Walka o muzykę - relacja z 16. festiwalu Sacrum Profanum
SacrumProfanum2018.jpg

3 utwory

1. GGR Betong - "The Great Silence"

2. Zygmunt Krauze - "Aus aller Welt stammende"

3. Mats Gustafsson - "Bengt"

Tegoroczny - szesnasty! - festiwal Sacrum Profanum odbywał się pod czterema hasłami, pozbawionymi (z jednym wyjątkiem) samogłosek: “niepodległość”, “wolność”, “emancypacja” i “fantazmat”. Związane jest to oczywiście ze stuleciem niepodległości Polski i całkiem elegancko objaśnione choćby w książeczce festiwalowej. W praktyce te pasma mieszały się na poszczególnych koncertach i w ostateczności sprawiały wrażenie raczej przyszywanych przy okazji do programu, niż stanowiących jego oś organizacyjną. Ostatecznie dla odbioru muzyki miały niewielkie znaczenie, może poza tym, że dobrze jest słuchać kompozycji z własnej ojczyzny (znać lokalne dzieła) i dobrze jest słuchać kobiet (tak często w przeszłości pomijanych, zwłaszcza jako kompozytorki). Co zatem usłyszeliśmy tym razem?

Reinterpretacje i improwizacje

Zanim przejdziemy do dźwięków - dwie miłe kwestie organizacyjne. Po pierwsze - cały tegoroczny festiwal odbywał się w centrum Krakowa. To ma oczywiście swoje plusy i minusy: o wiele dogodniejsza komunikacja z jednej strony, brak wizyt w ciekawych przestrzeniach Nowej Huty z drugiej. Po drugie - coś, na co, jako osobie płacącej w słowach, niekoniecznie zdarza mi się zwracać większą uwagę, czyli ceny biletów. Bardzo przystępne; niektóre koncerty, takie jak ten otwierający festiwal, były nawet darmowe. To plus kolejnej sprawy dwustronnej, czyli rewolucji organizacyjnej, która obok zmiany skali i odwrotu od prestiżowego rozbuchania przyniosła lepszy dostęp do wspaniałej muzyki dla przeciętnego zjadacza chleba o nieprzeciętnych muzycznych gustach (lub przynajmniej z chęcią je poszerzającego).

Tym darmowym koncertem rozpoczynającym Sacrum Profanum 2018 był występ Dominika Strycharskiego grającego na flecie prostym. Tutaj warto wspomnieć o jednym z profanicznych aspektów grania muzyki klasycznej z nut, a mianowicie - o położeniu partytur. Zazwyczaj stoją one na pulpitach przed muzykami, i ci ostatni muszą od czasu do czasu przekładać kartki. Czasem jest opcja pomocy w postaci osoby, która siedzi obok, też czyta nuty i przekłada kartkę, gdy zajdzie taka potrzeba. Najczęściej z takiej pomocy (przynajmniej z tego, co widziałam, nie z badań statystycznych) korzystają pianiści. Na innym koncercie w ramach tegorocznego Sacrum Profanum, o którym mowa będzie później, asystę mieli skrzypek i wiolonczelista. Muzycy korzystali też wtedy z partytur wyraźnie poklejonych przezroczystą taśmą po to, by tworzyły większe płachty co umożliwiało jednoczesne ogarnięcie wzrokiem większej części zapisu nutowego. Natomiast pan Strychalski rozegrał to sprytniej - znalazł się w środku okręgu utworzonego z pulpitów na nuty i grał obracając się wzdłuż obwodu tego koła. Zagrał dwa utwory - najpierw “Głowę Meduzy”, utwór Witolda Szalonka z 1992 roku. Kompozycja dała możliwość, z której wykonawca w pełni skorzystał, zaprezentowania rozmaitych technik gry na flecie, od tradycyjnego wydobywania dźwięków, przez dmuchanie bardzo delikatne, po dziwną fletową rozmowę z instrumentem, czyli wykorzystywanie głosu. Całość mimo takiej nietypowej formy miała w sobie coś właśnie antycznego, może nieco nawet sielankowego, jakąś tęsknotę za dawnym spokojem. Drugi utwór to muzyczna odpowiedź Dominika Strychalskiego na kompozycję Szalonka - “Duch Meduzy”. Od słyszalnych podobieństw znacznie mocniej bijące w ucho są różnice - kompozycja zawiera bowiem modyfikowanie fletowych dźwięków przy pomocy narzędzi elektronicznych. Pociskał więc pan muzyk pedały efektowe tak, aby wydobywać ze swego instrumentu dźwięki bardziej jeszcze chaotyczne, rozstrajające, a w końcu przeszedł do industrialowej burzy intensywnych, buczących tonów. Piękne rozpoczęcie festiwalu.

Drugi koncert, w Muzeum Inżynierii Miejskiej, zagrali Fire! Orchestra. Widziałam tę formację na żywo trzykrotnie - choć dwa z tych występów należały do tria - więc tym bardziej ciekawie było usłyszeć ich w repertuarze klasycznym. Zaczęli od interpretacji graficznych partytur Bogusława Schaeffera, które jednocześnie mogliśmy zobaczyć na planszach umieszczonych przed sceną. Sam fakt, że te szalone rysunki udało przełożyć się na muzykę budził podziw. A muzyka w tych 9 krótkich utworach była bardzo zróżnicowana - od zbiorowych wysiłków całej orkiestry pod wodzą Matsa Gustafssona biegnącej to w jedno, to w drugie brzmienie, aż po występy w mniejszych składach takich jak solo na klarnecie basowym wykonane przez Christera Bothéna czy kwartet dęty (trąbki i puzon). Miniatury owe przypominały raczej takie meandrowanie wokół dźwięków, niż spójne kompozycje zdążające do określonego celu. Nieco inaczej wypadło “Actions” Krzysztofa Pendereckiego, utwór na freejazową orkiestrę, wyjątkowy w świecie ówczesnej (1971) muzyki klasycznej. Tutaj większe pole do popisu (aczkolwiek nie największe (o czym jeszcze będzie poniżej) pole do saksofonowych popisów otrzymał lider-wirtuoz, swobodniej poczuli się także muzycy sekcji rytmicznej, plotąc ścieżkę, którą podążyły pozostałe dźwięki. Ciekawe, czy z tej interpretacji kompozytor byłby bardziej zadowolony, niż z pierwotnego wykonania.

Kawał historii

Drugi dzień rozpoczął się koncertem w Małopolskim Ogrodzie Sztuki. Zbiór utworów o zabarwieniu politycznym - w tym kluczu zostały zebrane pod nazwą “Ustroje” - wykonało Hashtag Ensemble pod batutą Macieja Koczura. Cztery utwory miały być przewodnikiem po historii, ale programowa kolejność ich wykonywania nieco się rozsypała i nie było chronologicznie. W każdym razie usłyszeliśmy wszystko, co mieliśmy usłyszeć. Na początek: “Tableau vivant” Zygmunta Krauzego z 1982 roku. Utwór napisany jako reakcja na wprowadzenie stanu wojennego w Polsce ma adekwatnie ponury nastrój podkreślany przez ciężkie dźwięki klawiszy i instrumentów dętych, rwaną narrację i nieśmiało wychylające się spomiędzy donośniejszych tonów strzępki melodii pełne żalu (w tym świetne są zwyczajowo smyczki). Następnie na scenę wyszedł król - tym razem w tej roli zobaczyłam Macieja Nerkowskiego. Nie wiem, czy to siła pierwszego wykonania i kontrastu, czy rzeczywiste różnice w wykonaniu (nie odmówię panu Nerkowskiego wirtuozerii i ton uczucia włożonego w partię szaleńca) ale ta wersja “Eight Songs for a Mad King” Petera Maxwella Daviesa nie urzekła mnie tak, jak wykonana podczas jednej z poprzednich edycji Sacrum Profanum przez Ensemble Recherche z Martinem Lindseyem w roli tytułowej. Choć opętany i osaczony władca dalej jest pełen mocy, to jednak nie wstrząsa już jak te dziewięć lat temu. Po opowieści o jego losach, pełnej zgrzytliwych, asynchronicznych dźwięków romansujących z muzyką dworską i śpiewem ptaków przyszedł czas na “Workers Union” Louisa Andriessena pędzące gdzieś w tempie równie szalonym, jak postać w koronie i szlafroku. Na uwagę zasługiwała tu szczególnie partia akordeonu, odegrana w nietypowy dla gry na tym instrumencie sposób - leżał on bowiem przed muzykiem na jednym boku, a grający uderzał tylko w przyciski.

Nie przypadła mi do gustu “Deklaracja”, utwór napisany na zamówienie Sacrum Profanum przez Zygmunta Krauzego. Kompozycja obficie szafująca podniosłymi sentencjami wyśpiewywanymi na przemian przez Macieja Nerkowskiego i Martę Grzywacz, na tle równie podniosłych, nieustępliwie kroczących dźwięków. Najbardziej w pamięć zapadało wyśpiewywane wysokim tonem śpiewaczki Human!, ale bez żalu bym ten dźwięk stamtąd wyrzuciła. Zupełnie inaczej sprawa ma się z utworem “Trzy kobiety” Agnieszki Stulgińskiej, która podczas trwania festiwalu zapunktowała u mnie jeszcze po raz drugi. Ale najpierw o tym pierwszym. Muzycy zostali ukryci po bokach sceny, za czarnymi kotarami. Na środku sceny pojawiły się tytułowe postacie w czarnych strojach. Wszystko zaczęło się od puszczonej z taśmy w tle pieśni ludowej. Dyrygująca Lilianna Krych na samym środku sceny żywo gestykulowała, choć gesty te zdawały się nie mieć przełożenia na subtelne dźwięki wydawane przez ukrytą orkiestrę. Po prawej pojawiła się Martyna Grzywacz, która dźwięki wydawała przy pomocy suchych liści. Do brzmień dołączył też śpiew - tym razem nie trzeba było wzniosłych słów, a muzyka docierała znacznie głębiej. Na koniec tytułowe trzy kobiety siedząc po środku sceny i używając metalowych misek oraz ziaren łączyły wydawanie dźwięków z sugestywnym obrazkiem historycznie damskich obowiązków. W całości był to wyrazisty obrazek w jednym z głównych tematów festiwalu - czyli emancypacji.

W Cricotece tego samego wieczoru ponownie mieliśmy okazję spotkać się z Matsem Gustafssonem. Tym razem muzyk przybliżył publiczności postać szwedzkiego “sekretu narodowego” czyli saksofonisty Bengta “Frippe” Nordstroema, pioniera free jazzu. Odrzucony przez środowisko bebopowców artysta tworzył samotnie, skupiając się na szalonych, nieskrępowanych improwizacjach. Gustaffson zagrał utwór, który napisał w hołdzie dla swego mentora, “Bengt” z 2012 roku. Użył do tego plastikowego saksofonu zrobionego w Anglii w latach 50. Opowiedział przedtem kilka anegdot o Bengcie. A następnie zabrzmiała muzyka - intrygujący zbiór dźwięków, które można wydać z saksofonu nie tylko weń dmuchając, ale na różne inne sposoby, trochę weń mówiąc, trochę zdając się tyko na stukanie palcami. Ten popisowy występ był wspaniałą okazją do rozważań na temat dźwięku w wyraźnym połączeniu z jego źródłem - przedziwnym mariażem człowieka i instrumentu, zmagających się ze sobą nawzajem.

Dla wtajemniczonych

Czwartkowe Sacrum Profanum to kolejne dwa koncerty - najpierw “Accumulation” czyli połączenie dwojga różnych twórców. Kolektyw Apartment House w towarzystwie Jérôme’a Noetingera zestawił intensywne, elektronicznie agresywne (Jérôme przetwarzał dźwięki instrumentów posługując się sprzętem elektronicznym i taśmą) brzmienia kompozycji Antoine’a Chessexa ze sporo spokojniejszymi, delikatniejszymi brzmieniami utworów Lindy Caitlin Smith. Całkiem zgrabnie wyszedł ów program, choć w moim odczuciu nie był to jeden z koncertów zapadających w pamięć na dłużej.

Mocniejsze wrażenia zapewnił drugi występ tego wieczoru - “Folk Music” z insiderską dedykacją (czuć było na festiwalu obecność studentów muzykologii czy innych studiów związanych z muzyką klasyczną - ja się do tego zacnego grona nie zaliczam, więc wszelkie tego typu odniesienia omijały mnie nie zdradzając swego znaczenia). Głównym punktem programu były kompozycje Zygmunta Krauzego, inspirowane polską muzyką ludową. Na początek na scenie pojawił się sam kompozytor, i wspólnie z panami z Warsztatu Muzycznego wykonali siedząc przy wspólnym stole utwór “Soundscape”. Grali go na instrumentach przypominających małe cymbałki, choć brzmienie utworu nie było tak skoczne i melodyjne, jak tradycyjna muzyka wykonywana na tego rodzaju instrumentach. Dźwięki wydawane przez muzyków uderzających struny były delikatne, momentami nieco transowe. Później Radical Polish Ansambl rozwinęli przed publicznością “Aus aller Wlet stammende” w całej krasie nieco nerwowych, z początku nie do końca zgranych, na końcu delikatnie współśpiewających smyczków. Wspaniale słuchało się także utworu “Soundscape (re-rooted)” w którym do instrumentalistów dołączyły śpiewaczki - całość miała charakter ludowego muzycznego patchworku, w którym strzępy melodii przeplatały się z przyśpiewkami znanymi nie tylko z tradycji, ale chociażby z dziecinnych zabaw. Trochę tak, jakby człowiek posiadający ogrom muzycznych wspomnień w takim polsko-ludowym klimacie próbował przypomnieć je sobie wszystkie na raz. Chaos, który słuchacz może uporządkować już wewnątrz własnych doświadczeń.

W tym miejscu chciałabym odnieść się do oznaczeń w książeczce festiwalowej - otóż ciekawym pomysłem było oznaczenie poszczególnych koncertów, przy pomocy ikonki ręki z dwoma palcami w górze, celem opisania ich przystępności. I tak jedna łapka = dla początkujących, dwie = dla zajawionych, trzy = dla wtajemniczonych. Pomijając czepianie się słówka “zajawiony” (formy objaśnień cytuję żywcem), zastanawiam się, na ile efekt był zgodny z założeniem. Strzelałabym, że miało to uchronić niewinne dusze od późniejszego wychodzenia z koncertu na którym nieoczekiwanie objawia się pełnia impetu takiego na przykład rumuńskiego spektralizmu, jak to miało miejsce w roku ubiegłym. Swoją drogą, czy to mniejsza skala tegorocznej edycji, czy wreszcie zorganizowanie wszystkiego w centrum, czy rzeczywiście owe oznaczenia - nie wiem, z jakiego dokładnie powodu, ale udało się ograniczyć liczbę osób z koncertów wychodzących. Wracając do naszego folkowego koncertu - był on oznaczony jedną zaledwie łapką, i ja rozumiem, że folk może budzić skojarzenia z prostą muzyką, w końcu brzmienia ludowe, ale to, co zaserwowali nam artyści prezentując utwór “Halny 2” Sławomira Kupczaka, w moim subiektywnym odczuciu było najtrudniejszym do zniesienia momentem podczas całego festiwalu. Nie chcę tutaj powiedzieć, że utwór, wykonywany przez perkusistę i stojących naprzeciwko siebie muzyków dzierżących instrumenty smyczkowe był nieinteresujący - przeciwnie, to ciekawa porcja totalnego asynchronu. Niemniej, gdyby trwał jeszcze nieco dłużej, z pewnością skończyłoby się to dla mnie bólem głowy.

O wiele milej wspominam drugi utwór wyżej wspomnianej Agnieszki Stulgińśkiej - “Wesele - inicjacja”. Tutaj do sekstetu smyczkowego dołączyły cztery wokalistki. Całość miała formę, ni mniej ni więcej jak wesela - najpierw śpiewem nawoływano pannę młodą, by stopniowo przechodzić do coraz to mocniej rozkręcającej się zabawy. Forma oczywiście nie była tak oczywista, jak to może się z opisu wydawać. Przyśpiewki ułożone były bardzo zgrabnie i w przemyślany sposób, na przykład kanonu z zapętlonym nagraniem przed chwilą zaśpiewanych partii, a instrumenty niezmęczone po szaleństwie z poprzedniego utworu nadal wydawały z siebie dźwięki niepokorne, choć szczęśliwie mniej już jazgotliwie-chaotyczne. W finale panie utworzyły dwie pary i zaczęły chocholi taniec, do którego stopniowo dołączali muzycy. Utwór zakończył się więc tańcem do wtóru zarejestrowanych przed momentem dźwięków. Piękna rzecz, przywołująca nie tylko ludowe motywy, ale całą polską weselną tradycję łącznie z dramatem Wyspiańskiego.

 Radical Polish Ansambl

Radical Polish Ansambl

Impet chaosu, siła głosu

Na oznaczenie trójłapkowe w pełni zasłużył za to koncert “Doing by Not Doing” nazwany tak od utworu Zbigniewa Karkowskiego. Już od progu witało widzów ostrzeżenie o tym, że będą tutaj intensywne światła i ogłuszająca muzyka. Organizatorzy zadbali też o nasze uszy rozdając zatyczki. A potem kaskadą intensywnych dźwięków zalali nas GGR Betong.
 
Zaczęło się hałasowanie - “Bottoms Up 1” Pauline Oliveiros jako _RMX utonęło w szumie generowanym po części przez instrumenty smyczkowe i perkusyjne, ale głównie jednak przez sprzęty elektroniczne zalewające cały muzyczny horyzont. Całym kolektywem steruje dyrygent, muzycy uwijają się w generowaniu opętańczych szumów, trzasków, pisków i uderzeń. Podobnie “Below the Demarcation” Tetsuo Furudate zotał przez zespół umocniony - przewodni, dręczący motyw zanurzył się w imponującym buczeniu. W końcu z tej poniewierającej uszy burzy wyłoniło się “Don’t Say a Word” Liny Jaernegard - utwór już oszczędniej oprawiony w szumy, za to pełen francuskojęzycznych (?) krzyków solistki. Wreszcie przyszła pora na “Doing by Not Doing” Zbigniewa Karkowskiego, utwór, który jest jedną z największych inspiracji GGR Betong. Delikatne z początku, zdawałoby się (po poprzednich utworach zwłaszcza) niepozorne stukoty i wstępne hałasy wkrótce zaczynają być systematycznie przerywane falami intensywnego szumiąco-buczącego dźwięku doprawionego szelestami i odgłosami przypominającymi tłuczone szkło. Wspaniała noise’owa uczta. Ciężko było otrząsnąć się na tyle, żeby ogarnąć “Kragraga” Ruty Vitkauskaite gdy nagle było po wszystkim i przyszedł czas na wisienkę na tym bezlitosnym torcie. “The Great Silence” Lassego Marhauga nie było oczywiście ciche - wręcz przeciwnie, zespół na finał zaprezentował nam niepenetrowalną wręcz ścianę dźwięku, kumulującego wszystkie potężne brzmienia i polukrowaną trąbieniem w... wuwuzele, które w tej oprawie wydały z siebie zaskakująco urokliwe brzmienie. To był fantastyczny, niesłychanie intensywny występ.

 GGR Betong

GGR Betong

W sobotę wybrałam się na koncert “Shape of Jazz to Come” podczas którego zespół Zeitkratzer, który miał już okazję wystąpić na Sacrum Profanum w jednej z poprzednich edycji, zaprezentował nam repertuar o wiele bardziej przystępny. Ich reinterpretacja jazzowych standardów w programie została oceniona na dwie łapki, ale moim zdaniem był to najprzystępniejszy z tegorocznych występów. Głosu zespołowi użyczyła pochodząca ze Szwecji Mariam Wallentin, a koncert rozpoczął się od “Blase” Archiego Sheppa. I rzeczywiście był to popis zblazowania, szczególnie wykonaniu właśnie pani na wokalu. Szczęśliwie do pozostałych utworów dobrała nastroje także spójnie z ich tematyką - mnie urzekły najbardziej smutne piosenki - te o miłości, “Cry Me a River” i “My Funny Valentine” - i jeden z klasyków najcięższego kalibru, przepiękny w tym wykonaniu “Strange Fruit”. Wokal pozostawał na pierwszym planie także podczas żwawszych utworów, jak “Jelly Roll Blues” w którym podmiot liryczny, jak to zabawnie podkreślił lider zespołu, używa potrójnego zaprzeczenia - I ain’t gonna give nobody none of my jelly roll, tak, że w efekcie sytuacja zostaje całkiem niewyjaśniona. Zadeklarował także, że chętnie wyjaśni to zainteresowanym po koncercie. W jego trakcie natomiast grał, między innymi na flecie. Wśród instrumentów pojawiły się także: puzon, dwa kontrabasy i perkusja (świetna sekcja rytmiczna), waltornia, fortepian, klarnet i zasługujące na wyróżnienie w tym spisie skrzypce, z których grająca na nich pani wydobywała bardzo ciekawe, nietypowe, zabarwione mocnym, elektronicznie modyfikowanym brzmieniem dźwięki. Grupa zagrała także utwory, w których wokalu albo nie było wcale, albo gdzieś dyskretnie ginął, jak śliczny “Bird Song” Muhala Richarda Abramsa na zakończenie. W tej piosence rzeczywiście słychać ptaki, choć w sposób bardzo nieoczywisty.

Niestety w tym roku nie udało mi się obejrzeć wszystkich koncertów - z przyczyn życiowych - i po jazzowych standardach (pominęłam też piątkowy “Żywiół”) zobaczyliśmy się z festiwalem dopiero w poniedziałek.

  Zeitkratzer

Zeitkratzer

Smyczki i zeskanowanie do raju

  Arditti Quartett

Arditti Quartett

W poniedziałek Arditti Quartett wykonał utwory polskich kompozytorek i kompozytorów zebrane w występ zatytułowany “Emigranci” z uwagi na miejsca zamieszania owych artystów. “String Quartet No. 5” Hanny Kulenty miał w swoich strzępach melodii nastrój horrorowy, “Solo” Elżbiety Sikory pozwolił na popis umiejętności jednego z muzyków w pojedynkę, a “Transgressio” Barbary Buczek wymagało pomocy asystentek przewracających kartki partytury - podczas gdy w utworze “Quartet No. 7” Bogusława Schaeffera króciutkie momenty, gdy muzyka cichła a kartki owe były przewracane przez członków kwartetu wydawały się spajać z całością kolażowej kompozycji. Bardzo ciekawy był także utwór Jagody Szmytki, “means of transport” również adekwatny do swego tytułu - środki transportu słyszeliśmy z taśmy stanowiącej tło do smyczkowych popisów muzyków.

Opera z librettem Olgi Tokarczuk i muzyka Aleksandra Nowaka okazała się bardzo przyjemnym spektaklem poruszającym uniwersalne tematy - miłość, dualizm życia i śmierci, poświęcenie. Śpiewano w wielu językach - staro-cerkiewno-słowańskim, starogreckim, hiszpańskim, nahuatl (aztecki), akadyjskim i po łacinie, ale głównie po angielsku. Angielski w muzyce rozrywkowej jest świetnym językiem do śpiewania, ale do śpiewu operowego moim zdaniem nie pasował tym razem najlepiej, dlatego szkoda, że w takiej mnogości lingwistycznej nie pojawiła się ani jedna partia po polsku, co byłoby spójne z obchodami stulecia niepodległości i raczej nie zaburzałoby całej koncepcji w moim odczuciu. W warstwie tekstowej mieliśmy zmagania dwóch bogiń - Inanny, pani życia, i pani śmierci, Ereszkigal. Ofiarą ich starcia staje się “ludzka przyjaciółka” Ninshubur (Urszula Kryger) Szczególnie pięknie śpiewają właśnie odtwórczynie ról dwóch bogiń - Joanna Freszel i Ewa Biegas, dlatego najbardziej urzekła mnie scena ich brzemiennego w skutki spotkania w podziemiach. Nie mogło na mnie także nie zrobić wrażenia spotkanie Ereszkigal z ukochanym Inanny, Dumuzim - w tej roli posiadający również przepiękny wokal Jan Jakub Monowid. To pełna pasji scena o bólu, miłości, zemście i poświęceniu. W całą historię autorka, mimo osadzenia jej mocno w klimatach pradawnych i mitologicznych, bardzo zgrabnie (trudno się dziwić, wszak Tokarczuk to świetna pisarka) wplatała motywy współczesne, odnosząc się także w bardzo przemyślany i nienachalny sposób do Holocaustu. Muzycznie dzieło nie zapadało w pamięć szczególnie - wszystko krążyło wokół partii wokalnych, nie odwracając uwagi od akcji na scenie. Orkiestra Aukso pod batutą Marka Mosia to też specjaliści w swoim fachu. Ciekawa była scenografia, za którą odpowiada Magdalena Maciejewska - na scenie kręcący się nieustannie okrąg, po którym poruszali się bohaterowie, a wnętrze którego symbolizowało mroczną krainę Ereszkigal, nad sceną coś w rodzaju podwójnego balonu, raz świecącego, a raz stanowiącego ekran dla projekcji (które swoją drogą były mocno mgliste i średnio czytelne, ale prawdopodobnie celowo). Całe widowisko było bardzo miłe, może nawet odrobinkę zbyt lekkostrawne jak na taką imprezę, jaką Sacrum Profanum chce być.  

  Urszula Kryger (Ninshubur), Ewa Biegas (Ereszkigal) i Joanna Freszel (Inanna)

Urszula Kryger (Ninshubur), Ewa Biegas (Ereszkigal) i Joanna Freszel (Inanna)

Co dalej?

A jaką imprezą chce być Sacrum Profanum? Moim zdaniem zgodnie z nazwą - przede wszystkim budującą mosty pomiędzy tym, co lubimy a tym, czego się boimy. Jak to się udało w tym roku? Całkiem nienajgorzej. Na wielki plus zasługuje zwiększenie liczby kompozytorek w repertuarze - jak udowadnia ten zabieg, jest mnóstwo świetnych autorek muzyki współczesnej klasycznej, czy jakkolwiek chcemy ten orkiestrowy eksperymentalizm nazwać. Organizacyjnie, jak już wspomniałam, dobrze było biegać po centrum, zamiast miotania się między centrum a Hutą. Widzowie wychodzili z koncertów znaczenie rzadziej niż dotychczas - mam kilka hipotez, ale niezależnie od realnej przyczyny należy uznać to za pozytywne zjawisko. Świetną sprawą była również wspomniana na wstępie dostępność festiwalu - sporo koncertów darmowych i koncerty płatne w bardzo przystępnych cenach. Jest to dalej wersja skurczona Sacrum Profanum, ale dalej oferująca sporo wartościowych odkryć, nawet jeśli mnie osobiście tym razem nic bezpośrednio nie zaczarowało na amen. Ale jest w czym drążyć, czemu się przyglądać, dlatego liczę na kolejne tropy do dalszych podróży za rok.

3 utwory

1. GGR Betong - "The Great Silence"

2. Zygmunt Krauze - "Aus aller Welt stammende"

3. Mats Gustafsson - "Bengt"