogo środowa publiczność wybrała się na festiwal, świadczyć może to, że przed koncertem Arctic Monkeys ze sceny pojawiła się prośba o cofnięcie się z obawy przed stratowaniem pierwszych rzędów, a przed sceną stał dzielnie cały bastion ochroniarzy, którym przyszło potem wyciąganie mdlejących ze ścisku osób. Jednak nie dziwi mnie to wcale - po raz ostatni Małpy wystąpiły w naszym kraju pięć lat temu, kiedy na tamtejszej edycji Open’era święciły niewątpliwy triumf, jaką była płyta “AM”. W 2018 fala trochę osłabła, ponieważ szóste wydawnictwo Arctic Monkeys, lounge’owa “Tranquility Base Hotel + Casino” to obrót o 180 stopni od rockistycznego “AM”.

Zespół nie zapomniał o balansie, więc na koncercie znalazło się wiele utworów, w których nie zabrakło nawiązań do poprzednich etapów działalności. “Brianstorm”, “Crying Lightning”, “Do Me a Favour” czy “Teddy Picker” pojawiły się w setliście, ale w lekko zmodyfikowanych wersjach, które miały za zadanie zbliżyć się brzmieniowo do tego, co Arctic Monkeys zagrali na ostatniej płycie. Utwory z “Tranquility Base” są świetne na żywo - głównie ze względu na doskonałą kooperację między muzykami, których w porywach pojawiało się ośmiu, uzupełniając brzmieniową przestrzeń dodatkowymi warstwami. Widać też, że Alex Turner aktualnie odnajduje się najlepiej w roli lekko zamroczonego opowiadacza historyjek. Bez gitary w rękach stał się bardziej ożywiony, zabawowy. Pływał po scenie, wygrywał kolejne linijki tekstu jak na konkursie piosenki aktorskiej. Małe gesty, jak zamyślenie się na koniec “One Point Perspective” po linijce “Bear with me man/I lost my train of thought” sprawiły, że zacząłem powoli rozumieć personę, w którą przeobraził się na tej płycie. Choć wciąż nie pozostaję przekonany co do płyty jako całości, “Four Out of Five”, “American Sports” czy tytułowy utwór to świetnie napisane piosenki, które brzmią wspaniale na żywo.

Przy całej tej tytanicznej pracy związanej z ostatnią płytą, nic nie wzbudziło tak żywiołowych reakcji publiczności jak utwory z “AM”. Potwierdziło to tyle, co wiadomo było już wcześniej - ten album miał ogromną siłę rażenia na całym świecie. Na tyle wielką, że nawet ktoś niespecjalnie zainteresowany zespołem, będzie znał słowa refrenu “Do You Wanna Know?” czy “Arabelli” (choć za zepsute solo Turner powinien być na siebie bardzo zły).

 Arctic Monkeys, fot. Monika Stolarska

Arctic Monkeys, fot. Monika Stolarska

Dzień później, w czwartkowy wieczór, na Main Stage zaprezentowali się muzycy z Depeche Mode. Trio Gahan-Fletcher-Gore wspierane dodatkowo przez Petera Gordeno na instrumentach klawiszowych i Christiana Eignera na perkusji w ciągu półtorej godziny przebiegło przez swoją obfitą dyskografię, skupiając się w dużej mierze na hitach zespołu z małym zakrętem dla wydanej przed dwu laty płyty „Spirit”. Muzycznie nie mam grupie nic do zarzucenia – brzmieli potężnie, donośnie, doskonale zgrani. Na szczególne brawa zasługuje wspomniany wcześniej Eigner, który swoją perkusją dodawał ogromnego groove’u do lekko skostniałych rytmów z oryginalnych aranży. Zespół nie krył się również z tym, że żyją swoimi najważniejszymi utworami, które musiały w Gdyni się pojawić. „Personal Jesus”, „Precious”, „Enjoy the Silence” czy mój personalny faworyt – “Walking In My Shoes”, rozruszały natychmiastowo tłum do tańca i wspólnego wyśpiewywania znanych refrenów.

Niestety, odniosłem wrażenie, że całe to widowisko, które zespół pokazał na Open’erze jest tym samym, które można było zobaczyć na czterech (!) poprzednich koncertach, które Depeche Mode zagrali w Polsce w ramach trasy promującej ich ostatnie wydawnictwo. Po dyskusji, która wywiązała się na fanpejdżu Młodych Kleryków, śmiem twierdzić, że raczej nie ma co spodziewać się rewolucji, bo obecna formuła sprawdza się najwyraźniej wybornie. Nie kupiłem ten cekiniarskiej, przaśnej otoczki, którą zaserwował Dave Gahan ze zbliżeniami kamery na trzymane przez niego krocze. Nie rozumiałem tych magicznych gestów, które zapewne mieli zrozumieć tylko prawdziwi fani, a nie jacyś endżoje. Nie rozumiałem brokatu na całym ciele, tego wyginania się, jak gdyby nic nie zmieniło się od kilku dekad. Jestem jednak świadom tego, że nie był to koncert dla mnie. To był festiwal nostalgii dla wszystkich lekko podstarzałych fanów, którzy tę otoczkę kupują. To był koncert, który zespół zagrał na własnych warunkach dla własnej publiczności. Może nie byłem w grupie docelowej, ale doceniam to, jak zespół był w stanie zawładnąć Open’erową publicznością po swojemu.

 Yung Lean, fot. Krzysztof Szlezak

Yung Lean, fot. Krzysztof Szlezak

Daleko od nostalgii i retromanii uciekli muzycy Gorillaz. Piątkowy wieczór na głównej należał do Damona Albarna i Jamiego Hewletta wraz z wesołą załogą. Świeżo po premierze „The Now Now” – albumu leżącego muzycznie po przeciwległej stronie szali niż ubiegłoroczny „Humanz”, grupa postawiła mocno na nowy materiał. Nie zapomnieli również o tym, żeby odpowiednio to zbalansować największymi hitami grupy – „Feel Good Inc.”, „Clint Eastwood”, „Kids With Guns” czy „Dirty Harry”. Na scenie nie zabrakło gości, m.in. Little Simz, która kilka godzin wcześniej występowała na Alter Stage ze swoim setem, czy Pevena Everetta wspierającego zespół podczas wykonywania „Stylo” i „Strobelite”. Szkoda, że nie udało się zaprosić Kali Uchis i Vince’a Staplesa, którzy grali tego samego dnia i udzielili się na „Humanz”. Tyle dobrego, że wykonali kolejno „She’s My Collar” i „Ascension” podczas swoich koncertów.

Oglądanie Albarna w akcji, który co chwila wychodził do ludzi, wśród których chętnie obserwował wydarzenia na scenie, było czymś fascynującym. Wraz ze wsparciem zespołu i gości rotujących na scenie niemalże co piosenkę, Gorillaz trzymali w napięciu przez cały koncert. Dodatkowym atutem były genialne wizualizacje, a także emitowane w całości teledyski, jak chociażby ten do „Stylo” czy wielki Snoop Dogg rapujący zwrotkę z taśmy podczas . Z racji tego, że dla Gorillaz część pozamuzyczna jest traktowana na równi (jeśli nie lepiej), była to uczta dla oczu, która wprowadzała w zakręcony świat zespołu, który od dwóch dekad skutecznie zaciera granicę między wirtualnym a rzeczywistym.

 Sevdaliza, fot. Michał Murawski

Sevdaliza, fot. Michał Murawski

Natomiast sobotni wieczór był prawdziwą pop-fiestą. Nawet jeśli nie chciało wybrać się na koncert Bruno Marsa, nie sposób było uciec od pokazu fajerwerków odbywającego się co chwilę, skutecznie zwracając uwagę. Jednak nawet bez sztucznych ogni pod Main Stage zgromadziłby się tłum. 32-letni Peter Gene Hernandez to wulkan energii i maszyna hitów. Może był to koncert skrojony pod przeciętnego widza pełen niewymagających utworów, ale za to wykonany w tak profesjonalny i bezbłędny sposób, że w pełni kupiłem to, co działo się na scenie. Mars z zespołem The Hooligans najwyraźniej żyją w nieustannej scenicznej symbiozie. Co chwilę zgrabnie przechodzili w coraz to nowe układy taneczne, świetnie ze sobą współgrając. Sam Mars tryskał charyzmą i potężnym głosem, który tylko utwierdzał w przekonaniu, że czuć w jego muzyce szczerość. Odwołując się do Prince’a czy Jacksona, muzycznie siedząc mocno w klimatach funku i starego r’n’b z lekkim przyprószeniem współczesnego popu, pokazał w Gdyni, dlaczego ma status mega-gwiazdy. “Locked Out Of Heaven”, “Treasure” czy nagrany z Markiem Ronsonem “Uptown Funk” to certyfikowane hity i świetnie napisane piosenki, które na żywo brzmią wybornie. Można się krzywić, że w koncercie brakowało naturalności, że każda sekunda była szczegółowo zaplanowana. Po tym można jednak poznać profesjonalistę, który przyszedł wykonać swoją pracę, a Mars ze swojego obowiązku wywiązał się w stu procentach.

Stara gwardia

Poza gwiazdami wieczoru, na scenach Open’era pojawiło się wielu zasłużonych artystów, którzy pomimo stażu, zaprezentowali skłonność do nieustającej muzycznej ewolucji, dając nam niezapomniane koncerty potwierdzające ich klasę.

 Nick Cave and The Bad Seeds, fot. Michał Murawski

Nick Cave and The Bad Seeds, fot. Michał Murawski

Pełne słońce w środę to nie była najlepsza otoczka pod koncert grupy Nick Cave and the Bad Seeds. Muzyka zespołu, gęsta, emocjonalna, lepka od napięcia, najbardziej sprawdza się w absolutnej ciemności, kiedy nie słychać niczego poza dźwiękami generowanymi przez formację dowodzoną przez australijskiego barda. Jednak pomimo tych przeciwności (które dla innych zespołów byłyby doskonałymi okolicznościami) Cave był w stanie wycisnąć, co się dało z festiwalowej publiczności. Przechadzając się wśród ludzi niczym charyzmatyczny lider kultu, artysta udowodnił, że nawet płonąca kula gazu nie zatrzyma jego słów. Dokonał bez przeszkód konwersji na tłumie, który, przynajmniej częściowo, nie przyszedł tam ze względu na jego muzykę. Jestem jednak przekonany, że po tym koncercie zdołał przekonać niejednego niedowiarka do siebie.

Cave, pomimo ogromnego ciężaru emocjonalnego ostatniej płyty, “Skeleton Tree”, był w stanie wytworzyć odpowiednią atmosferę dla muzyki, którą prezentował z pomocą The Bad Seeds z kapitalnym Warrenem Ellisem na czele. Pełne nieoczywistych zakrętów, mocno odbiegających od nagrań studyjnych, zagranych na czuja, utwory w wersji na żywo zyskały dodatkowych walorów. Oprócz ostatniej płyty, nie brakowało największych hitów grupy: “Into My Arms”, “Stagger Lee”, “Weeping Song”, “Red Right Hand”. Wszystko w magicznym porozumieniu między zespołem na scenie a Cave'em chwytającym kolejne dłonie zmrożonych z wrażenia dziewcząt. Cudownie było obserwować, jak artysta legendarny był w stanie wejść, zrobić robotę i zostawić wszystkich z otwartymi szczękami.

W tym stanie utrzymał nas również występ Davida Byrne’a. Lider Talking Heads w towarzystwie kilkuosobowej orkiestry wprowadził widzów w kuriozalny świat jego umysłu. Krzyżując teatr, taniec i muzykę, grupa wykonała przedziwny spektakl, skupiając się głównie na materiale macierzystej formacji Byrne’a, nie zapominając jednak o ostatnim albumie muzyka, „American Utopia”. Nigdy nie widziałem takiego koncertu, bo Byrne jako artysta w swojej twórczości radykalny, nie zamierzał odegrać przeciętnego, „zwyczajnego” koncertu. Scena otoczona zewsząd niezliczonymi rzędami paciorków, pozwalała muzykom wchodzić na scenę, gdy byli potrzebni i znikać, kiedy Byrne wygrywał kolejne mini-scenki rozpoczynające kolejne utwory. Może nie będzie mi już dane zobaczyć Talking Heads w pełnej krasie, ale Open’erowy występ Byrne’a był również jedyny w swoim rodzaju.

 David Byrne, fot. Michał Murawski

David Byrne, fot. Michał Murawski

Na warstwę wizualną nacisk postawili również Massive Attack. Występując po Depeche Mode bałem się przez chwilę o frekwencję na koncercie, ale, na całe szczęście, kompletnie się pomyliłem. Grupa zaserwowała dźwiękowo-obrazową ucztę, grając koncert festiwalu. Muzycy nie kryjący się ze swoimi politycznymi poglądami, postanowili również podzielić się nimi z polską publicznością. Większość tekstów wyświetlanych na tablicy było w języku polskim (i to takim porządnie przetłumaczonym). Tematy nagłówków podczas „Inertia Creeps” o ratowaniu polskich sądów były jak chłodny cios w potylicę, ale może tak potrzebny. Muzycznie zwalili mnie z nóg klarownością dźwięku, chirurgiczną precyzją każdego uderzenia. Wspierający muzyków podczas koncertu goście wypadli wybornie. Young Fathers wyskoczyli na „Voodoo In My Blood” i “Way Up Here”. Horace Andy podniósł „Angel” o kilka poziomów, zaś zjawiskowa Deborah Miller zmiotła wszystkich podczas „Unfinished Sympathy” i „Safe From Harm”. Bardzo się cieszę, że grupie nie przeszkadzała wiecznie hucząca scena Heinekena i nie odwołali koncertu, jak na hiszpańskim Mad Cool. Inaczej stracilibyśmy okazję zobaczenia najważniejszego występu tego festiwalu.

Co te rapsy

Ilość hip-hopu na tegorocznej edycji - zarówno krajowego, jak i zagranicznego – chyba nigdy nie była tak spora na Open’erze. Artyści zapełniali tak gęsto festiwalowy program, że często trzeba było zapuszczać się w sprint między scenami, by złapać jak najwięcej muzyki. Pod kątem stylistycznym sięgnąć można było w bardzo odległe rejony, co bardzo cieszy. Hip-hop jest obecnie jednym z najbardziej rozwijających się gatunków we współczesnej muzyce rozrywkowej i dobór artystów na Open’erze te zmiany świetnie uchwycił.

Nasze podwórko to przede wszystkim występ Taconafide – jeden z najgłośniejszych występów tej imprezy. Nie tylko ze względu na hype budowany przez tygodnie poprzedzające występ Quebo i Taco, ale również z powodu ogromnej frekwencji dorównującej występom zagranicznych artystów. Choć osobiście w „Soma 0.5mg” nie doszukuję się niczego więcej niż wycyzelowanej rozrywki skierowanej pod młodego odbiorcę z solidnymi bitami i chwytliwymi refrenami, po ekstatycznych reakcjach fanów pod sceną to musiało być dla nich ogromne przeżycie. Nie dziwi mnie to wcale – produkcja koncertu wypadła fenomenalnie, na światowym poziomie. Ogromne wizualizacje z fragmentami tekstów świetnie uzupełniły nadpobudliwą dwójkę raperów. Do kompletu doszły chóralnie wyśpiewane przez dziesiątki tysięcy „Sto lat” dla Quebonafide na jego 27 urodziny i setki zdartych gardeł przez wykrzyczane teksty do „Art-B” czy „Kryptowalut”. To było prawdziwie polskie success story, po którym duo zapewne zrobiło 6 zer. Na łeb.

 Otsochodzi, fot. Zuzanna Sosnowska

Otsochodzi, fot. Zuzanna Sosnowska

Na głównej scenie można było zobaczyć solidne występy Jareckiego i Rasmentalismu. Tent Stage natomiast wybuchał w piątkowy wieczór podczas koncertu formacji PRO8L3M. Oskar i Steez nie wzięli jeńców energicznym setem, po którym nie było wątpliwości, kto tu potrafi snuć wciągające opowieści z rave’owym podbiciem. Otsochodzi dzień wcześniej również rozgrzał publikę do czerwoności, szczególnie w momencie, gdy na scenie pojawił się Taco Hemingway, by razem wykonać „Nowy Kolor” – bezczelnie wciągający, nasycony Zachodem banger.

Zagraniczni artyści również spisali się na medal. Zdecydowanym faworytem był występ Vince’a Staplesa. Może pora nie dopisała, tak samo jak frekwencja, ale raper wykonał swoją robotę bez najmniejszego zająknięcia. Uwielbiałem jego minimalizm na scenie, kiedy wyskoczył w czarnym hoodie na tle prostych wizualizacji. Byłem zachwycony jego manierą, gdzie nieraz zahaczał o drwiny, zadając ludziom dziwne i niewygodne pytania, na które trudno było odpowiedzieć inaczej niż zmieszane „yeah?”. Człowiek od „Big Fish Theory” pokazał, że w nowoczesnym rapie jest miejsce na bardziej awangardowe brzmienie i pójście pod prąd. Podobnym zaskoczeniem dla mnie okazał się być koncert Yung Leana. Specjalista od cloud rapu bardziej wydawał mi się internetowym fenomenem niż muzykiem, którego mogę traktować na poważnie. Koncert Szweda wyszedł mu jednak wyśmienicie. Absurdalne, memiczne wizualki i dudniący bas rozsadzający trzewia nie przysłoniły jego performensu.

 Post Malone, fot. Monika Stolarska

Post Malone, fot. Monika Stolarska

Ostatniego dnia mieliśmy również okazję zobaczyć Post Malone’a, który był jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie artystów. Głównie dlatego, że 23-latek to żywa antyteza rapera. Wygląda trochę jak redneck, potrafi chwycić za gitarę i nieźle zaśpiewać, kiedy nie wykorzystuje dobroci auto-tune’a. Nie był to koncert dla wszystkich. Ba, jestem przekonany, że dla wielu, którzy wcześniej nie słyszeli żadnego z utworów Malone’a, mógł być to jeden z bardziej konfundujących koncertów festiwalu. „beerbongs and bentleys” to polaryzujący album, na którym Post, często w niewyszukany sposób, opowiada o otaczającej go rzeczywistości. Jednak ten muzyczny prymitywizm w połączeniu z charyzmatyczną personą sprawił, że dla fanów rapera gdyński koncert był nie lada gratką.

Poza tym, na Alter Stage popisała się Little Simz, Migosi spóźnili się chwilę, zagrali i wyszli, nie zostawiając po sobie zbyt wiele w pamięci. Podobnie, jak Young Thug, który swój występ opierał mocno na półplaybacku, do którego dorzucał pojedyncze frazy. Raper z Atlanty może i przypodobał się fanom, ale jak dla mnie, mógłby jednak użyć kiedyś taśmy profesjonalnej.

 Vince Staples, fot. Krzysztof Szlezak

Vince Staples, fot. Krzysztof Szlezak

Pozostałe radości

Jak to na festiwalu bywa, bardzo często musiałem podejmować wybory mniej lub bardziej tragiczne, by zdążyć zobaczyć wszystko, co chciałem. Świetnie zagrała Furia, choć do line-upu pasowała jak pięść do nosa. Podobnie, jak Dead Cross – hardcore’owa formacja, w skład której wchodzi znany m.in. z Faith No More Mike Patton czy dawny perkusista Slayera, Dave Lombardo. Grupa zagrała z wielkim uśmiechem na twarzy, rozumiejąc chyba absurd, z jakim przyszło im się mierzyć, występując na tym festiwalu. Mash-up „Easy” i „Raining Blood” na koniec koncertu moje przypuszczenia potwierdził. Z gitar zapamiętałem występ Kaleo jako nudny i niepotrzebny. Islandczycy grający americanę brzmią tak sztucznie, jak Noel Gallagher udający, że cieszy się na to, że musi zagrać połowę repertuaru Oasis, żeby ktoś chciał pozostać na całym koncercie. Muzyk wraz z zespołem High Flying Birds wydał w ubiegłym roku trzecią płytę zatytułowaną “Who Built The Moon?” i podczas grania pochodzących z niej utworów było widać o wiele większy entuzjazm. Brakowało jednak werwy, która sprawiłaby, że koncert zaliczyłbym do tych pamiętliwych.

Kali Uchis natomiast była wyraźnie zachwycona frekwencją pod główną sceną, pomimo wczesnej godziny w piątkowe popołudnie. Publiczność też była zachwycona, zresztą prawidłowo. La Femme dodali odrobinę kolorytu do festiwalowego krajobrazu za sprawą dziwacznej, psychodelicznej zabawy z domieszką nieukrywanej francuskości (nie tylko w tekstach utworów). Cukru na cały festiwal wystarczyło dzięki koncertowi Chvrches. Może i najnowsza płyta jest średniakiem, na żywo Szkoci to zawsze miła i nieskrępowana niczym zabawa. Z ciekawości poszedłem na koncert brytyjskiego kwartetu YONAKA, którzy próbują połączyć rockowy ciężar z elektronicznymi wstawkami. Trochę im jeszcze brakuje do sławy, ale „Bubblegum” to prawdziwy hicior. Zdecydowanie lepiej idzie ich krajanom, Marmozets. Nie byłem przekonany do drugiej płyty zespołu, ale na żywo kwintet nie zawiódł muzycznie i energicznie, pomimo koszmarnie późnej godziny.

Alter Stage miał także kilka koncertów, które rozłożyły mnie na łopatki. Pierwszy koncert to Young Fathers. Po zobaczeniu grupy na żywo, nie dziwię się wcale, że Massive Attack zabrali ich pod swoje skrzydła. Ten koncert był muzycznie bardzo trudny do zidentyfikowania, co tak właściwie grają Szkoci, ale w tej nieczytelności było coś pięknego. Ni to rock, ni to hip-hop, ni to elektronika, ale jest to zarazem nieistotne, jeśli robią to na takim poziomie. Świetnie zaprezentowali się również Kolumbijczycy z Bomba Estereo. Tradycyjna cumbia podbita żywą elektroniką to prawdziwa energetyczna bomba. Gdyby zagrali na OFFie, złamaliby deski na Eksperymentalnej. Na Alterze nie ma desek, może to i lepiej. Zachwycony wyszedłem również z koncertu Sevdalizy. Z początku sceptycznie nastawiony, w końcu wciągnąłem się w ten duszny i mroczny klimat snuty przez wokalistkę.

 Bomba Estereo, fot. Zuzanna Sosnowska

Bomba Estereo, fot. Zuzanna Sosnowska

Po polskiej stronie świetnie było zobaczyć Muchy grające "Terroromans", nawet dla samej nostalgii. Jeśli nowy materiał będzie przypominać nowy singiel, „Obok ulic i miejsc”, o polską gitarową muzykę jestem całkiem spokojny. Za to powrót Dawida Podsiadło jest dla mnie jeszcze trochę enigmatyczny. Może i „Małomiasteczkowy” to całkiem niezły utwór, ale muzykowi brakowało werwy i pewności. Zwalmy to na karb prawie dwuletniej przerwy od koncertowania, ale liczę, że przy następnej wizycie pokaże już pełnię swoich umiejętności. Złapałem trochę koncertu Rosalie i świetnie się bawiłem. Nie złapałem koncertu Sonbird i bardzo mnie to cieszy. Zobaczyłem również Organka i trochę nie wiem, co o tym mam myśleć. Niby to wszystko było, ale na żywo grają z takim impetem, że mogliby obdarować połowę gitarowej sceny w Polsce. Liczę tylko na to, że przy trzeciej płycie pójdą nieco dalej w eksperymenty niż na zachowawczej i nudnej „Czarnej Madonnie”.

 Kali Uchis, fot. Michał Murawski

Kali Uchis, fot. Michał Murawski

Słów kilka na pożegnanie

Choć obawiam się kierunku, w jakim podąża festiwal w ostatnich latach, jestem zarazem mocno podekscytowany, co organizatorzy przygotują dla nas następnym razem. Dla Alter Artu to duża szansa ponownie zapisać się na kartach historii i ponownie sięgnąć po nagrody, które niegdyś zbierali w kategoriach najlepszego festiwalu na Starym Kontynencie. Przy ogromnym zastrzyku pozytywnych recenzji z całego świata, gigantycznego budżetu, który zapewnili sobie przy wyprzedanej całkowicie edycji, jestem przekonany, że przyszłoroczna edycja będzie godna zapamiętania. Nie jest to festiwal bez wad, w końcu które wydarzenie nie jest? Ogromne problemy z działaniem festiwalowej aplikacji, brak punktów z pitną wodą przy ponad trzydziestostopniowym upale, problemy logistyczne przy wyjściu od Kosakowa i parę innych detali, do których łatwo by było się przyczepić. Z drugiej strony, nie ma w Polsce festiwalu, który ściągałby artystów światowego formatu w takiej ilości, jak Open’er. Według polskiej tradycji, osiemnastki zwykle celebruje się z hukiem. Mam nadzieję, że i tutaj nie będzie inaczej. Do zobaczenia za rok!

3 utwory

1. Massive Attack - "Unfinished Sympathy"

2. Young Fathers - "In My View"

3. Gorillaz - "Hollywood"

 


fot. materiały prasowe organizatora