Jak hałas zmienia się w muzykę - relacja z 17. festiwalu Sacrum Profanum

Jak hałas zmienia się w muzykę - relacja z 17. festiwalu Sacrum Profanum
sacrum-profanum-2019.jpg

3 utwory

1. Julius Eastman - "Evil Nigger"

2. Patrick Higgins - "White Lie"

3. Heather Leigh - “Lena"

Dyrektor artystyczny Sacrum Profanum powiedział, że temat tegorocznej edycji miał być czymś pozytywnym - w końcu żyjemy w trudnych czasach pełnych kryzysu, więc przyda się coś nieco bardziej optymistycznego. Padło więc na “Sąsiedztwo”. Czy udało się przesunąć nastrój w jaśniejszą stronę? No nie wiem…

Złudzenia i halucynacje

Zaczęliśmy od konfuzji - “Pseudacusis” koncertu składającego się z dwóch utworów, które łączyło wykorzystanie przestrzenności dźwięku. Już od progu było intrygująco, jak to na Sacrum Profanum, tym razem przede wszystkim pod kątem usytuowania publiczności. Zamiast typowego podziału scena/siedzenia publiczności mieliśmy krzesła rozstawione po całej sali w Małopolskim Ogrodzie Sztuki; część muzyków - pianista, skrzypaczka i akustycy - siedzieli w środku kręgu, pozostali muzycy byli dosłownie rozstawieni po kątach. Miało się to przyczynić do dźwiękowych halucynacji będących motywem przewodnim tego koncertu.

Pseudacusis

Pseudacusis

Najpierw usłyszeliśmy utwór, który na zamówienie Sacrum Profanum napisała australijska artystka Natasha Anderson, kompozytorka, muzyk, autorka instalacji, tworząca dzieła audiowizualne, akusmatyczne (czyli takie, w których nie widzimy źródła dźwięku), wykorzystując m.in. instalacje audiowizualne czy wielokanałową dyfuzję. Z akusmatyką mieliśmy do czynienia na jednej z poprzednich edycji festiwalu, gdy widzowie na oczy dostali opaski, a muzycy poruszali się po całej sali. Tym razem poruszał się dźwięk. W utworze Anderson nie było aż tak wielu złudzeń - wielokanałowość objawiała się poprzez różne miejsca elektronicznych pyrkotów, wybuchających gdzieś w przestrzeni jako tło dla altówkowego tremolo. Altówka to była nie byle jaka, a miłosna, zwana także amorką czy oryginalnie violą d’amore. Jej dźwięk jest bardzo podobny do klasycznej altówki i skrzypiec. Piętnastominutowa kompozycja pod koniec weszła w fazę nieco bardziej nostalgiczną, poprzez szumy i strzępy melodii przypominając jakieś stare, winylowe wspomnienia. Mi przywiodło to na myśl “An Empty Bliss Beyond This World” The Caretakera. W finale dostaliśmy od violi mocno po uszach, ale uszy na Sacrum Profanum ogólnie trzeba mieć mocne.

Drugim utworem tego wieczoru był tytułowy “Pseudacusis”, mentora Natashy, Anthony’ego Paterasa. W jaki sposób ten kompozytor zaprojektował swoje “halucynacje audio”? Oprócz septetu muzyków obecnych na sali - sam twórca zagrał na fortepianie, Lucio Capece na klarnecie, Krzysztof Guńka za niedysponowanego z powodu choroby Gerarda Lebika na saksofonie, Mike Majkowski na kontrabasie, Riccardo La Foresta na perkusji, Deborah Walker na wiolonczeli, Lizzy Welsh na skrzypcach - słyszeliśmy jeszcze dodatkowy sekstet z taśmy (kontrabas, wiolonczela, klarnet, saksofon, instrumenty perkusyjne i skrzypce, a więc prawie identyczny skład). Wszystko zaczęło się od delikatnego poćwierkiwania - instrumenty brzmiały jak poranne ptaszki, później od nieco bardziej majestatycznych dźwięków przeszliśmy znów w cichutkie i delikatne tony fortepianu, żeby tym boleśniej odczuć smyczkowy atak. Wysoka częstotliwość tej partii instrumentów nie była zbyt łatwa do zniesienia, choć niepozorna. Śledzenie dźwięku rzeczywiście stanowiło wyzwanie - nie udawało się dostrzec wszystkich muzyków, a nawet przy ich obserwowaniu z czasem można było stracić pewność co do tego, czy gra osoba obecna na sali, czy to dźwięk z taśmy. Gongi - tych na sali nie było, więc to bez wątpienia (czy aby?) taśma - brzmiały jak stare zegary w babcinym pokoju, tylko po to, żeby wyprowadzić nas na wojnę dowodzoną przez wybijającego agresywne rytmy perkusistę (obecnego na sali). Był też szum, przykładający się do tego, że z sali wychodziło się co najmniej odrobinkę skołowanym.

Anton Lukoszevieze

Anton Lukoszevieze

To było takie sąsiedztwo dźwięku - jest gdzieś obok, ale do końca nieuchwytny, uciekający wprost spod smyczka w głośniki odtwarzające taśmę.

O wiele bardziej namacalny, choć nie można powiedzieć, że przez to łatwiejszy do uchwycenia (bo i tu ciężko się w niego wgłębić, przebić się przez masywne warstwy) dźwięk dopadł narządy słuchu widzów na drugim koncercie pierwszego dnia - “Encumbrance”. Pierwszy z dwóch utworów Zbigniewa Karkowskiego granych tego wieczoru, “Nerve Cell_0” zagrał muzyk, który pojawił się na największej liczbie koncertów tegorocznego festiwalu, Anton Lukoszevieze, znakomity brytyjski wiolonczelista litewskiego pochodzenia należący do grupy Apartment House. Był więc wiolonczelowy hałas - skrzypienie na tle intensywnych dronów, mocne dociskanie smyczka do strun i powolne rzężenie, jakie można w ten sposób wycisnąć z instrumentu, rytmiczne, lekkie uderzenia smyczkiem w struny, zataczanie smyczkiem małych kółek po strunach, chroboty, przestery i ogólny mrok. Momentami z tej dzikiej masy wyłaniało się wiercenie jakie można usłyszeć na fotelu dentystycznym, momentami wiolonczela brzmiała jak ta, którą znamy z bardziej tradycyjnych kompozycji. Całość zakończyła się cichutkim piskiem, jak błaganie o litość, ale czekało nas jeszcze drugie tyle perwersyjnej noise’owej przyjemności.

Przyszła bowiem pora na tytułowy “Encumbrance”. Elektroniką w tym utworze króla hałasu zajął się niejaki Wolfram, a dołączył do niego Zespół Wokalny Gęba. Wyglądali razem tak:

Zespół Wokalny Gęba i Wolfram

Zespół Wokalny Gęba i Wolfram

A jak brzmieli? Jak przystało na kompozycję Karkowskiego - bezkompromisowo. Masywna fala dźwięku uderzyła nas już od początku, powoli, po cichutku dołączyły do niej męskie głosy, przez intensywne elektroniczne buczenie wzbogacone szumem i trzaskiem zniekształcone do dziwnej, równie buczącej formy. Panie zaczęły szeptać - aż dziw, że w tym natłoku hałaśliwych brzmień ten szept był słyszalny, ale dało się odróżnić strzępki polskich słów. Gdy ustały głosy, narastać zaczął pisk. Później znów, kolejno zespół wokalny osoba po osobie dołączał się do noise’owej fali, zaczynając od głosów damskich. Szum przypominał telewizyjny, gdy nie możemy złapać żadnego kanału (to się jeszcze zdarza w nowoczesnych modelach?), a wokaliści od śpiewu (takie chóralne “aaaa”) przeszli do dźwięków stukoczących i lekko wyjących. W końcu z gardeł kobiecych wydostał się wysoki, odczłowieczony przez elektroniczne hałasy dźwięk. Coś pięknego. Intensywne basowe uderzenia w finale było czuć aż w krzesłach.

Muzyka Karkowskiego z ideą sąsiedztwa połączyła się dla mnie dopiero po festiwalu - gdy pisząc tę recenzję słuchałam “Nerve Cell_0” sąsiad z góry zaczął coś wiercić, nieintencjonalnie dokładając się do kompozycji.

Kwadrofonik

Kwadrofonik

Więcej hałasu

Festiwalową sobotę rozpoczęliśmy koncertem “Bodies of Noise” podczas którego trzy utwory trzech różnych twórców wykonał zespół Kwadrofonik. Na początek “We called it utopia” Laurego M. Hiendla, kompozytora i performera z Berlina, na dwa fortepiany i dwa zestawy perkusyjne oraz elektronikę (i video, ale to w minimalnym zakresie o którym za chwilę). To piękna, zaledwie dziesięciominutowa kompozycja (podczas tegorocznej edycji słyszeliśmy bardzo często sporo dłuższe utwory - choć może wciąż jestem pod wrażeniem wczorajszego “House of the Low Culture”, o którym będzie na samym końcu tej relacji), w której coraz intensywniejsze elektroniczne przedłużenia dźwięków instrumentów wyprowadzają ich tradycyjne brzmienia na inny brzmieniowy poziom. Czuć w tym utworze stopniowe narastanie, a kulminacją jest tekst stopniowo, w dużych odstępach pojawiający się na koniec, który zrobił na mnie mocne wrażenie: There was death during the night/and thankfully/no births took place/We called it utopia. W połączeniu z ideą sąsiedztwa daje bardzo ponury efekt, przypominając o problemie przeludnienia.

Potem przyszedł czas na dwie kompozycje stworzone na zamówienie festiwalu Sacrum Profanum dla kwartetu Kwadrofonik. Pierwszą był utwór Patricka Higginsa “Three Lines of Flight”, z początku oparty na jednostajnym rytmie
i długich powtórzeniach. Stopniowo pojawiały się pozwolenia na odstępstwa od przyjętej linii, momenty rozluźnienia, krótkie wybuchy fortepianowo-perkusyjnego szaleństwa. Dużo było grania pauzami, które też można uznać, obok dręczenia uszu, za motyw przewodni dźwięków spod znaku Sacrum Profanum. Gra na fortepianie nie ograniczyła się do klawiszy, w ruch poszły też bezpośrednio struny, szum perkusji narastał, a Patrick Higgins miał nas jeszcze raz zachwycić dzień później.

Tytułowy “Bodies of Noise” Angelici Castello okazał się sporo przystępniejszym utworem. Sny, marzenia i wspomnienia autorka splotła ze sobą przy pomocy fortepianu preparowanego - w strunach instrumentu znalazła się m.in. folia aluminiowa - elektroniki, marimby, wibrafonu (i smyczka!), grzechotek, gongów, kotła (i szczotki), dzwonków i… szumu z radioodbiorników, którym zawiadywała osobiście. Wszystkie te instrumenty, niezależnie od techniki grania, wydawały z siebie tony układające się w przyjemną, nostalgiczną całość, przeczącą tytułowym hałasom, przynajmniej rozumianym tak, jak je rozumie widz po ostrej dawce Karkowskiego. Było trochę skrzypienia strun fortepianowych, trochę mocnych uderzeń klawiszowo-perkusyjnych przeplatanych coraz krótszym pauzami, ale kiedy przestrzenią audialną zawładnęły dźwięki lasu i świerszcze, można było spokojnie poczuć się jak w domu (w którym akurat nikt nie prowadzi remontu). Na koniec wszyscy (oprócz pani kompozytorki) zagrali na ustnych harmonijkach i tak delikatnie wyprowadzili nas z tego obrazka.

Drugi koncert, “Oscillum” też miał w sobie dawkę hałasu, ale jeszcze do tego dojdziemy. Apartment House zagrali 6 bardzo różnych, w większości króciutkich utworów. Tytułowe “Oscillum” Egiiji Medeksaite, to utwór napisany specjalnie dla Antona Lukoszevieze. Mroczna elektronika, przypominająca nieco soundtracki Johanna Johannssona (zwłaszcza “Sicario”) ozdobiona była raz po raz dołączającą do niej wiolonczelą, po której muzyk pociągał smyczkiem po strunach jak najbliżej mostka (taka technika nazywa się sul ponticello).

“Canon Super Slendro” pozwolił już na prezentację całego kwartetu smyczkowego - utwór Rytisa Mazulisa, reprezentanta ekstremalnego minimalizmu, składał się z dźwięków wydobywanych z instrumentów przez bardzo powolne przeciąganie po strunach, czego efektem było brzmienie wysokie i dręczące, bo po prostu niemiłosiernie piskliwe. Oszczędnie i dosadnie. We “Fluorescences” Antanasa Rekasiusa znów przewodził Anton, tym razem do pary z kolegą na syntezatorze. Cicha, przywodzący na myśl a to dźwięk kościelnych organów, a to sygnał w starym telefonie (taki dźwięk, który pamiętają użytkownicy aparatów stacjonarnych, ton brzmiący po podniesieniu słuchawki a przed wybraniem numeru) partia syntezatora była tłem dla wiolonczelowych popisów. Elementy bardziej tradycyjne przeplatały się z momentami skrzypliwymi czy alternatywnymi technikami gry na tym instrumencie, takimi jak stukanie w struny palcami czy uderzanie ich smyczkiem zamiast przeciągania po nich. “…” Juliusa Aglinskasa już całkiem dał odetchnąć - były to tony harmonijne, urocza, rzewna melodia, jak to stwierdził wiolonczelista a bit old fashioned, z ambientalnym mruczeniem syntezatora w tle. Pan Lukoszevieze miał w trakcie jego wykonywania duże wyzwanie, bo zaraz po zakończeniu rozkaszlał się na dobre - nie pisałabym o czymś tak nieistotnym i błahym, ale znam ten ból, który zniosłam znacznie gorzej na jednej ze starszych edycji Sacrum Profanum (może z 10 lat temu), kiedy wiedząc, że koncert jest nagrywany dla radia błagałam w duchu o głośniejszy moment granego właśnie utworu, a łzy ciekły po moich policzkach nie ze wzruszenia. Ciężko jest powstrzymać kaszel, noście przy sobie jakieś antykaszlowe cukierki.

Cały ten chwilowy powrót do harmonii został brutalnie skwitowany kompozycją “Homage to Philip Corner”, którego tytuł okazuje się sarkazmem. Muzycy grają jakiś melodyjny utwór na instrumentach, jednocześnie czasami dorzucając dźwięki wydobywane poprzez przyłożenie ręki do ust i mocne dmuchanie lub wydmuchiwanie powietrza przez usta, z których lekko wystaje język. Ponoć ma to imitować dźwięki puzonu, ale w praktyce brzmi jak… no cóż, wiatry. Takie wiecie, ludzkie wiatry związane z dolegliwościami gastrycznymi. Oj nie lubił się z Philipem Cornerem kompozytor Jurgis Maciunas, który zresztą zasłynął m.in. z wykonania jednego z cornerowskich utworów w taki sposób, że całkowicie zniszczył fortepian.

Od tego muzycznego żartu przeszliśmy z powrotem wprost do krainy noise’u, czyli znów do muzyki Zbigniewa Karkowskiego. Ściana dźwięku zbudowana z huczącej elektroniki i zgrzytających, piszczących smyczków. Każdy członek kwartetu grał swoją partię w oderwaniu od pozostałych, co potęgowało burzący audialną przestrzeń chaos elektroniki. Łomot cichnął na chwilę, tylko po to by powrócić ze zdwojoną siłą, przeistoczyć się w odgłosy strzałów (acz raczej jak z dziecięcych zabawek niż łoskotu bomb), uwydatnić smyczkowe szaleństwo, przejść w wysokie częstotliwości i… nagle się urwać.

Patrick Higgins

Patrick Higgins

Ucieczki i wiolonczele

W niedzielę Patrick Higgins wygonił z Cricoteki chyba najwięcej osób podczas całego Sacrum Profanum. Ale nie wiem, bo nie liczyłam - czy to przez brak oznaczeń (w zeszłym roku informator festiwalowy ostrzegał, czy koncert będzie przystępniejszy mniej czy jeszcze mniej), czy z innego powodu, chyba na każdym koncercie objawiali się uciekinierzy, którzy nie wytrzymywali i opuszczali salę w trakcie koncertu. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak źle część widowni zniosła akurat “Dossier” czyli najnowszą płytę Higginsa wykonaną w całości na żywo (ma 49 minut). Trochę wytłumaczyła mi to rozmowa podsłuchana podczas wychodzenia, ale o tym będzie na końcu, bo to dobre słowa do wykorzystania w refleksji podsumowującej. Wracając do Higginsa - siedział pośrodku zupełnego mroku, cały na biało, stanowiąc tło do świetlnych wizualizacji (sterowanych dźwiękiem!), co jest piękną metaforą jego dystopijnej twórczości, w której emocje filtrowane są przez industrialno-hałaśliwe brzmienia. Jego gitara nie brzmi w ogóle jak gitara, wydobywają się z niej trzaski, piski, podlana jest elektronicznym sosem podbijającym jej nieinstrumentowe odgłosy. Dźwiękowa przestrzeń, jaka się z tego wydobywa, przypomina zimne, nieprzyjazne miejsce, jakiś opuszczony kościół albo dworzec, na który przyjedzie chyba tylko pociąg-widmo z Metra 2023. Przez tę ponurą gęstwinę hałasów przebija się czasem a to jakiś fortepianowy akord, a to rozczłonkowany, postrzępiony głos kobiecy. Jest to fascynująca podróż przez dźwiękowe szaleństwa szyte na bieżąco, muzyczny urban exploration, który krok za krokiem przybliża się do czegoś milszego, trzask za zgrzytem oswaja soniczne krajobrazy i wreszcie, w finalnym utworze “White Lie” rozkwita pośrodku tego elektronicznego wysypiska gitarową łąką. Czyli gitara brzmi wreszcie jak gitara, choć zachowuje higginsową oryginalność i indywidualny styl. Czego tu się bać? Że trochę potrzeszczy? Że basy trzęsą całym ciałem? Mnie ten koncert zachwycił i wrócę do “Dossier” jeszcze nie raz, co polecam każdemu z ciągotami do mocniejszych muzycznych wrażeń. (W razie wątpliwości na rozgrzewkę można puścić sobie coś Haxan Cloaka lub Venetian Snaresa).

Drugi koncert był czymś, co przyciągnęło mocno mój wzrok i serce już po pierwszym spojrzeniu w program - nie dość, że Julius Eastman (zapoznanie się z tym kompozytorem też zawdzięczam Sacrum Profanum, z 2017) to jeszcze inwazja wiolonczel. Utwory na: 9 wiolonczel, 8 wiolonczel, 10 wiolonczel. Tyle wiolonczel! Jeszcze nigdy nie słyszałam na raz tylu wiolonczel. Na wiolonczelach, ustawionych w kółko, grali: Anton Lukoszevieze, Jakub Gajownik, Jakub Gucik, Julia Kotarba, Monika Krasicka, Marcin Kusek, Łukasz Laxy, Aleksandra Lignar, Mateusz Mańka i Martyna Sołtys. Najpierw, w dziewięcioro, wykonali “De plus en plus” Rytisa Mazulisa. Utwór składa się właściwie z jednej frazy, powtarzanej z lekkimi modyfikacjami. 11 minut pięknych, wiolonczelowych dźwięków. “Psalms_cellos” Juste Janulyte to utwór znacznie spokojniejszy, wyższe, przeciągłe dźwięki pasowałyby, zgodnie z nazwą, do mszy, może nawet żałobnej. Zwłaszcza pod koniec coraz wyższe tony smyczkowej muzyki brzmiały jak lament.

Tyyyyyle wiolonczel

Tyyyyyle wiolonczel

Po tych dwóch utworach przyszła kolej na Eastmana - preludium do “Holy Presence” to utwór na głos, który wykonała Sofia Jernberg. To typowe dla tego kompozytora budowanie kompozycji: najpierw słyszymy jeden fragment - Saint Michael said, saint Catherine said, saint Margaret said - powtarzany w kółko, w różnych wariantach kolejności świętych, potem dochodzą kolejne - she said, he said, they said - śpiewane podobnie, wreszcie przeciągłe - Jooooooan - wszystkie partie są przeplatane, kolejne zdania wprowadzają odmienne sposoby śpiewania, całość meandruje i zmienia się, zachowując jednak wytyczony od początku charakter. Kolejny element - speak! - śpiewany jest to nisko, to wysoko, to średnio - boldly - nisko i ochryple albo piskliwie wysoko. Speak boldly when they question you. Zataczamy kółko i wracamy do świętych. Przychodzi czas na Joannę D’arc.

Julius Eastman całkowicie skradł moje serce swoimi urzekającymi, obsesyjnie repetytywnymi melodiami. Nie inaczej jest w “Holy Presence of Joan d’Arc” - jedna część wiolonczelowego składu gra mocny, intensywny, chciałoby się powiedzieć riff, brzmiący jak wezwanie bojowe, druga - wysokie, jazgotliwe niemal dźwięki. Pozornie te dwie części do siebie nie pasują, spajają się jednak w niesamowitą, szaleńczą wiolonczelową pieśń. Wykonawcy zamieniają się nieustannie partiami - dźwięki krążą i wbijają się w głowę. Po 20 minutach, kiedy utwór się kończy, dwie przeplatające się melodie zostają mi w uszach jeszcze na długo.

Konkurs na wytrzymałość

Sacrum Profanum to wyzwanie nie tylko dla publiczności - również muzycy nie raz dostają ciężkie zadania, choć zupełnie innego rodzaju. Pierwszy taki przypadek miał miejsce w poniedziałek, ostatni dzień września, czyli 4 dzień festiwalowy. Ale o nim za chwilę, bo miało to miejsce na drugim koncercie, a najpierw było trochę muzyki wsobnej.

Podczas “Inward Music” Works&Days Ensemble wykonali dwa utwory zamówione przez festiwal. Pierwszy był bardzo, bardzo, bardzo minimalistyczny “of and far-off” Gaile Griciute. To było cichutkie, delikatne, przeplatane pauzami plumkanie na gitarze akustycznej, wiolonczeli i flecie (czasem z wiolonczeli udało się wydobyć jakiś solidniejszy dźwięk, ale raczej było to potrącanie strun palcami, flet czasem głośniej pisnął, ale częściej był ledwie słyszalny). Ta delikatność na pewno wyróżniała kompozycję na tle pozostałych elementów festiwalowego programu, ale ja, no cóż, jestem zdecydowanie fanką mocniejszych brzmień.

O wiele ciekawszy był “vvalking along” Arturasa Bumsteinasa, który składał się z nagrania terenowego - przypadkowego - oraz improwizacji na wiolonczeli, preparowanym fortepianie, anklungu (to tradycyjny instrument indonezyjski, perkusyjny, takie bambusowe tuby), klarnet basowy, gitarę akustyczną, elektryczną i flety. Rozpoczął się od dźwięków demonstracji, słyszeliśmy śpiew ptaków, tupanie, hiszpańskie rozmowy, a także uliczną muzykę. Do tego muzycy grający różnymi technikami, ale też w sposób postrzępiony, czasem dopasowując się do tła, czasem się z nim drocząc, a czasem podążając w swoją stronę. Budowało to doświadczenie, jakie znamy z codzienności - przecież dokładnie tak odbieramy dźwięki, gdy podróżujemy przez miasto (przez życie?), a partie solistów mogłyby odzwierciedlać różne przewijające się przez głowę podróżującego myśli. Utwór kończy się szumem - dźwiękiem, w który wszystko się stapia, gdy zmęczeni zasypiamy.

(niecały) Arditti Quartet i (kłaniający się) Phill Niblock

(niecały) Arditti Quartet i (kłaniający się) Phill Niblock

Drugi koncert tego dnia to występ doskonałego Arditti Quartet zatytułowany “Exploratory” od utworu, który usłyszeliśmy na końcu. Na początku kwartet zaprezentował utwór Luci Dlugoszewski, “Disaparate Stairway Radical Other”. To był powiew świeżości, a raczej powiew radości wśród na taki czy innych sposób, ale jednak głównie ponurych utworów prezentowanych do tej pory. Była to jedna z nielicznych optymistycznie brzmiących kompozycji na całym festiwalu. Niefrasobliwe smyczkowe popisy radowały nie tylko lekkim nastrojem, ale i techniką grania - panowie używali nie tylko smyczków i rąk, ale też grzebieni i szklanych rurek. Dźwięki pięły się do góry i do góry, a całość kipiała energią.

Dochodzimy wreszcie do popisu na wytrzymałość - utwór Eliane Radigue przekazany ustnie Irvine’owi Ardittiemu przez skrzypaczkę Silvię Tarozzi to osiemnastominutowe wolniutenkie pocieranie smyczkiem o skrzypce. Monotonny dron męczy, ale wciąga. Hipnotycznej atmosfery przydawało punktowe oświetlenie, które z mroku wydobywało tylko muzyka. Skrzypek dał radę, publiczność nie do końca, bo ktoś wstał tak głośno, że chyba wyrwał wszystkich z transu. No i wyszedł. A potem przyszła reszta kwartetu i zagrali “Sivunittinni” - gratkę dla każdego fana Tanyi Tagaq czy po prostu śpiewu gardłowego. Był to bowiem właśnie throat singing przełożony na język instrumentów smyczkowych. Co prawda momentami brzmiało to bardziej jak skrzypienie drzwi niż charakterystyczne gardłowe harczenie, ale i tak było super.

Na koniec masywna, dronowa kompozycja Philla Niblocka, “Exploratory, Rhine version, “Looking for Daniel”” jak to napisali organizatorzy “w wykonaniu na 5 kwartetów smyczkowych”. Na scenie był tylko jeden kwartet, ale od czego jest magia sprzętów elektronicznych. Magicznie więc rozmnożony Arditti Quartet wyczarował potężny brzmieniowy kloc, grany na tle wizualizacji przedstawiającej niemrawo płynącą wodę. Niemrawo płynęła też kompozycja, ale przecież nie o to w niej chodziło. Bardziej o zanurzenie - jak w tej wodzie - w jednostajnym, wciągającym dźwięku.

Rainbow, all the music is rainbow

Instrumenty do ASMR

Instrumenty do ASMR

Pierwszego dnia października mieliśmy okazję usłyszeć dwa świetne koncerty, a pierwszy z nich zakończył się drugim popisem wytrzymałości, o którym chcę wspomnieć. “Litewski post-minimalizm” grali muzycy Spółdzielni Muzycznej. Na pierwszy ogień wzięli Juste Janulyte i jej “Psalms”, które w wykonaniu na gitarę elektryczną i taśmę nic a nic nie straciły ze swej podniosłości, liryzmu, kościelności i lamentyzmu (nawet nie ma takich słów, a w jej utworach to jest). “Reflections” Dominykasa Digimasa nie poszło zbyt daleko od tego klimatu, rozszerzając za to instrumentarium. Coś tu się zaczynało, cichutko, nieśmiało, i nigdy nie kończyło, poprzestając na ambientowych drganiach. W “Nigamagamini” Egidji Medeksaite z taśmy też puszczono ambient, tym razem z domieszką dronów, a basowy flet wydobywał z siebie pojedyncze dźwięki, czasem ograniczone tylko do mocnych podmuchów. “Koan” Rity Maciliunaite to z kolei usiłowania klarnetu, fortepianu i altówki żeby złożyć skoczną melodię, która z ich postrzępionych dźwięków wyłania się tylko na krótką chwilę. A potem usłyszeliśmy muzykę Philipa Glassa, to znaczy utwór Antanasa Kucinskasa, który rozkręcał się powoli, stopniowo dodając kolejne fragmenty swej pętli skrzypcowo-wiolonczelowo-fortepianowej, przeplatane obficie pauzami, by w końcu zbudować coś mocno przypominającego glassowskie “The Hours”. Ale w bardzo pozytywnym sensie, zresztą sam zabieg drażnienia się z niedosytem widza pożądającego usłyszenia tej pięknej melodii w całości był też bardzo interesujący.

A potem wróciliśmy do brzmień surowo-minimalistycznych wraz z kompozycją “Tapisserie” Justiny Repeckaite, na flet, klarnet, fortepian, skrzypce i wiolonczelę. To znów seria cichych skrzypnięć, zgrzytnięć i plumknięć. “Then at one point I did not” Ruty Vitkauskaite od wiodących tonów fletu, cichej wiolonczeli i stukoczącej perkusji powiódł nas w plątaninę trudnych do zrozumienia (ale wyraźnie anglojęzycznych) damsko-męskich głosów. Z ich szumu w finale wyłoniła się tajemnicza melodia na flecie.

“ASMR” Andriusa Arutiuniana było dokładnie tym, czyli sesją dźwięków mających dać przyjemność. To już kwestia indywidalna, kto odczuje mrowienie na dźwięk szeptu perkusisty opowiadającego kolejno, co teraz będzie robił, i tego, co robił. A co robił? Zgniatał folię aluminiową, czymś o coś stukał, szorował szczotką po chropowatej powierzchni albo po bębnach, przesypywał jakiś piasek, pocierał rękami mówiąc, że właśnie się ogrzewają, i tak dalej. Zespół w tym czasie wydobywał z instrumentów pojedyncze dźwięki, które też mogły wywoływać jakieś mrowienia.

I wreszcie - finał koncertu, czyli “F” Juty Pranulyte. Tutaj też oprawa wizualna (w ogóle podczas całego festiwalu była świetna) współgrała z dźwiękami. Słyszeliśmy dokładnie 2 fortepianowe klawisze naciskane w bardzo szybkim tempie przez 8 minut, a do tego szaleńczo błyskał stroboskop. Post-minimalizm musi mieć źródło w minimalizmie, mieliśmy Glassa, przyszła więc pora na Steve’a Reicha. Ten fortepianowy popis robiłby na mnie większe wrażenie gdybym na jednej z poprzednich edycji Sacrum Profanum nie słyszała reichowskiego “Piano Phase” w wykonaniu Leszka Możdzera, który ten utwór na fortepian i taśmę wykonał samodzielnie, grając tę samą fortepianową pętlę (z przesunięciami!) na dwóch instrumentach - po jednym na każdą rękę. Tym niemniej “F” dawało bardzo ciekawy efekt dźwiękowych halucynacji, znacznie silniejszych niż w przypadku koncertu otwierającego festiwal.

Rafał Łuc i Maciej Frąckiewicz

Rafał Łuc i Maciej Frąckiewicz

Dzień wcześniej była uczta wiolonczelowa, 1 października przyszedł czas na ucztę akordeonową. Wprawdzie akordeonów nie było 10, a tylko 2 - zagrali na nich Rafał Luc i Maciej Frąckiewicz - ale instrument ten nieczęsto pojawia się w tak pięknych utworach i w połączeniu z dronami. Zaczęliśmy więc od “Farewell River” Katarzyny Głowickiej, w którym muzykom towarzyszyła sama kompozytorka dodając warstwę elektroakustyczną. W tęczowych światłach skąpani panowie grali tytułowe drony, w tonacji nostalgiczno-melancholijnej, okraszone mglistymi, migotliwymi dźwiękami elektroniki przywodzącymi na myśl wczesnego Four Teta albo jakieś miłe witch housowe granie. Drugi utwór, “Sattva” Egidji Medeskaite przyniósł drastyczną zmianę nastroju, począwszy od oświetlenia - tylko słabe światło punktowe wydobywało jednego z akordeonistów (to utwór na jeden instrument) z mroku. Sama muzyka była równie mroczna - akordeon i taśma tworzyły gęsty dronowy blok. “Accordrone” Antanasa Jasenki było już mniej mroczne. Wrócił drugi akordeonista i wspólnie zagrali szybciej, do elektronicznego bulgotania i to przybliżających się, to oddalających dźwięków w klimacie soundtracków do filmów science-fiction z taśmy. Akordeon okazuje się być instrumentem idealnym do dronów - powolne odciąganie jednej części od drugiej gwarantuje równe, przeciągłe dźwięki. Instrumenty i taśma rozpędzają się, zahaczają o jakąś dystopijnie skoczną melodię i w końcu powoli milkną. Przychodzi moment na kulminacyjny punkt wieczoru.

“Evil Nigger” Juliusa Eastmana to utwór, który może być grany “na dowolnym zestawie instrumentów, najlepiej z tej samej rodziny”, tym razem, w aranżacji Piotra Peszata, były to 4 akordeony, w tym 2 powstały przez elektroniczną multiplikację tych znajdujących się na scenie. Ta przepiękna, minimalistyczna kompozycja, pełna bojowego nastawienia i energii, odzwierciedla sposób życia kompozytora, który na co dzień walczył z rasizmem i homofobią. Kontekst ten skwapliwie wykorzystał polski twórca, kończąc akordeonowy maraton nagraniami głosowymi - kazania Jędraszewskiego, w którym przyrównuje osoby nieheteronormatywne do zarazy oraz będących owocem tego typu nagonki krzyków z ataku na marsz równości. I to jest właśnie nasze sąsiedztwo.

20191001_225511.jpg

Schematy i spirale

Środowy koncert “Why Patterns” rozpoczął się od utworu o tym właśnie tytule, autorstwa Mortona Feldmana. Grali Hashtag Ensemble. Flet, wibrafon, fortepian i żadnych schematów, żadnej struktury, żadnego oparcia dla słuchacza. Pół godziny fletowych nutek to tu, to tam, uderzeń w wibrafon idących gdzieś własną drogą, czasem spowinowaconych z fortepianowymi klawiszami. Alienacja, zagubienie, dezorientacja i wreszcie znużenie, a to przecież dopiero początek. Dwie kolejne kompozycje, Lucii Dlugoszewski, wcale nie odbiegają od tej wizji. Do “Tight Rope” zatańczyła Marta Kosieradzka - trochę napiszę o tańcu, ale nie znam się na tańcu (przypominam, że o muzyce też piszę z punktu widzenia odbiorcy działki tzw. popularnej, a nie wykształconego muzykologa). Był to taniec bez wątpienia nowoczesny, prezentujący zdumiewającą elastyczność tancerki, pełen giętkich ruchów rąk, nóg i tułowia. Było padanie na ziemię, poruszanie rękami jakby były wahadłami zatrzymanego zegara. Utwór jest podobnie poszarpany jak poprzedni i taniec chyba dość dobrze oddaje wrażenia słuchaczy, na końcu zostawiając tancerkę leżącą twarzą do podłogi. W “Openings of the (Eye)” usłyszeliśmy flet, fortepian i dużo ciekawych instrumentów perkusyjnych. Każde otworzenie oka to był oddzielony pauzą - i oklaskami, przynajmniej z początku - fragment; najpierw ostre, wysokie dźwięki fletu połączone były z niskim, ponurymi tonami fortepianu. Flet piszczał, fortepian dostał po strunach miotełką od perkusisty (który w ogóle obok fortepianu zrobił sobie fortecę z instrumentów), kocioł dostał grzechotką, bębenek ręką. Po strunach fortepianowych muzyk grał też łyżką i pałeczką perkusyjną, gdy jednocześnie dźwięki były wydobywane także klawiszami. Druga część była nieco spokojniejsza, fortepian brzmiał nawet odrobinę zaczepnie, dołączyły dwa kotły, czyli rozległo się donośne “bum” raz z prawej raz z lewej, a jedyne, co się z tego urodziło to monotonny, apatyczny rytm pod koniec. Kolejna część różniła się kilkoma akcentami perkusyjnymi, a po jej zakończeniu już nikt nie klaskał - nie wiem, czy dlatego, żeby nie zakłócić kompozycji (nigdy nie ma pewności, czy to przerwa czy to tylko pauza) czy z rezygnacji. Część widzów opuściła salę. Z pięciu wypisanych w programie części naliczyłam 4, więc możliwe, że pauzy między nimi nie zawsze były tej samej długości.

Z tego wyzywającego chaosu wpadliśmy w “Inescapable Spiral”, czyli drugi koncert tego dnia, w wykonaniu ICE International Contemporary Ensemble. Na początek “Sound Listening” Pauline Oliveros rozpoczęte od szurania różnymi przedmiotami podłączonymi do elektroniki po stoliku - dało to bardzo ciekawy efekt. To utwór o nauce słuchania, ale efektem ogólnie poddania się dźwiękom Sacrum Profanum jest znajdowanie muzycznych dźwięków wszędzie dookoła siebie, więc o muzyczności linijek, szczotek i prętów nikogo chyba nie trzeba było przekonywać (no dobra, kogoś trzeba było - nie wszyscy chodzą na wszystkie koncerty, a jeszcze są ci, którzy z nich wychodzą w trakcie).

20191002_213913.jpg

W utworze Okkyung Lee, hałaśliwym i dręczącym w bardzo intrygujący sposób pierwszoplanową rolę wiódł klarnet. A po tych klarnetowych popisach usłyszeliśmy pierwszy fragment “Inescapable Spiral” Nicole Mitchell. Była tam całkiem ładna melodia, udzielały się flet i wibrafon, skrzypce, klarnet; jeden z instrumentów dętych wydobywał z siebie iście stetsonowski dźwięk, instrumenty dobierały się w pary i rozstawały, aż do ucichnięcia. “Therefore I Was” Ashley Fure lider zespołu zapowiedział jako utwór o zmaganiu babci kompozytorki z chorobą Parkinsona. Nie zapowiadało to miłych dźwięków - i weszliśmy do krainy pełnej skrzypienia, w której fortepian preparowany tonął w agresywnych piskach i skrzypieniach instrumentów perkusyjnych (poznałam nowy instrument - waterphone, jest polski odpowiednik nazwy? Harfa oceaniczna? Na zdjęciu powyżej zobaczycie ją po prawej na stoliku obok kartonu). Wiolonczela cichła powoli ze zgrzytem, perkusista grał smyczkiem po kartonowym pudełku (paskudny dźwięk), od czasu do czasu odzywały się miarowe uderzenia w bęben. Gong był wykorzystywany do szurania (albo piszczenia - smyczkiem), flet grał wysoko i piskliwie, fortepian straszył wysokimi tonami (ostre, krótkie uderzenia). Nie było żadnych wątpliwości co do tego, że mieliśmy do czynienia ze straszną przypadłością, zapowiedziana walka zdrowego umysłu z chorym ciałem prezentowała się bardzo dramatycznie.

Następnie na scenę wszedł Wojtek Blecharz by opowiedzieć o swej kompozycji “Stimm(i)[u]ung” napisanej do powstającego filmu dokumentalnego Piotra Stasika, dedykowanego osobom autystycznym. Przy okazji twórca skrytykował sposób słuchania muzyki polegającym na sztywnym podziale muzycy/publiczność, ale ze względów organizacyjnych nie zaprosił nas do zmiany pozycji. Sam utwór rozpoczął się od wiolonczeli - wydobyło ją z ciemności punktowe światło - i tutaj niespodzianka, bo pani wiolonczelistka trzymała ją odwrotnie, strunami do siebie. Zaczęła cichutko, by przejść do dźwięków głośnych i szybkich. Dołączył do niej flet, ale wydobyły się zeń tylko dmuchnięcia, pozbawione dźwięczności. Zapiszczały pozostałe dęciaki. Waterphone jęknął pod smyczkiem. Na końcu wiolonczela zaszumiała cichutko niczym wiatr.

Kolejna część “Inescapable Spiral” rozjaśnił tę gęstą dźwiękową przestrzeń urokliwą fortepianową melodią powtórzoną przez klarnet i flet. Przypominała sceny świąt Bożego Narodzenia ze starych filmów. “Broken Then Fixed Then Broken” Anthony’ego Paterasa brzmi właściwie jak strzępki muzyki - rozsiane są po nim uderzenia, leciutkie podmuchy, pojedyncze uderzenia w klawisze fortepianu preparowanego czy palców wiolonczelistki w struny instrumentu. Całość zwieńczyło “Gated Eclipse” Mario Diaz de Leona. I tu znów przesuwanie smyczkiem po instrumentach perkusyjnych, pulsujące buczenie, narastające natężenie fletu i klarnetu.

Instrumenty duże i małe

Przedostatni dzień Sacrum Profanum to po pierwsze koncert zatytułowany “Studie in Form” który był popisem fortepianowych umiejętności Reinholda Friedla. Fortepian był preparowany - a “Studie in Form” Romana Hauberstocka-Ramatiego wydobyło z niego chyba najstraszniejszy dźwięk na całym festiwalu. Nie wiem dokładnie, czym Friedl pocierał struny, ale brzmiało to koszmarnie i prawie odpadły mi uszy - coś pomiędzy oraniem paznokciami po szkolnej tablicy a przejeżdżaniem widelcem po porcelanowym talerzu. Okropieństwo. Drugi utwór, “The Spaces3” Laurie Schwartz to przy tym sielanka, a przecież wcale nią nie był, bo muzyk wydobył ze swego arsenału żelazną rurę i łomotał nią po strunach fortepianu. A jednak przy poprzednim pisku ten łomot brzmiał bosko. Dopiero podczas “Early Floating” pianista mógł usiąść na dłuższą chwilę i wydobyć z fortepianu dźwięki przy pomocy po prostu klawiszy. Oczywiście wśród strun były przedmioty, więc dźwięki były przytłumione w specyficzny sposób. Potem w ruch poszła krótsza metalowa rurka oraz szczotka wydobywająca przyjemne szuranie i pałeczki perkusyjne różnego rodzaju. Muzyk wybijał też rytmy rękami na drewnianych elementach wnętrza fortepianu. Całość miała dosyć nerwowy, rwany charakter. Podobnie jak w poprzednich kompozycjach dużą rolę odgrywały pauzy, więc czasem uderzenie znienacka potrafiło mocniej zaskoczyć. Pod koniec klawisze wydobyły z instrumentu coś na kształt kołysanki w demonicznym wydaniu. 23 minuty tego utworu wyraźnie zmęczyły Reinholda, bo na jego czole pojawiły się kropelki potu. “Catch 2” - wracamy do Romana Hauberstocka-Ramatiego - to znów powrót szatańskiego pisku. Całość brzmiała jak wycie duchów. Kompozycja Any-Marii Avram “Klavier Utopie” wymagała położenia na strunach fortepianu małych talerzy perkusyjnych, które wibrowały przedłużając dźwięk wydobywany przez klawisze. Do tego huczała taśma pełna piekielnych skrzypień (czyli po prostu rumuński spektralizm). Do nasilania się i słabnięcia taśmowego buczenia i szybkich hałaśliwych partii fortepianu dopasowano to jaśniejące, to ciemniejące światło. Friedl głównie siedzi nad klawiszami, czasem uderza struny ręką, dokłada talerz lub przekłada go na drugą stronę (każda - wypukła i wklęsła - brzmi inaczej). Ta muzyka jest jak nadciągający kataklizm - nieustępliwa, masywna, wszechogarniająca. Po jego wykonaniu na scenie pojawił się mąż niedawno zmarłej kompozytorki, Iancu Dumitrescu.

Na koniec ukoił nas “American Dream” Mario Bertonciniego, w którym Reinhold przykładał do strun jakieś malutkie urządzonko z kręcącym się kółkiem, którym przekształcał niskie dźwięki w jednostajne buczenie narastające w radiowy niemal szum. Do tego grał na klawiszach wydobywając z instrumentu lekko brzęczące stukoty. W efekcie powstała całkiem miła melodia, trochę przypominało mi to “Machine Gun” Portishead, a trochę “Time Eater” Gold Pandy. Urządzonko z motorkiem wyprodukowało przepiękny przester, w finale brzmiąc trochę jak remont, a trochę jak golenie.

20191003_190546.jpg

Podczas drugiego koncertu usłyszeliśmy tylko dwa utwory. Pierwszy z nich, “Metale” to eksploracja dźwięków wydobywanych z tytułowego surowca. Któż mógłby lepiej zaprezentować takie eskperymenty niż Małe Instrumenty? Najpierw muzycy wmaszerowali na scenę z bębenkami zrobionymi z puszek, z małymi metalowymi talerzami nad nimi i przytwierdzonymi do nich dzwonkami rowerowymi. Grali też na ptaszkach-gwizdałkach, malutkich pozytywkach, metalowych trójkątach (nie mylić z muzycznym instrumentem-trójkątem) zawieszonych obok stolików z metalowymi misami (też wykorzystywanymi jako instrumenty), dużych konstrukcjach przypominających organy rurowe czy wibrafony, wielkiej blasze rozpostartej pomiędzy metalowymi prętami, szkolnym dzwonku… Patrząc na ten zespół nie sposób oprzeć się wrażeniu, że potrafią zagrać absolutnie na wszystkim. Sam utwór? Był pełen niefrasobliwej radości, hulaszczych eksperymentów, by powoli, stopniowo się wyciszać. Piękna rzecz.

20191003_213935.jpg

Na współpracę z Małymi Instrumentami postawił kompozytor Artur Zagajewski, będący pod wielkim wrażeniem muzyczności utworu “Inni Ludzie” Doroty Masłowskiej. Nic dziwnego, artystka posługuje się językiem bardzo plastycznym a na dowód romansu z muzyką nie tylko nawiązywała do niej w swych utworach bezpośrednio (np. hip hop w “Pawiu królowej”), ale przecież sama nagrała płytę (Mister D “Społeczeństwo jest niemiłe”, 2014). Małe Instrumenty w tym wydaniu to osiem (po dwa na każdego z muzyków) zabawkowych pianin. Dołączył do nich sam kompozytor, który wcielił się w postać bohatera utworu Masłowskiej, Kamila i udawał, że właśnie nagrywa swoją wymarzoną płytę, grając na syntezatorze i “rapując” tekst powieści z 2018 roku. Występ miał elementy aktorskie, także w zakresie stroju - wszyscy przywdziali dresy. Na pianinkach i syntezatorze wygrywali rytmiczny, monotonny podkład do opowieści Kamila. Kompozytor podzielił tekst na zwrotki, każdą przeplatając tytułowym “POWERBITEM!” czyli wulgarną skoczną syntezatorową melodyjką, urozmaicaną od czasu do czasu (a teraz zaczniemy od C!). Niektóre partie śpiewali wszyscy razem, w niektórych Zagajewskiemu towarzyszyli pojedynczy członkowie zespołu. Tekst Masłowskiej jest znakomity - nie tylko obłędnie muzyczny, ale pełen typowego dla niej wrednego humoru i boleśnie celnych społecznych diagnoz. Spacerując z bohaterem po Warszawie coraz mocniej czujemy, jak bardzo trafna jest ten opis człowieka przekonanego o swym porzuceniu, wyżymającego swoje rozterki, żale i rozczarowania na wszystkich dookoła. Choć rytm jest skoczny, melodia wesoła, a żarty zabawne, wyziera z tego utworu przejmujący smutek. Po raz kolejny sąsiedztwo prezentuje nam się w bardzo nieprzyjemnej odsłonie. Czy tekst Masłowskiej bez tej muzycznej oprawy zachwycałby tak samo? Bez wątpienia. Czy muzyka wniosła tutaj jakąś dodatkową wartość? Skłaniam się raczej do odpowiedzi, że była to samonapraszająca się, niewinna zabawa. Całość sporo zyskałaby jeśli do głównej roli zatrudniono by profesjonalnego aktora, bo choć pan Artur w rolę typowego Seby, przepraszam, Kamila, wczuł się tak mocno, że wychodziło mu to aż za dobrze, to jednak dykcji aktorskiej nie ma i tekst momentami trudno było zrozumieć.

20191004_190653.jpg

Co za dużo…

Na zakończenie organizatorzy postanowili zaserwować nam ekstremalny muzyczny maraton - czterogodzinny koncert składający się z 3 setów i dwóch 20 minutowych przerw. Po całym tygodniu pracy, porannego wstawania i wieczornych koncertów jest to spore wyzwanie. “House of the Low Culture” rozpoczęliśmy od Anji Cheung, która z prezentujących się w tym zbiorze artystów chyba najbardziej przypadła mi do gustu. Zagrała jeden po drugim bez przerwy dwa utwory “Seven Are the Veils” i “Decan of Heart’s Blood”. Obydwa są bardzo mroczne - ściana drone’ów, szumów, buczeń, snujących się niskich dźwięków. Do tego wysoki, delikatny śpiew Anji ledwie słyszalny w tej intensywnej mieszance. A wszystko to na tle czarnobiałej wizualizacji przedstawiającej enigmatyczne obrazy przyrody i migającego wśród niej człowieka.

Druga pani, Heather Leigh wykorzystuje śpiew w większym zakresie, jest songwriterką grającą na gitarze hawajskiej (dla tych z Was którzy nie znają tego instrumentu - to nic przypominającego ukulele, a pedal steel guitar, gitara wyglądająca jak stolik, gdzie zamiast blatu mamy struny a na podłodze pedały). Zagrała cały album “Throne” (2018) trwający 42 minuty. Jej mroczny folk romansujący z progresywnym rockiem zazwyczaj polegał na improwizacjach, najnowsze materiały powstają jednak w bardziej ustrukturalizowany sposób. Z początku - od “Prelude to Goddess” - przypomina to proste miłosne piosenki, ale im dalej w gitarowe pasaże, tym bardziej mrocznie nie tylko w brzmieniu, ale i w słowach. Już drugi utwór, “Lena” otwiera kulisy miłosnej historii jako opresyjnej opowieści o wykorzystywaniu seksualnym w rodzinie. Pojawiają się mocniejsze muzyczne akcenty, elementy nieco bardziej hałaśliwe, choć całość ani przez chwilę nie traci onirycznego, melancholijnego klimatu, również dzięki wysokiemu głosowi Leigh i jej charakterystycznemu śpiewowi, który jest dalekim echem i mocniejszym wydaniem Kate Bush. Na pewno warto się z tą płytą bliżej zapoznać, o ile tylko macie odwagę by wejść w ten niewinny z pozoru świat sennego koszmaru i perwersyjnych pragnień.

Po części kobiecej przyszła pora na brodatych panów z gitarą. Jako pierwszy na scenę wyszedł Mick Barr, który zagrał na elektrycznej gitarze bezgłówkowej. Niezależnie od tego, co się sądzi o wypryskujących spod jego rąk szaleńczych metalowych dźwięków nie można odmówić muzykowi oszałamiających zdolności technicznych. To prawdziwy sprinter gitary - przez 40 minut z naprawdę bardzo drobnymi pauzami machał jednostajnie prawą ręką, a lewą pociskał (używam łagodnego słowa choć w domu kultury niskiej mogłabym się nie bać cisnących się na usta dosadnych określeń tych ruchów) riffy jak karabin maszynowy. No wirtuoz czystej wody. Przy pierwszej pauzie posypały się oklaski, bo publiczność chyba nie wierzyła, że Mick da radę jeszcze dalej to ciągnąć, ale był to typowy falstart, bo Barr się tylko rozkręcał.

Aaron Turner oszczędzał za to energię. Elektryczną gitarę z przezroczystym pudłem podłączył do dwóch ton efektów i wyciskał z niej demoniczne hałasy. Sprzężenia, przestery, chroboty, drony, długie, jednostajne dźwięki, czyste szataństwo czarniejsze niż metalowa kanonada, którą słyszeliśmy wcześniej. Po przerwie kończącej część męsko-gitarową szereg czarnych znaków zapytania z książeczki festiwalowej zapełnił się zapowiadaną niespodzianką - okazało się, że Aaron wystąpił wspólnie z Heather. Kolejna piosenka wypełniona mroczną namiętnością - a pleasure to die for, śpiewała Leigh - od indywidualnych popisów pani przechodząca w dialog dwóch gitar. Turner trochę poskromił swoje przestery, przechodząc do bardziej dyskretnych, nie zagłuszających śpiewu buczeń. Całkiem zgrabnie im wyszła ta współpraca.

Na koniec trochę odpoczynku od różnego rodzaju hałasów zafundował nam Mario Diaz de Leon prezentując “Body Pulse Prism”. Przyjemne elektroniczne plumkamie, coś na kształt nieśmiałej dyskoteki, gdzie do wtóru laptopowych tonów pojawił się nadający kompozycji głębię bas z dzierżonej przez muzyka gitary. Jak sama nazwa wskazuje rytm utworu oparty był na pulsie ciała, aczkolwiek z tego typu eksperymentów lepiej wspominam bazujący na bardziej klasycznym instrumentarium utwór Richarda Reeda Parry’ego, również zaprezentowany podczas jednej z edycji krakowskiego Sacrum Profanum.

Hałas zmieniony w muzykę

Tegoroczna edycja jednego z moich ulubionych festiwalu nie zawiodła - mieliśmy przepiękne zestawienie kompozycji nowszych i tych, które mają już pół wieku, kompozytorów bardziej i mniej znanych, z dominującego kręgu anglosaskiego i z sąsiadującej, a podatnej na przeoczenia Litwy. Do wyboru do koloru, ciszej, głośniej, mocniej, delikatniej. Cały ten muzyczny wachlarz łączy jak zwykle jedno - stawanie na przekór muzycznym oczekiwaniom, zaskakiwanie, rzucanie uszom wyzwań.

I to było po raz kolejny widać po publiczności, która nie wytrzymywała - z każdego koncertu był co najmniej jeden uciekinier. Jak to w rozmowie dwóch nieznajomych (mi) osób po koncercie Patricka Higginsa:
- Przemyślałem to i sądzę, że jednak mi się podobało.
- A mi nie. Co to za muzyka, bez rytmu, bez melodii?
Optymistyczne jest to, że w ogóle się tam znaleźli i - w tym przypadku - dotrwali do końca. Może to wyzwanie, nawet jeśli niezbyt dobrze przyjęte, zrodzi kiedyś później zainteresowanie czymś innym, pozwoli usłyszeć muzyczne zalążki w remontowanym moście, u wiercącego w ścianach sąsiada, odkryć perwersyjne, noise’owe przyjemności? Kto wie. Ja nieustannie zachęcam do zderzania swoich muzycznych przyzwyczajeń z przebogatym światem poszukiwań na granicach muzycznych krain.

3 utwory

1. Julius Eastman - "Evil Nigger"

2. Patrick Higgins - "White Lie"

3. Heather Leigh - "Lena"