The Cure - ujęcie subiektywne

The Cure - ujęcie subiektywne
33u6ek5.jpg

3 utwory:

1. The Cure - “One Hundred Years”

2. The Cure - “Prayers for Rain”

3. The Cure - “From the Edge of the Deep Green Sea”

Dyskografia The Cure jest nieco przykurzona i osnuta pajęczynami - minęło już jedenaście lat od ostatniego studyjnego albumu zespołu. Na szczęście Robert Smith kilka tygodni temu ogłosił, że nowa płyta, o której pierwsze wzmianki pojawiły się w grudniu 2018 roku, jest ukończona. Odkurzamy więc cure’ową dyskografię i przedstawiam dziesięć najlepszych utworów grupy w bardzo subiektywnym ujęciu.

Nowa płyta to nie wszystko.  29 marca 2019 roku The Cure zostali wprowadzeni do Rock And Roll Hall of Fame przez Trenta Reznora. Fonograficzny debiut, „Three Imaginary Boys”, kończy 40 lat, a sam Robert Smith 21kwietnia obchodził 60. urodziny.

Przez ostatnie cztery dekady The Cure wychowywali i prowadzili za ręce podobnych sobie wrażliwców. Większości z nich czasy młodzieńczej egzaltacji dawno minęły, ale byli ważni, są ważni i – miejmy nadzieję – będą nadal ważni.

Mój czas poznawania ich twórczości przypadł na lata kiedy nagrywali jeszcze w miarę regularnie. Był taki czas, kiedy ich muzyka nie dawała mi zasnąć, ale był też taki, kiedy z ubolewaniem patrzyłam na ich lekko karykaturalną konsekwencję. W przeszłości, delikatnie mówiąc, zaskakiwali. Być może robiło się zbyt poważnie, być może musieli udowodnić coś sobie i światu.

Mimo to nie potrafię mierzyć ich twórczości jedną miarą i chętnie wymazałabym co nieco z ich twórczości. Ale na szczęście tych dobrych, cure’owo mrocznych i klaustrofobicznych utworów jest znacznie, znacznie więcej.

„Primary”

Pierwszy zwiastun drugiej płyty The Cure, „Faith”. „Primary” to przejście z dzieciństwa w dorosłość, ale nie rytualne, pełne celebracji. To raczej zderzenie z własnymi oczekiwaniami, weryfikacja fundamentalnych pojęć i definicji poznanych w dzieciństwie, a co za tym idzie utrata niewinności i naiwności, która blaknie z czasem. Symboliczna tu jest okładka singla z trzema dziewczynkami oraz teledysk nawiązujący nieco do filmu „Piknik pod wiszącą skałą” Petera Weira.

Proszę, nie zmieniaj się, śpiewa Robert Smith przy akompaniamencie jedynie gitar basowych i perkusji.     

 
 

„One Hundred Years”

Utwór otwierający „monumentalne dzieło przygnębienia”, jak pisał Peter Notari w „1001 albumów muzycznych”, czyli płytę „Pornography”. Poznałam ją pewnej spędzonej przy radiu jesiennej nocy 2000 roku, nagrałam w całości wraz z tłumaczeniami tekstów na kasetę, a potem… bałam się do niej wrócić. Jawa mieszała się ze snem, dokładnie jak na tej płycie. Taka mała wewnętrzna apokalipsa…

Tekst „One Hundred Years” wydaje się być strumieniem świadomości, zbiorem luźno powiązanych ze sobą spostrzeżeń. Z tego  chaosu wyłaniają się ostatnie słowa: Over and over/ We die one after another/ It feels like the hundred years. Ostatnie stulecie skondensowane w niecałych siedmiu minutach: obrazy przemocy, wołanie o miłość, poczucie beznadziei – wszystko to składa się na bezsens ludzkiej egzystencji. Takie słowa w ustach 23-latka brzmią niemal jak bluźnierstwo, ale przecież „One Hundred Years” to straceńczy bieg z zamkniętymi oczami. Pozbawiony nadziei, ale fascynująco wciągający. To wibrująca gitara i lodowate, jednostajne uderzenia w bębny Lola Tolhursta. Do tej pory The Cure nie byli tak głośni ani tak agresywni. Nadzieja przyjdzie dopiero z ostatnimi słowami na tej płycie.

 „Disintegration”

„Disintegration” stanowiło dla Roberta Smitha publiczny rozrachunek z czasem i jego wpływem na relacje. Skończył 30 lat, ożenił się – idealny czas na podsumowania, których konsekwencją jest jeden z najlepszych albumów The Cure.

W utworze tytułowym pojawia się temat związku z bardzo niepewną przyszłością. Zaatakuj, zanim sam zostaniesz zaatakowany.

Zostawię cię ze zdjęciami /Świadectwem oszustwa/ Plamami na dywanie i plamami na wspomnieniach/ Piosenki o szczęściu mruczane przez sen/ Kiedy oboje wiedzieliśmy/ Jak zawsze się to kończy…

O tym utworze Smith mówił: „To mój krzyk rozpaczy wobec sytuacji, gdy wszystko się wali. Ale i deklaracja wolności: mogę taki stan porzucić.”

 
 

„Prayers for Rain”

Ponad półtorej minuty monumentalnego instrumentalnego wstępu. Niosący ze sobą smutek i złość dialog gitary z klawiszami piszącymi przepiękne motywy. Głos Smitha odbijający się echem od mokrych szyb.  Żal, pretensja, samotność we dwoje. Zamiast celebracji czasu z bliską osobą zabijamy czas, czekając na oczyszczający deszcz.

„From the Edge of the Deep Green Sea”

Album „Wish” odbieram jako ogniwo łączące przystępność odbioru z ambicjami artystycznymi, a jednym z przykładów takiego idealnego mariażu jest ten utwór – opowiadanie w formie piosenki. Ona i on, już nie oni, w obliczu nadchodzącej zmiany na gorsze: Same old game/ love in vain

Robert Smith w wywiadzie dla „Tylko Rocka” mówił: „Moim zdaniem na „Wish” jest parę wspaniałych piosenek. Choćby From the Egde of the Deep Green Sea. To jedna z tych rzadkich piosenek, o których już od chwili stworzenia wiesz, iż należą do najlepszych rzeczy, jakie kiedykolwiek uda ci się stworzyć”. „New Musical Express” porównał cały album do filmu, który – gdyby dostał Oscara – to nie w jednostkowych kategoriach, ale za dorobek życia.

„End”

Zamykający płytę „Wish” utwór stanowiący rozliczenie z własnym statusem „gwiazdy rocka”. Smith odsuwa od siebie światła sceny, ludzi i ich emocje: I think I've reached that point/ Where giving up and going on/ Are both the same dead end to me, śpiewa Smith na samym początku. Wtedy, w 1992 roku, gdy nie znaliśmy wielu szczegółów z życia gwiazd, a mało kto używał słowa „wypalenie” takie wyznanie mogło wydać się przynajmniej dziwne.

 
 

„This Twilight Garden”

Strona B singla „High” z 1992 roku. Dwanaście lat później znalazł się także na jednej z płyt boxu „Join the Dots. B-Sides and Rarities 1978 - 2001”. We wkładce do tej płyty Robert Smith napisał, że to jego absolutny numer jeden spośród wszystkich B-side’ów grupy. I że zupełnie nie rozumie, dlaczego nie znalazł się na „Wish”, skoro jest tam np. „Wendy Time”. I ja też nie rozumiem, bo to jedna z najładniejszych piosenek o miłości. No one will ever take your place/ I am lost in you… Chciałoby się, żeby ten utwór wyznaczył dalszą drogę dla The Cure.

 
 

„This ia a Lie”

Pierwszy utwór The Cure, który poznałam w czasie rzeczywistym, czyli w 1996 roku, gdy ukazywał się album „Wild Mood Swings” – w założeniu akustyczny i naiwny. Pośród piosenek pełnych cytatów z własnej przeszłości, znalazła się tu także ta z aranżacją na kwartet smyczkowy, pełna goryczy: How each of us deceides/ I’ve never been sure/ The part we play, the way we are. Wszystko jest ułudą, iluzją, choć Smith nazywa to dosadniej: wszystko jest kłamstwem.

 
 

„39”

Płyta „Bloodflowers”, rok 2000. Akurat rock wracał do łask, gdy Robert Smith pisał podbarwiony elektroniką, pełen zgiełku „39”. To kolejne świadectwo skłonności Artysty do podsumowań – piosenka powstała w dniu jego 39.urodzin. Zamiast świętować napisał piosenkę o utracie pasji, o zmieniających się z wiekiem namiętnościach. Dawny płomień przygasł, dawne marzenia blakną. This  fire’s almost out… Szczere, cierpkie, ale pozbawione oceny wyznanie. CZas znów bezlitośnie poddaje człowieka próbie.

 
 

“Anniversary”

Próba uchwycenia chwili i kolejna piosenka o miłości niemożliwej do spełnienia. Tekst w połączeniu z lekko połamaną strukturą muzyczną sprawia, że jest to jeden z najbardziej klaustrofobicznych utworów zespołu.

 
 

3 utwory:

  1. The Cure - “One Hundred Years

  2. The Cure - “Prayers for Rain”

  3. The Cure - “From the Edge of the Deep Green Sea”