Tulia – „Tulia”

Tulia – „Tulia”

Dlaczego czasem niektórych rzeczy nie wolno ruszać, a inne zmodyfikować jest zawsze miło.

Tulia - "Tulia" - okładka

3 utwory

 

1. Tulia - "Jeszcze cię tu nie ma"

2. Tulia - "Kiedy powiem sobie dość"

3. Tulia - "Nothing Else Matters"

Najpierw był konkurs Depeche Mode na prowadzenie ich kanału na YouTube. Wtedy fanka z Polski wrzuciła cover „Enjoy the Silence”... na folkowo. To był ten mały kamyczek puszczony po zboczu, który zaczął się toczyć i teraz mamy już do czynienia ze sporych rozmiarów kulą śnieżną, która żyje własnym życiem. Dziewczyny z Tulii to już kolejny zespół, który przedarł się do mainstreamu, który zamiast własnych kompozycji porwał się na coverowanie klasyków. Wyszło?

I tak, i nie. Dla mnie osobiście są na świecie takie piosenki, których po prostu się nie przerabia, bo nikt, ale to absolutnie nikt nie będzie w stanie zrobić tego lepiej. Autorami takich utworów są David Bowie, Depeche Mode, Republika z Obywatelem GC i może jeszcze kilka innych. Można próbować je odwzorować, ale absolutnie nie należy ich ulepszać. Nie należy się za nie brać, bo grozi to ostracyzmem. I tak właśnie jest tu. Choć nie planuję rzucać w dziewczyny kamieniami. Jak Depeche Mode było jeszcze rozwiązaniem niekarkołomnym, a zarówno teledysk, jak i słowa zgrywają się tu w dobrym zestawieniu, tak już „Nie pytaj o Polskę” jest trochę profanacją. Wierzę że Mistrz Ciechowski poklepałby je po plecach i namawiał do rozwijania swoich pasji. On by zachęcił. On umiał łączyć dziwne z nietypowym. Dla mnie brzmi to dziwnie. Tylko dziwnie. A już w szczególności wers:

„Te brudne dworce gdzie spotykam ją,
Te tłumy które cicho klną,
Ten pijak, który mruczy coś przez sen, że PÓKI MY ŻYJEMY, ona żyje też.”

Tak bardzo nie pasuje do zespołu ludowego, że aż mnie zęby bolą. Mogły spróbować wziąć na warsztat Grzegorza z Ciechowa, choć tu poprzeczka byłaby pewnie nieco niżej. No i jak na folkolwo coverować folk? Cały ten tekst, tak prosty, tak niski, opowiadający o tak przykrych, prostych, przyziemnych, a wzniosłych jednocześnie rzeczach, nie pasuje do tej konwencji. Tak, wiem, można zmienić konwencję. Ale jeszcze nie dziś, proszę. Akceptuję tę piosenkę w wykonaniu np. Zalewskiego, nie akceptuję wykonów LemON, Darii Zawiałow, Kukulskiej, Piaska ani żadnej innej, bez względu na to jak bardzo cenię artystę w jego własnym repertuarze. Bo Zalewski próbuje dosięgnąć Mistrza, nie grać po swojemu. Amen.

Ale idźmy dalej: piosenka Agnieszki Chylińskiej i O.N.A, „Kiedy powiem sobie dość” – to brzmi dziwnie. Topos zespołu ludowego, czyli piękne dziewczęta w strojnych sukniach, wychowane bogobojnie, z poszanowaniem patriarchatu i tradycji  (tak, ja wiem, że „zimna wojna” lekko zaburzy nam ten schemat) śpiewające „kiedy powiem sobie dość” – dość czego? „Czy warto było szaleć tak przez całe życie?” – ale ja pytam gdzie szaleć?! Jakie całe życie? Fakt, Agnieszka Chylińska w dniu wydania albumu „Bzzzzz” miała 20 lat. Wiem, że do 20 roku życia można sporo nabroić. Nadal jednak topos tradycji zespołu ludowego jest w mojej głowie tak silny, że nie dociera do mnie. Nie jest szczery. Szaleć może przy polkach i oberkach, ale z pewnością nie przychodzi mi na myśl hard rock life, jakie mogłabym wyobrazić sobie u Agnieszki Chylińskiej. Dlatego właśnie w moich uszach ten utwór nie brzmi wiarygodnie. Podobnie jest z „Elli lama sabachtani” Wilków – ta piosenka nie należy do moich ulubionych ani nigdy nie należała, więc ciężko, żebym zachwycała się jej nową wersją. I jeszcze „Zazdrość” z repertuaru Hey. W sumie to powinno grać. Tematyka zazdrości o mężczyznę, opowieść o najgłębiej skrywanych miłosnych fobiach. Do tego w oryginale Nosowska tę piosenkę, no nie oszukujmy się, wykrzyczała i wypłakała. Biały śpiew powinien ten utwór złagodzić, uszlachetnić... ale jednak nie. Ewidentnie nie. Można tu usłyszeć w głosach młodych dziewczyn płacz, a nawet szloch, ciężko obiektywnie powiedzieć, czy wynikający z melodyki, czy jest to kreacja wokalistek, ale z dwóch płaczliwych wersji, już wolę oryginał.

A teraz może trochę dobrego, bo jednak nie jest tak, że cały ten album nie nadaje się do słuchania. To, że Tulia porwała się na covery może świadczyć o ich ambicji, ale nie zawsze jest tak, że zdobywamy szczyty przy pierwszym podbiegu. Tym razem się nie udało, ale są też perełki na tym wydawnictwie, których wysłuchać naprawdę warto. Będzie to na przykład „Nieznajomy” z repertuaru Dawida Podsiadło. Pasuje. W tej piosence bliżej niezidentyfikowany podmiot liryczny jest tak samo tajemniczy w wykonaniu Dawida, jak i w wykonaniu dziewczyn. Do tego bardzo, bardzo ładny teledysk, który chyba nawet przerósł oryginał.

 
 

Ostatnio w sieci pojawił się „Krakowski spleen” w remiksie Jimka i jak bardzo go kocham, tak niestety medal za emocje w tym wypadku bezsprzecznie ląduje u czterech pań z Tulii. Utwór w ich wykonaniu jest również tajemniczy, chłodny, pełen niskich ciekawych dźwięków, ale ma zupełnie inny, elektryzujący charakter niż oryginał. Refren brzmi pięknie wykonany białym śpiewem. Podobne odczucia mam przy „Jaskółka uwięziona” – biały śpiew, lira korbowa, niesłychane emocje, piękny przestrzenny dźwięk. To jest chyba najpiękniejsze, co znajdziemy na tej płycie.

And last but not least, czyli singlowa, autorska piosenka Tulii - „Jeszcze cię nie ma”. Dlaczego nie ma tutaj więcej takich kompozycji? Dlaczego dziewczyny wyciągają trupy z szafy, zamiast śpiewać tak piękne kawałki? Tekst o tęsknocie - nie wiadomo, czy o tym, co było, czy tylko się przyśniło – i to jest największa moc tej piosenki. Jest tak ulotna, niejasna i efemeryczna. Sama sobie buduje klimat, bez podpierania się zaprzeszłą historią. Więcej takiej muzyki poproszę!

3 utwory

1. Tulia - "Jeszcze cię tu nie ma"

2. Tulia - "Kiedy powiem sobie dość"

3. Tulia - "Nothing Else Matters"