Thomas Dybdahl – “What’s Left Is Forever”

Thomas Dybdahl – “What’s Left Is Forever”

Pięćdziesiąt minut skandynawskiej wrażliwości.

79-80_12_2013_ThomasDybdahl-fit-300x300.jpg

3 utwory

1. Thomas Dybdahl - "But We Did"

2. Thomas Dybdahl - "This Love Is Here To Stay"

3. Bon Iver - "For Emma"

Ten album ma coś, czego nie mają inne, Dybdahl swoimi nowymi piosenkami porywa mnie od pierwszych dźwięków. I jestem pewna, że moje zauroczenie tą muzyką nie wynika tylko z tego, że jej autor jest doskonałym singer-songwriterem (na pewno moim ulubionym) – na “What’s Left Is Forever” po prostu nie ma złych momentów. Zmiana doboru muzyków oraz producenta (w tej roli Larry Klein) w porównaniu do poprzednich wydawnictw spowodowała, że kompozycje nabrały trochę innego klimatu, stały się bardziej przyciągające i zdają się bardziej przystępne dla publiczności. A może to po prostu krążek dojrzalszy od poprzednich? W końcu od debiutu Norwega (“…That Great October Sound”) minęło już 11 lat…

“What’s Left Is Forever” to 13 spójnych stylistycznie utworów, które można określić jako ambitny pop, w którym główną rolę odgrywają głos i gitara. Mamy tutaj zawsze wpadające w ucho refreny, jak i bogate, czasem nieprzewidywalne aranżacje i dźwiękowe niespodzianki. Piosenki powstawały w przeciągu dwóch ostatnich lat, były co jakiś czas zmieniane i dopracowywane, co niewątpliwie miało wpływ na ich obecną jakość i całokształt krążka. Jej autor, pochodzący z norweskiego miasteczka Stravanger, występujący często podczas koncertów w kapeluszu, potrafi stworzyć swoistą aurę wrażliwości i ciepła, której nie sposób się oprzeć.

Można pokusić się o stwierdzenie, iż “What’s Left…” jest bardziej popowy od poprzednich albumów, przez co prawdopodobnie skazany jest na to, że stacje radiowe i organizatorzy koncertów z takich krajów jak Polska również zauważą Norwega.

Album otwiera przyjemny i chwytliwy “This Love Is Here To Stay”. Lekkie uderzenie perkusji, dołączająca gitara, syntezator oraz urzekający głos Thomasa zapowiadają 50 minut dobrej muzyki. Potwierdzają to kolejne utwory – “Running On Fumes” z potęgującym napięcie wokalem Dybdahla, funkujący “Soulsister” czy singlowe “But We Did” (ze świetnym teledyskiem; to również piosenka ze ścieżki dźwiękowej do filmu “Eventyrland”) na długo zapadają w pamięci. Na płycie znalazło się również miejsce dla instrumentalnej kompozycji, która pozwala nam na chwilę oddechu pomiędzy pierwszą a drugą częścią krążka (“Interlude”). Szósty album Thomasa zbudowany jest na zasadzie sinusoidy – utwory o melodii weselszej, nieco “mocniejszej” (“This Love Is Here To Stay”, “Soulsister”, “Man On a Wire” czy “The Sculptor”) przeplatają się ze spokojnymi, wyciszonymi balladami (“Easy Tiger”, “I Never Knew That What I Didn’t Know Could Kill Me”, “This Next Wave Is a Big One”).

Dla niektórych całość może być nieco monotonna, brak bowiem tu kontrastów, które mogłyby nieco urozmaicić to wydawnictwo. Nieobecność tę, jak dla mnie, w zupełności rekompensuje przeszywający głos Thomasa, wzbudzający podobne odczucia jak wokal Jeffa Buckley’a w “So Real” czy “Alleluyah”. Songwriterskiej doskonałości Dybdahla może dowodzić to, że najmniej przekonujący mnie drugi singiel “Man On a Wire” (i chyba najsłabszy z całego zestawienia), doskonale sprawdza się w radiu (choćby w Trójce) i zdaje się być przepustką dla jego autora do serc polskich słuchaczy. Od czasu “For Emma” Bon Ivera nie słyszałam bardziej urokliwych melodii.

3 utwory

1. Thomas Dybdahl - "But We Did"

2. Thomas Dybdahl - "This Love Is Here To Stay"

3. Bon Iver - "For Emma"