The Great Escape - festiwal (nie) tylko dla branży muzycznej

W pogoni za "uciekającymi" koncertami.

TGE_colour_Sq.jpeg

3 utwory

1.  Lucia, Roxy Agogo - "Saturday is Dead" 

2. Nilufer Yanya - "Small Crimes"

3. George Glew - "Bittersweet"

The Great Escape to chyba jedyny obok amerykańskiego SXSW (South by Southwest) festiwal, gdzie liczba występujących artystów zbliża się na niewielki dystans do ilości jego uczestników. Samymi koncertami i towarzyszącymi wydarzaniami, które odbywają się w przeciągu ledwie trzech dni można by obdzielić kilka muzycznych lat w Krakowie. Ponad 500 artystów do posłuchania, 700 koncertów w 60 rozrzuconych po nadmorskim Brighton miejscach i ten jakże skromny zapas sił i czasu. Gdyby to była pierwsza moja tego typu festiwalowa „ucieczka” doznałbym z pewnością szoku, na szczęście skończyło się tylko na zawrocie głowy (eng. „Vertigo”) jak z filmu Hitchcocka. 

Jaka formuła i dla kogo?

Na początku ciężko było pogodzić się z samą myślą, że gdy zdecyduje się na jeden koncert może mnie ominąć dziesięć innych. Na szczęście zdarzało się, że artysta miał np. w ciągu jednego dnia dwa występy w dwóch innych miejscach. Niektórzy dawali nawet trzy koncerty w przeciągu całego The Great Escape. Zatem szanse, by kogoś usłyszeć znacząco wzrastały. Przeważnie długość trwania występu oscylowała wokół 30 minut, gdyż zwyczajnie młodzi i nieznani dotąd szerszej publiczności artyści nie mieli po prostu więcej materiału. Jeśli chodzi o wydarzenia i sceny, nad którymi patronat sprawowali partnerzy festiwalu (np. VEVO, YouTube) czas trwania koncertu niekiedy wydłużał się do 45-60 minut (headlinerzy pokroju NAO czy The Go! Team). Formuła ta doskonale się sprawdzała biorąc pod uwagę fakt, że jest to przede wszystkim festiwal dla osób z branży. To podczas The Great Escape dyrektorzy programowi najważniejszych festiwali muzycznych podpatrują nowe, interesujące zespoły, managerowie poszukują młodych talentów, które chcieliby reprezentować, a dziennikarze podczas małych kameralnych koncertów odkrywają przyszłe gwiazdy.

BeachAtmos_Thurs_MikeMassaro-0175.jpg

W trakcie TGE odbywają się w Brighton także panele dyskusyjne lub interaktywne sesje dla artystów i firm nagraniowych mające na celu pomoc w zbudowaniu bazy fanów i uzyskaniu finansowego zysku. Poszczególne kraje mają swoje showcase’y i promują na Wyspach swoje zespoły (silna reprezentacja z Holandii, Kanady, Korei, Francji i Wielkiej Brytanii), a rozpoznawalne w branży marki (BBC Introducing, Fader czy wcześniej wspomniane VEVO i YouTube) biorą pod swoje skrzydła dobrze zapowiadających się wykonawców. Można posłuchać zarówno muzyki, jak i samych muzyków. Podczas spotkania-wywiadu z legendarnym gitarzystą byłym członkiem grupy The Smiths - Johnym Marrem - klub Patterns pękał w szwach. Wypowiedzi artysty przedzielane były krótkimi akordami i improwizacjami wzbudzając uznanie publiczności. Scenę objął patronatem znany producent gitar Fender, a jakże by inaczej. Inni muzycy też chętnie rozmawiali często po koncertach wtapiając się w publikę, która przed chwilą ich słuchała. Granica pomiędzy wykonawcą, a odbiorcą często więc zacierała się. Tak było podczas koncertu shogaze’owego zespołu Fears Chella w East End Tap Bar, czy występu przyszłej następczyni Beyoncé w osobie dwudziestoletniej Tayi. Krótkie acz treściwe koncerty dawały zainteresowanym odpowiedź, czy warto śledzić skromnych chłopaków ze Stoke lub wokalistkę z Liverpoolu. Branżowym wyjadaczom wystarczy przecież jedna „nutka”, by wiedzieć dokąd zmierza ta melodia, a co za tym idzie i jej autor.

 
 

Gdzie, jak i co mają do tego napotkani ludzie. Dzień 1

Podczas pierwszego dnia festiwalu starałem się hołdować zasadzie jedno miejsce - jeden koncert. Po pierwsze chciałem zobaczyć jak najwięcej ciekawych lokalizacji, a po drugie nie zacierać wrażenia, jakie wywarł na mnie występ danego artysty. Postanowiłem też zadziałać nowocześnie i krążyć po Brighton używając dedykowanej The Great Escape aplikacji. Obrana metoda sprawdzała się znakomicie. Odkrywając nieznaną mi dotąd muzykę poznawałem rozmaite zakamarki Brighton w bardzo krótkim czasie. Szybko podejmowane decyzje, zaufanie intuicji i zwięzłym, lecz treściwym opisom wykonawców w aplikacji procentowało doskonałymi wyborami. Oczarowała mnie swoim śpiewem Australijska piosenkarka i autorka tekstów Odette podczas swojego występu w perfekcyjnie nagłośnionej sali Sallis Benney Theather. Wybrzmiały trzy doskonałe kompozycje "Collide", "Take It To The Heart" i "Watch Me Read" wsparte subtelnym elektronicznym podkładem, a rozweselił optymistyczny cover „Losing You” z repertuaru Solange. Kolejnego spontanicznego wyboru również nie pożałowałem. Zamiast na obleganą scenę VEVO w Wagner Hall, gdzie mieli zagrać Pale Saints postawiłem na unikalny i unikatowy (tylko jeden występ artysty w trakcie festiwalu) koncert w Kościele Unitarian w Brighton. Przywitało mnie ascetyczne wnętrze ze sceną usytuowaną na ołtarzu z minimalistycznym tłem w postaci szafirowej kurtyny. George Glew również okazał się nad wyraz skromnym człowiekiem, lecz gdy wziął do ręki gitarę i zaczął śpiewać dreszcze przeszły mi po całym ciele. Młodzian z Bristolu może w niedługim czasie zostać objętym patronatem BBC Sound of 2019, talent na miarę tego jeszcze nieoszlifowanego Eda Sheerana. Kompozycje „Bittersweet” czy „Home Love” poruszyły wewnątrz mnie dawno zapomniane, a bardo lubiane obszary. A skoro o przestrzeniach mowa, to koncertowano dosłownie wszędzie wliczając w to scenę usytuowaną w obrębie lunaparku na Brighton Pier (angielski odpowiednik sopockiego molo), gdzie zostałem zaskoczony przez pochodzącą z Glasgow dream-punkową artystkę Lucię wraz z towarzyszącym jej zespołem. Bardzo charakterystyczne brzmienie i charakterni wykonawcy. Coś dla marzycieli, ale z pazurem. Utworu „Saturday is Dead” najlepiej posłuchać, gdy już się wydaje, że sobotni wieczór spisany jest na straty.

BELLA BULL PHOTOS (WILL ADD ARTISTS NAMES LATER BECAUSE UPLOADING FROM PHONE AND CANT ADD INDIVIDUAL NAMES)-047.jpg
BELLA BULL PHOTOS (WILL ADD ARTISTS NAMES LATER BECAUSE UPLOADING FROM PHONE AND CANT ADD INDIVIDUAL NAMES)-046.jpg

Biegałem między oddalonymi od siebie od kilku do kilkunastu minut lokalizacjami aż w końcu brakło mi tchu i zakotwiczyłem w jednym miejscu. Zmuszony okolicznościami odkryłem kolejny sposób przemieszczania się po festiwalu, którym okazał się bezruch. Zastygłem niczym posąg i słuchałem w ramach The Alternative Escape jeden po drugim co najmniej kilku obiecujących gitarowych zespołów. Zrezygnowałem tym razem z oldschoolowego papierowego programu i zwyczajnej kartki ze spisaną listą artystów (choć napotykałem wiernych tej metodzie festiwalowiczów). Odpocząłem chwilę i ruszyłem w kierunku wcześniej wspomnianego Wagner Hall posłuchać pochodzącej z Finlandii wschodzącej gwiazdy pop Almy (za produkcję nagrań odpowiadają te same osoby, które stoją za sukcesami Justina Biebera, Snoop Dogga czy Seleny Gomes). Byłem chwilę przed czasem przeczuwając, że może to być jedno z bardziej obleganych wydarzeń. Wiele się nie pomyliłem, a co więcej czekając w kolejce do wejścia dowiedziałem się, że to dopiero pierwsza prowadząca do ogrodu, gdzie mogę obejrzeć koncert Almy (artystka wystąpiła w Polsce w czwartek 5 lipca podczas Open'er Festival) na telebimach. Kolejna miała wieść do właściwego wnętrza. Ot, ekskluzywne wydarzenie firmowane przez VEVO. Upór jak się okazało popłacił i po chwili oczekiwania byłem w końcu w środku. Przeszedłem pewnym krokiem wzdłuż ruchomej kurtyny oddzielającej korytarz od ekstatycznej publiczności i byłem pod rozświetloną ekranami niczym choinka sceną. Dowiedziałem się, jak wygląda od środka MTV doby Internetu. Z minuty na minutę zaczynałem powoli rozumieć, co tak naprawdę oznacza światowy przemysł muzyczny. 

 
 

Na zachodzie bez zmian. Dzień 2

Piątek rozpocząłem z lekkim poślizgiem, ale dzięki temu pozostałem dłużej w trybie operacyjnym i przekonałem się, że w brytyjskiej muzyce tanecznej niewiele się zmieniło od czasów Haciendy (The Haçienda – legendarny klub w Manchesterze, związany na przełomie lat 80. i 90. z początkiem acid house’u i muzyki rave - przyp. red.). Dowiedziałem się także, że Anglicy wręcz uwielbiają stać w kolejce do wejścia na imprezę czy koncert, która stała się dla nich swego rodzaju śluzą do życia towarzyskiego. Nikomu nie przeszkadza spędzić w niej nawet powyżej trzydziestu minut. Obowiązuje jedna ważna zasada: „One in, one out” oznaczająca, że gdy dane miejsce zaczyna „pękać w szwach” można dopiero wejść do środka po tym, jak co najmniej jedna osoba zrezygnuje z dalszej zabawy. Można natrafić na mały brak organizacji, ale wtedy warto podjąć konstruktywną dyskusję z organizatorami i postawić na swoim. Przede wszystkim warto jednak podążać za muzyką. Po inauguracyjnym koncercie dnia wszedłem w jedną z uliczek. Usłyszałem dźwięk dobiegający z pobliskiego podwórka. Chwila oczekiwania w tradycyjnej kolejce i okazało się, że dostałem się na imprezę labelu Republic of Music, który na wydarzeniu towarzyszącym festiwalowi prezentował swoje najnowsze odkrycia. Tam też natknąłem się na dyrektora programowego Iceland Airwaves. Tym samym utwierdziłem się w przekonaniu, że jestem na dobrej ścieżce. Powoli zacząłem dochodzić do wniosku, że nawet błądząc ani na chwilę nie zbaczam z muzycznego szlaku, a zasada obowiązująca na festiwalu w kwestii wyboru artystów i koncertów to po prostu „brak zasad”. W ten sposób dotarłem do usytuowanego pośród wąskich uliczek sklepiku londyńskiego labelu Bella Union, gdzie zostałem ugoszczony kawą i rozmową. Od razu obrazek z mojej koszulki został skojarzony z plakatem legendarnego Woodstocku. Sympatyczni ci pasjonaci zajmujący się muzyką w Wielkiej Brytanii. Prowadzony instynktem dostałem się niedługo później na krótki występ wcześniej już wspomnianej Tayi w pobliskim pubie The Walrus. Nie doczekałem się rapera o pseudonimie Suspect (eng. suspect - podejrzany), który widać coś przeskrobał. Im bliżej wieczora tym program się zagęszczał i musiałem w końcu stawić czoła dylematom. Postawiłem na występy na scenie Beach House objętej tego dnia kuratelą YouTube.

GraceCarter_BeacClub_Friday_HarrietBrown-2283.jpg

Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Posłuchałem dwóch artystek o skrajnie odmiennym podłożu: posiadającej doskonałe wykształcenie wokalne perfekcjonistki Grace Carter i spontanicznej alternatywnej Nilufer Yanya. O ile Grace zaśpiewała bez zarzutu, to brakowało pierwiastka w postaci doświadczenia życiowego. Z kolei utwory w wykonaniu Nilufer nie brzmiały już tak dobrze na żywo jak na płycie, choć bez wątpienia stoi za nimi historia. Z pewnością obu wokalistkom dobrze zrobiłaby mała wymiana spostrzeżeń. Artystką, która zdołała połączyć wspomniane powyżej podejścia do muzyki i wykonywania zawodu wokalistki jest kolejna Brytyjka NAO. Nowatorski, elektroniczny soul i produkcja przywołująca na myśl neo-soulowego Maxwella, który pod koniec lat 90. wyprzedzał o dekadę muzyczne trendy, wybrzmiała na zakończenia dnia w namiocie Beach Club. Rozmyte sceniczne światła w jednolitej zmieniającej się kolorystyce, wyraziste logo artystki w tle, ciekawy ubiór i przede wszystkim muzyka doskonale współgrały ze sobą. Muszę przyznać, że całkiem miło się słuchało znanych mi kompozycji „Adore You”, „Bad Blood” czy koncertowej instrumentalnej wersji utworu „Firefly” z repertuaru Mura Masy z gościnnym udziałem NAO. 

NAO_BeachClub_Fri_MikeMassaro-2367.jpg

Festiwalową plażę zamykano nieco po godzinie 22:00, gdyż temperatura i oceaniczne powietrze nie sprzyjały dalszej zabawie w tej lokalizacji bez konieczności narażania zdrowia. Jeśli ktoś jednak czuł się na tyle dobrze, że postanowił kontynuować wieczór przy udziale dźwięków mógł udać się do pobliskiego klubu The Arch, gdzie z niemal całonocnym setem miał wystąpić DJ, producent, remikser, radiowiec, właściciel jednego z najbardziej wpływowych klubów Trash (od 1997 do chwili jego zamknięcia w 2007 roku) i przede wszystkim animator londyńskiej sceny klubowej - Erol Alkan. Gdy tylko wszedłem do środka poczułem się jak bohater filmu „24 Hour Party People”, który został rzucony w wir imprezy w manchesterskiej Haciendzie. Po mojej lewej stronie spostrzegłem jegomościa ubranego w oryginalny dres znanego producenta odzieży. Miał założone okulary przeciwsłoneczne i nosił charakterystyczny kapelusik. Z sound systemu wydobywały się dźwięki muzyki tanecznej o wyspiarskim rodowodzie, pulsowały kolorowe światła i zacząłem wypatrywać New Order i Happy Mondays.

Ślub królewski kontra The Great Escape. Dzień 3

BoyAzooga_DrMartens_Thursday_PhoebeFox-11.jpg

Wesoła okazała się także sobota nie tylko z powodu pięknego słonecznego dnia, lecz z powodu ślubu Księcia Harry’ego z Meghan Markle. Dowiedziałem się o tym zupełnie przypadkiem, parę minut po godzinie trzynastej, kiedy to usiłowałem kupić kartkę pocztową. Sprzedawca gdzieś zniknął, a z radia dobiegały odgłosy transmisji uroczystości państwowych. Połączyłem szybko linią odległe dotąd od siebie kropki i wszystko stało się już jasne. Postanowiłem przespacerować się, a po drodze zobaczyć jak z tej okazji świętują Brytyjczycy. Minąłem więc radosną grupkę starszych pań w połyskujących brokatowych sukienkach w barwach Imperium wymachujących niedużymi flagami, a nad brzegiem morza ustawiono telebim, gdzie można było swobodnie oglądać transmisję ślubu. Szczęśliwie Brighton mimo weekendowej pory wydawało się tego dnia nieco opustoszałe, gdyż wiele osób zdecydowało się pozostać w Londynie. Oznaczało to przede wszystkim łatwiejsze przemieszczanie między lokacjami. Szybko dotarłem więc do miejsca, gdzie swój trzeci występ miał dać Sam Fender. Komedia Studio Bar był oblegany, co w zestawieniu z jego niewielkimi rozmiarami sprawiło, że po raz pierwszy odbiłem się od bramki. Wobec tego udałem się w kierunku festiwalowej plaży. Tam przywitało mnie gitarowe granie dobiegające ze sceny Dr Martens i następnie powtórka z rozrywki w Beach House w postaci koncertu Odette. Inne warunki, inna pora dnia, inna publiczność, ale artystka wciąż ta sama. To, że zauroczyła mnie za pierwszym razem swoim występem nie było więc dziełem przypadku. W połowie dnia nadszedł czas na małą przerwę, a w drodze do miejsca odpoczynku jakby wabiony głosem syreny wszedłem na kolejny mini-koncert. Zaczarowała mnie swoim subtelnym śpiewem artystka o pseudonimie Marna i okazała się wspaniała. Zapisałem, sprawdziłem i będę śledził jej dalsze losy. Wieczorna część atrakcji zapowiadała się dość obiecująco. Zacząłem od sprawdzenia sceny BBC Introducing mieszczącej się w sali balowej jednego z hoteli, gdzieś po drodze na ulicach Brighton mignął Nick Cave, następnie po raz pierwszy przejechałem się taksówką (ten prawostronny ruch!), aby zdążyć na koncert headlinera wieczoru The Go! Team. Chciałem usłyszeć kilka kompozycji z pierwszego albumu zespołu wyprodukowanego przez Kevina Shieldsa. Wybrzmiały m.in. utwory „Ladyflash”, „Huddle Formation”, „Junior Kickstart” i mogłem odhaczyć zespół na mojej liście życzeń. Byłem gotów pożegnać Brighton.

TheGo!Team_BeachClub_Saturday_PhoebeFox-6.jpg

Epilog. Moje małe Trainspotting.

The Great Escape zaskoczył mnie pod wieloma względami jako reprezentant brytyjskich festiwali. Choć różnił się nieco od tego typu znanych mi imprez, to jednak miałem wrażenie, że organizacja festiwalu na Wysypach to codzienność. Wystarczy pstryknięcie palcami i wszystko jest już gotowe. Brytyjski przemysł muzyczny to jakby inny wymiar. Swego rodzaju samograj, który kręci się od wielu już lat bez ustanku. Skończy się The Great Escape, a w następny weekend ruszają gdzieś w sąsiednich miastach dwa inne festiwale. Imprezę w nadmorskim Brighton polecam nie tylko osobom planującym swoje kariery w branży muzycznej, ale też miłośnikom odkrywania nowych zespołów i artystów. Wyobraźcie sobie, że słyszeliście właśnie tam jako pierwsi Radiohead zanim osiągnęli światowy sukces. Prawda, że miłe uczucie? Moja podróż muzyczno-krajoznawcza, z niewyczerpaną ilością możliwości rozwoju akcji zakończyła się w niedzielę na oddalonych o godzinę drogi od Brighton klifach Seven Sisters. Po nocnych pląsach do dźwięków eksperymentalnego techno Laurel Halo wybrałem się na wycieczkę w niezwykle malownicze miejsce. Spektakularne widoki przed moimi oczami, a w głowie rezonująca jeszcze muzyka. Wtem, zorientowałem się, że idę środkiem ogrodzonej łąki, nieopodal brzeg morza, a wokół mnie pasą się stadka beczących i dziwnie przyglądających mi się owiec. Przyszło mi wtedy na myśl tylko jedno słowo: Sheepspotting!

fot. materiały prasowe organizatora

3 utwory

1.  Lucia, Roxy Agogo - "Saturday is Dead" 

2. Nilufer Yanya - "Small Crimes"

3. George Glew - "Bittersweet"