RecenzjaEwa BujakSuede

Suede - "The Blue Hour"

RecenzjaEwa BujakSuede
Suede - "The Blue Hour"
blue hour.jpg

3 utwory:

1. Suede - “As One”

2. Suede - “Cold Hands”

3. Suede - “Don’t Be Afraid if Nobody Loves You”

(…) są to czasy świetności zespołu Suede i wszyscy udają, że są trochę biseksualni między dwudziestą trzecią a czwarta nad ranem, pisała Caitlin Moran w „Dziewczynie, którą nigdy nie byłam” nawiązując tym samym do słynnej wypowiedzi Bretta Andersona o biseksualiście bez doświadczeń homoseksualnych. Wie, co mówi, bo jako dziennikarka „Melody Maker” w latach 90. była naocznym świadkiem wybuchu popularności zespołu. To był zdecydowanie Ich czas.

Pod koniec września, w przededniu trzydziestej rocznicy istnienia zespołu, ukazał się ósmy studyjny album grupy, „The Blue Hour”. Jako pierwszy zwiastun, jeszcze w czerwcu, poznaliśmy „The Invisibles”. Smyczki na pierwszym planie, delikatna melodia. Niezaprzeczalny smutek dialogu – ojca z synem? Mało brytyjsko, mało rock’n’rollowo. Ale jednak.

Cała płyta stanowi ścieżkę dźwiękową do wspomnień z dzieciństwa. I ponowną z nim konfrontację – z perspektywy dorosłego towarzyszącemu swojemu dziecku. Blue Hour to ten moment, gdy gaśnie dzień, a zaczyna się wieczór. Moment bezpowrotnie utracony. Brett Anderson zawsze lubił umieszczać swoją muzykę w konkretnej przestrzeni. Tym razem są to boczne drogi, z dala od głównych arterii, w posindustrialnym, postprzemysłowm krajobrazie. To płyta o potrzebie bliskości, ucieczce od rzeczywistości, o przemijaniu, miejscach, które nie pasują do naszego obrazu świata, o utracie. Tak, utrata jest tym, co w moim odczuciu wysuwa się tu na pierwszy plan. Ale to także o wdzięczności i akceptacji. Oto najlepsza muzyka Suede, jaką możemy od nich dostać. Jednocześnie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że niemal każdy z tych czternastu fragmentów (bo niektóre trudno nazwać piosenkami) mogliby nagrać dwie dekady wcześniej. „Don’t Be Afraid if Nobody Loves You”? „Wastelands”? Najostrzejszy tu „Cold Hands”? Proszę bardzo. Jednak mamy tu kompletnie nową jakość, która stanowi o tym, że całość robi wrażenie bardziej słowno-muzycznego słuchowiska niż płyty rockowego zespołu. Zespół postawił na nowe w swojej twórczości środki wyrazu.

 
 

Rozpoczynający album „As One” robi wręcz apokaliptyczne wrażenie. Orkiestrowy rozmach (do nagrania „The Blue Hour” zaproszono Filharmoników z Pragi), dramatyzm. Patos, ale bez przekroczenia delikatnej granicy przesady czy wręcz śmieszności.  Nie znaliśmy takiego Bretta Andersona. Na koniec krzyki, szczekanie psa. Zmierzch i niepokój. I życie z dala od zgiełku miasta i jego ambicji. Podobnie napięcie zespół buduje w „Chalk Circles”. Tu wokalista wprowadza kolejny nowy element – recytację, którą usłyszymy jeszcze w „Roadkill”. „Life is Golden” może pełnić w twórczości Suede rolę comfort song. Nie jesteś sam, spójrz w niebo i bądź spokojny… „Tides” jest nieco bardziej podszyte złością, niezgodą; „All the Wild Places” – cichym smutkiem. Album wieńczy – bo to słowo bardziej pasuje tu niż „kończy” – „Flytipping”. Aranżacyjna perełka z riffem uzupełnionym przez chór. 

Suede znów wydali bardzo intymną płytę, która najlepiej smakuje w samotności, nocą, podawana wprost do serca i głowy. Całość jest tak bardzo Ich, jak tylko to możliwe. Melodie budowane przez Andersona, jego głos i towarzysząca im gitara Richarda Oakesa. Znamy to tak dobrze. Nie ma tu poczucia, że nagrali coś nie po swojemu. Nie ma tu nic „przyzwoitego” czy „na siłę” – nawet miniaturka „Dead Bird” ma swoje miejsce. Trudno nawet powiedzieć, że to (bardzo udany) eksperyment. „The Blue Hour” to refreny przez duże „R”. Wielkie, choć wcale nie odkrywcze.

Świat nie czeka już na Ich albumy z wypiekami na twarzy. To nieważne. Dali nam więcej niż ktokolwiek mógłby jeszcze od nich oczekiwać. Świadectwo dojrzałości? Zdane na najwyższą ocenę.

3 utwory

1. Suede - “As One”

2. Suede - “Cold Hands”

3. Suede - “Don’t Be Afraid if Nobody Loves You”