Zagraniczne piosenki 2017 roku

Zagraniczne piosenki 2017 roku

Subiektywny i niesubiektywny wybór najlepszych piosenek 2017 roku.

Lorde_Melodrama.jpg

3 utwory

1. Lorde - "Green Light"

2. Kendrick Lamar - "HUMBLE."

3. Cardi B - "Bodak Yellow"

Układanie listy najlepszych utworów (podobnie jak i płyt) to, według mnie, jedno z najciekawszych wydarzeń każdego roku spędzanego na planecie Ziemia. Oczywiście, można zadawać sobie pytanie o sensowność tworzenia takich rankingów. Łączy się to między innymi z faktem, że powroty do nich po kilku latach bywają przepełnione gigantyczną dawką niedającej spokoju i często wywołującej niepotrzebne emocje nostalgii, ale też przede wszystkim zdziwień, nierzadko związanych z pewnego rodzaju zażenowaniem spod znaku: „jak mi się mogło coś takiego podobać?”. Problemy pojawiają się też w innym miejscu. Tego rodzaju lista, jeśli ktoś decyduje się na jej upublicznienie, jest aż do bólu subiektywna i niektóre wybory mogą być dla najbliższego i dalszego otoczenia zupełnie niezrozumiałe czy nawet śmieszne. Trudno sobie wyobrazić jednak coś, co mówi więcej o danym człowieku. 


Rankingi mają swoje oczywiste wady. Oto bowiem przykładowo nie sposób uwolnić się od wpływów. Piosenkę, którą człowiek usłyszy kilkanaście razy np. w radiu można z całych sił znienawidzić, ale też z drugiej strony się do niej przyzwyczaić i po pewnym czasie polubić (najbliższa mi osoba w ten sposób przekonała się do Katy Perry – "Chained to the Rhythm"). Podobnie może być z podsumowaniami przygotowanymi przez tych, którzy rzekomo „znają się lepiej”. Ileż razy miałem do czynienia z ludźmi, którzy w dość podejrzany sposób nagle zmieniają opinię na temat piosenki czy płyty, po tym jak dostała znaczek ‘best new music’. Nie sposób więc uciec od kontrowersji. W moim przypadku zerkanie na rankingi utworów publikowanych przez rozmaite czasopisma czy portale internetowe wywołuje znacznie więcej negatywnych emocji niż ma to miejsce przy podsumowaniach płyt. Cóż bowiem przykładowo poradzę na to, że tak doceniana w 2017 roku piosenka Cardi B „Bodak Yellow” przypomina mi nieco Kobrę z wspólnych „występów” z Tigerem Bonzo albo w lepszym wypadku raperskie dokonania Agaty Dziarmagowskiej vel „Dziarma”. Próbowałem wiele razy, na wiele sposobów i za każdym byłem na „totalne nie”. Podobnie jak ze wstrętnym utworem, który wygrałby głosowanie ogółu ludzi na planecie, czyli „Despacito”. Już w nieco większym stopniu jestem w stanie zaakceptować zwycięzcę rankingu Spotify na najczęściej słuchaną piosenkę przez użytkowników serwisu, czyli Eda Sheerana i jego „Shape of You” (następne dwa miejsca zajmuje już, o zgrozo, „Despacito” – w wersji oryginalnej i remixie). Skoro tyle wątpliwości, to po co robić i analizować podsumowania? Przede wszystkim dlatego, że takie kontrowersje bywają interesujące i inspirujące, a poza tym tworzenie własnych list potwierdza, że From all the drugs the one I like more is music / From all the junks the one I need more is music / From all the boys the one I take home is music / From all the ladies the one I kiss is music.

(...) gdyby kilka wokalistek zebrało się i zaśpiewało na prędce ułożony hymn z refrenem „me too”, odniósłby on gigantyczny sukces (...)


Pewnego rodzaju banałem jest na pewno stwierdzenie, że nawet pobieżne spojrzenie na rankingi piosenek przygotowane przez czasopisma i portale dużo mówi o aktualnym świecie, ale tak niewątpliwie jest. W 2017 roku była więc wściekłość, rozczarowanie, przerażenie i zwracanie uwagi na absurdy rzeczywistości (Father John Misty, Kendrick Lamar). Artyści nie uciekali od najważniejszych tematów. Pojawiały się więc utwory, w których podejmowano zagadnienie dyskryminacji kobiet czy w mniej lub bardziej jednoznaczny sposób atakowano Donalda Trumpa. Paradoksalnie dużo do powiedzenia w tym temacie mieli artyści traktowani jako „stuprocentowa komercja”, w tym m.in. Kesha czy Katy Perry. Niejednokrotnie było to robione nieco na siłę i łatwo o wrażenie, że gdyby kilka wokalistek zebrało się i zaśpiewało na prędce ułożony hymn z refrenem „me too”, odniósłby on gigantyczny sukces (i choć doskonale zdaję sobie sprawę, że jest to temat cholernie ważny, mam jednak pewne obiekcje co do sposobu jego poruszania i recepcji, w czym utwierdza mnie niezrozumiała popularność filmu „Wonder Woman” czy jeszcze bardziej niezrozumiały fenomen Siksy w Polsce). Podobnie rzecz przedstawiałaby się, gdyby ktoś znany postanowił nagrać utwór zatytułowany np. „Fuck You, Trump!”. Może jednak lepiej, że takie rzeczy się nie wydarzyły, a artyści postanowili nie iść na łatwiznę. Wiele wskazuje na to, że doszło jednak do jakiegoś głębszego przebudzenia i można mieć nadzieję, że w kolejnych latach powstaną udane utwory, w których artyści postanowią w większym stopniu mówić coś ważnego.


W 2017 roku po raz kolejny potwierdzone zostało, że muzyką współcześnie rządzą kobiety. Tutaj zasłużone laury należą się przede wszystkim Lorde, która tak długo pracowała nad nową płytą, że można było mieć wątpliwości, czy w tej dekadzie w ogóle ujrzy ona światło dzienne. Pierwszy singiel, „Green Light” spełnił oczekiwania z nawiązką, ale jeszcze większym sukcesem okazało się to, że pozostałe utwory na „Melodrama” nie odstawały poziomem (potwierdzeniem tego jest niewątpliwie fakt, iż w licznych podsumowaniach pojawia się jeszcze kilka innych piosenek z albumu). Nie wiem zupełnie, czego można się spodziewać po artystce w najbliższych latach, ale jest to na tyle ciekawe, że gdyby ktoś mnie zapytał po co chcę dalej żyć, poznanie odpowiedzi na pytanie dotyczące przyszłości Lorde stanowiłoby jeden z argumentów. Nie zdziwię się, jeśli za kilka lat tylko z jej piosenek ułożę listę najlepszych utworów roku, bo talent posiada wręcz przerażający.  

W 2017 roku po raz kolejny potwierdzone zostało, że muzyką współcześnie rządzą kobiety.


Podobnie jak w poprzednich latach i w 2017 roku wielkim wygranym był hip-hop, nieustannie poszukujący i pełen nowych twarzy. Po raz kolejny jednak trudno sobie wyobrazić gatunek bez Kendricka Lamara. Nagrał najbardziej „przebojową” płytę w swojej dyskografii i nie mogło dziwić, iż kilka jego utworów trafiło na podsumowania czy też je zdominowało (przede wszystkim „HUMBLE.”). Następną wygraną jest Cardi B, ale tutaj nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego. Dobrze trzymają się różne wariacje w obrębie r&b czy soulu wymieszanego w mniejszym czy większym stopniu z elektroniką (np. Kelela, SZA czy Sampha, choć w przypadku tego trzeciego w podsumowaniach pojawiała się niezwykle rozczulająca piosenka, “(No One Knows Me) Like the Piano”, będąca zagranym na tytułowym instrumencie hołdem dla zmarłej matki).


Muzyka w 2017 roku potwierdziła także szereg innych zjawisk. Dotyczą one między innymi komercyjnej odmiany muzyki pop, która od kilku lat coraz bardziej pozytywnie zaskakuje. Oto można nie znosić Seleny Gomez i Harry’ego Stylesa, ale „Bad Liar” i „Sign of the Times” to piosenki nie tylko wpadające w ucho i będące na pewno czymś więcej niż wykorzystaniem ładnych twarzy. Idąc dalej – na „Reputation” Taylor Swift brakuje takich przebojów jak na „1989”, ale i tak wokalistka wybiła się wysoko ponad przeciętną. W 2017 roku były tradycyjne spektakularne powroty, a tutaj najlepiej wypadło niewątpliwie LCD Soundsystem, choć w tym przypadku wydaje się, że album „American Dream” sprawdza się zdecydowanie lepiej jako całość, a piosenki pojedynczo z niego wyciągnięte tracą nieco blasku. Zbliżona sytuacja miała miejsce w przypadku Slowdive, Gorillaz czy alt-J. Nowe piosenki i płyty zaproponowali w 2017 roku ci, po których zawsze oczekuje się wiele. Nie rozczarowała więc St. Vincent, choć trudno szukać na jej albumie utworu, który wywoływałby gęsią skórkę czy podobne reakcje (może poza „New York”). Nieco inaczej rzecz przedstawia się natomiast z Arcade Fire, którzy nieco zawiedli, ale z drugiej strony tytułowy utwór z płyty „Everything Now” pojawia się w wielu podsumowaniach, a i nie jest problemem wskazanie jeszcze jednej czy dwóch udanych piosenek. Minusów i rozczarowań było sporo i wystarczy w tym aspekcie wymienić choćby brak udanych utworów u Becka, co jednak mnie osobiście zupełnie nie dziwi.  

Nie najlepiej trzyma się muzyka rockowa i w zasadzie w większości podsumowań takie zespoły można policzyć na palcach maksymalnie dwóch rąk.


Nie najlepiej trzyma się muzyka rockowa i w zasadzie w większości podsumowań takie zespoły można policzyć na palcach maksymalnie dwóch rąk. Trudno tam szukać licznej reprezentacji debiutantów. Gdzieś czasami wyłoni się udany utwór aspirujących powoli do miana dinozaurów Queens of the Stone Age czy The National czy młodych, ale z doskonale już wyrobioną marką – Wolf Alice. Dość symboliczne wydaje się to, iż Paramore  prawdopodobnie doszli do wniosku, że ich fani zdążyli już dorosnąć, pozakładać rodziny i uznali, że należy spróbować czegoś zupełnie innego, znacznie bardziej tanecznego. Efekt, jaki z tego powstał, jest zdecydowanie lepszy niż większość wcześniejszych dokonań. Pojawiały się wprawdzie nowe zespoły (Jay Som), potwierdzali swoją mocną pozycję artyści bawiący się w typowo amerykańską odmianę gatunku (The War On Drugs, Kevin Morby), ale żaden z nich nie zaproponował utworu, który warty byłby zapamiętania na wiele lat. 


Obserwacje można by z pewnością mnożyć i przywoływać jeszcze kilkadziesiąt nazw i tytułów. Dla mnie 2017 roku byłby znacznie mniej muzycznie udany, gdyby nie piosenki Alvvays czy Alexandry Savior, ale rozumiem, że nie są to utwory, które były w stanie przekonać miliony. Przechodząc do sedna… W portalu internetowym „Album of the Year” odnaleźć można klasyfikację zbierającą wyniki z wszystkich ważniejszych podsumowań. Pierwsza „dwudziestka” 2017 roku prezentuje się następująco:

1. Kendrick Lamar - "HUMBLE."
2. Cardi B - "Bodak Yellow"
3. Kendrick Lamar - "DNA."
4. Lil Uzi Vert - "XO Tour Llif3"
5. Lorde - "Green Light"
6. Frank Ocean - "Chanel"
7. Charli XCX - "Boys"
8. Selena Gomez - "Bad Liar"
9. SZA feat. Travis Scott - "Love Galore"
10. Future - "Mask Off"
11. Calvin Harris feat. Migos, Frank Ocean - "Slide"
12. Kelela - "LMK"
13. Perfume Genius - "Slip Away"
14. Sampha - "(No One Knows Me) Like The Piano"
15. Carly Rae Jepsen - "Cut To The Feeling"
16. Playboi Carti - "Magnolia"
17. Drake - "Passionfruit"
18. King Krule - "Dum Surfer"
19. St. Vincent - "New York"
20. LCD Soundsystem - "Call The Police"

Myślę, że niewielu jest fanów muzyki, będących w stanie uznać, iż jest to podsumowanie idealne, ale równocześnie godzi ono stanowisko tych, którzy w Pitchforku widzą wyrocznię i tych, którzy pewnych wskazówek szukają sięgając po „NME” czy „Q”. O kontrowersje, oczywiście, bardzo łatwo. Można się przykładowo zastanawiać, czy gdyby nie efektowny teledysk “Boys” Charli XCX zawędrowałaby aż tak wysoko. Można dyskutować, czy Frank Ocean nie pojawia się tutaj przypadkiem za „zasługi” albo czy na płycie SZA nie ma lepszych piosenek. Sam mogę się wkurzać na obecność minimum czterech utworów, ale ta „dwudziestka” dość dobrze obrazuje jaki był 2017 rok w muzyce. Na pewno nie było źle, rewelacyjnie jednak również nie. Gdyby układać listę wszech czasów zbyt wiele piosenek do niej by nie trafiło, choć kolejny banał mówi o tym, że niektóre utwory docenia się z czasem. Choć nie wiem zupełnie jak miałbym postąpić z „Green Light” Lorde, którą od marca słucham średnio raz na dzień.

PS Do wynurzeń dołączam swoją pierwszą dwudziestkę utworów z 2017 roku, które chciałbym ocalić od zapomnienia:

1. Lorde - "Green Light"
2. Alvays – "Dreams Tonite"
3. Slowdive – "Sugar for the Pill"
4. Lorde – "Perfect Places"
5. Arcade Fire – "Put Your Money On Me"
6. Grizzly Bear – "Mourning Sound"
7. SZA – "Drew Barrymore"
8. Kelela – "lmk"
9. Sampha – "(No One Knows Me) Like the Piano"
10. The National – "The System Only Dreams in Total Darkness"
11. Lorde – "Homemade Dynamite"
12. Alexandra Savior – "Bones"
13. Morrisey – "Spent the Day In Bed"
14. LCD Soundsystem – "Call the Police"
15. Paramore – "Hard Times"
16. Lorde – 'The Louvre"
17. Gorillaz – "Ascension"
18. Alexandra Savior – "Mirage"
19. Wolf Alice – "Don’t Delete the Kisses"
20. Spoon – "Hot Thoughts"

3 utwory

1. Lorde - "Green Light"

2. Kendrick Lamar - "HUMBLE."

3. Cardi B - "Bodak Yellow"