Relacja z Soundrive Fest 2017

Na złość polityce – kolejny udany festiwal w B90.

- Ten festiwal poszukuje tożsamości.
- Nie poszukuje. Jego tożsamość to poszukiwania.

SoundriveFest2017.png

3 utwory

1. Rara - "Muto"

2. The Bug, Warrior Queen - "Poison Dart"

3. Beach Fossils - "Down the Line"

Soundrive to nie miejsce, gdzie biega się z koncertu na koncert z językiem na brodzie, ani też miejsce, gdzie ważniejsze jest stanie przy foodtrucku, czy też pochwalenie się zdjęciem z B90 na Instagramie. Soundrive to miejsce, gdzie każdy czuje się jak u siebie, odkrywając muzykę na żywo, jednocześnie będąc na pełnym chilloucie. Bo tutaj nigdzie nie ma kolejek, a na wyczekiwany występ nie trzeba przychodzić z godzinnym wyprzedzeniem, aby zobaczyć z bliska basistę ;)

Soundrive to strefa komfortu. Komfortu, o jaki trudno na pozostałych polskich festiwalach. Skąd ten komfort? Po pierwsze jest to impreza, która odbywa się niemal w całości wewnątrz budynku. Po drugie są to niebanalne, przesiąknięte historią wnętrza. Po trzecie wszystkie sceny są usytuowane blisko siebie. I po czwarte – to miejsce tworzą ludzie, którzy znają już to wydarzenie i zjawiają się tu co roku. Podczas jego trwania jest kameralnie, a to cieszy po tych wszystkich letnich koncertach, pełnych anonimowych dzieciaków i przypadkowych ludzi. Dla nowych odbiorców festiwalu szczególnym odczuciem może być wyjście wykonawców poza scenę, szukanie interakcji z nami-słuchaczami. Oczywistym jest, że dla artystów dopiero co budujących swój zasięg wśród odbiorców istotna będzie relacja scena-publiczność. Jest to zwyczajnie miłe po serii wydarzeń muzycznych, gdzie często pozostaje niedosyt “poobcowania” z artystą.

IMG_20170901_223836dd.jpg

Jednak mówimy o wydarzeniu muzycznym, więc najważniejszym aspektem powinna być muzyka. A skoro już czujemy się tu swobodnie, to i odbiór fal dźwiękowych będzie przyjemniejszy. I jest to prawda, z tym że tegoroczny line-up nie był już tak przesiąknięty świetnymi występami, jak to bywało w latach poprzednich.

W tym roku większość koncertów była zaledwie na 4 / 4+. Zdarzyły się i wpadki pod postacią Waxahatchee, gdzie konwencja smutnych piosenek “dziewczyny z gitarą” pozostawiała znaczny niedosyt kompozycyjny. Spotkały nas także wielkie zaskoczenia i odkrycia, np. SpaceboyCakes da KillaMayatri czy charyzmatyczna IAMDDB, która weszła do line-upu niemal w ostatniej chwili. Naszymi numerami jeden byli natomiast dwaj panowie tworzący Rara (!!!) oraz Ritualz. Z zaciekawieniem słuchałyśmy też So SlowBrutus czy Oozing Wound.

Co z “headlinerami” (których w zasadzie nie powinnyśmy tak nazywać, bo takowych tu nie było, ale załóżmy, że ostatnie zespoły występujące na Dużej Scenie to właśnie headlinerzy)? I tutaj można powiedzieć, że nic ciekawego, po prostu było poprawnie. O ile koncert Beach Fossils był bardzo przyjemny i osobom, które znały już wcześniej panów z USA, na pewno wszystko się podobało, o tyle występu Waxahatchee nie można zaliczyć do najbardziej udanych czy też zapadających w pamięć. Ot, ciągle to samo granie, bez energii, typowy soundtrack do komedii romantycznej z lat 90. Z kolei koncert The Bug był kompletnym odejściem od tego, co działo się podczas festiwalu. Zamiast słuchać, można było potańczyć. Producent wraz z wokalistką nie zrobili wielkiego show, jednak na pewno znakomicie wpisali się w konwencję pofestiwalowej imprezy.

IMG_20170902_194148xx.jpg

Sporo zmian w line-upie

Podczas Soundrive mieli zagrać: A/T/O/S, PILL, Sevdaliza, Grave Pleasures, Princess Nokia, BNNT, Shaarghot i Nadia Rose. Nie zagrali. Część wypadła z line-upu już dawno temu, o nieobecności kolejnych dowiadywaliśmy się nawet kilka godzin przed koncertami. Nie da się uniknąć opóźnień, odwołań i wszelkiego rodzaju zmian w line-upie. Jednak można byłoby to zdecydowanie lepiej zorganizować, aby każdy wiedział, co się aktualnie dzieje, kto kogo i kiedy zastąpi, jakie będzie opóźnienie, z jakiej na jaką scenę zostanie przeniesiony występ itd. I można to zrobić w bardzo prosty sposób: po obu stronach Dużej Sceny znajdują się ekrany z rzutnikami. Właśnie tam można na bieżąco wrzucać informacje o wszelkich zmianach. Pozwoli to uniknąć szeptów w trakcie koncertów: “kto teraz gra?”, “czy to na pewno XYZ?”, “dlaczego ZYX jeszcze nie gra?”, “o której rozpocznie się koncert, który miał być o 20?”…

Rapsy w cenie

Pomysł z wprowadzeniem do line-upu wykonawców hip-hopowych był bardzo dobry. Każdy z muzyków dał z siebie wszystko, dzięki czemu mieliśmy do czynienia z bardzo energetycznymi punktami festiwalu. Publiczność miała okazję na aktywizowanie się, nie tylko słuchając, ale także tańcząc i rozmawiając z raperami. To były jedne z najbardziej interaktywnych koncertów.

Niedostatek elektroniki

No dobra, wszędzie jest elektronika, niemal każdemu występowi towarzyszył laptop. Ale chodzi mi o tę właściwą elektronikę, wytwarzaną za pomocą komputera, padów, syntezatorów i innych urządzeń. Interesujący występ dał polski dwuosobowy projekt Not Pretty Enough, swoimi dźwiękami zahipnotyzowali też Rara grający na pełnej dymu scenie W4. Podobnie było z Job Karma, lecz tym razem pochłonął nas mrok ambientu i trudne do rozwikłania, zmuszające do refleksji, psychodeliczne, choć wspaniałe, wizualizacje poruszające problemy współczesnej cywilizacji. Również Ritualz dał się ponieść emocjom i wprowadził nas w świat witch house’u. Ale to ciągle za mało. A przecież w poprzednich latach mieliśmy tego więcej.

Typowe gitarowe granie

Festiwal jest znany z tego, że wyszukuje mało znane, około-rockowe kapele, które swoją energią i charyzmą potrafią zaskarbić sobie serca publiczności. W tym roku zabrakło wśród takich grup “tego czegoś”, pazura, który powinien być nieodłączną cechą gitarowej muzyki. Zabrakło pomysłu na koncerty. Była odtwórczość i sztampa, momentami parodia. Jedynie BrutusDEAD i Lutownica odrobili lekcje z rockowego grania (choć pisanie w ten sposób o tym ostatnim nie jest do końca na miejscu ;)). Reszta, cóż… gitary były, ale bardziej był to pop niż cokolwiek innego. Poza tym weźmy takie White Starlite. Nudy. The Stargazer Lilies. Nudy. Then Comes Silence. Nudy. Nite Jewel. Nudy…

IMG_20170902_235730cc.jpg

Postawić na niekonwencjonalne projekty

Podczas gdy na Małej Scenie grało smętne Get Your Gun (dla fanów Cave’a), a na Dużej Scenie – typowo pop-rockowe InHeaven, na scenie W4 mogliśmy posłuchać czegoś… nieoczywistego. Takiego projektu podczas Soundrive jeszcze nie było. Spaceboy zawładnął publiką. I nie chodzi tu o bańki mydlane, balon i zabawne teksty “piosenek”, a o pozytywną energię, w którą wciągnęli nas muzycy-performerzy. Wszyscy, którzy byli tam wtedy, bawili się świetnie, długo po występie rozmawiając jeszcze na temat tego, co się właśnie wydarzyło. Kosmos. I właśnie tak miało być. Zwyczajnie daliśmy się ponieść tej konwencji.

Co z Elektryków?

Może to wina deszczu, a może celowe zagranie organizatorów… Ulica Elektryków w tym roku nie była zbyt przyjazna dla festiwalowicza. Niezbyt dobra pogoda nie zachęcała do przebywania w tej ciekawie zaaranżowanej przestrzeni. W tym roku nie było też koncertów na scenie kontenerowej, co było jednak dobrym posunięciem. Wieczorem było można natomiast posłuchać tam DJ-ów. Druga sprawa to brak zaplecza foodtrackowego. W ubiegłym roku wszystko tętniło tam życiem, a w tym… cóż. Wprawdzie nie jestem fanką jedzenia z samochodu, ale słyszałam wiele negatywnych głosów odnośnie ich braku.

O co postulujemy w przyszłych edycjach?

  • o rozszerzenie formuły festiwalowej o kolejne gatunki, gdzie oprócz gitar i laptopa jest trochę więcej instrumentów, np. muzykę world, etno, post-rock, instrumental (bardzo interesujący występ Mayatri)
  • o akcję z ukrytą sceną, czy też z niezapowiedzianymi wykonawcami, taki ukłon w stronę karnetowiczów (koncert pani z Waxahatchee, wprawdzie nic interesującego, ale samo wydarzenie jak najbardziej na tak!)
  • o większą ilość muzyki elektronicznej, aby można było powiedzieć, że wszystkiego było “po równo”
  • o zespoły, których wizualizacje współgrają z muzyką, światłami i wnętrzem (Job Karma to strzał w dziesiątkę!)
  • o zdecydowanie mniejsze ilości przeciętnej jakości muzyki avant-pop i podobnych wytworów (studyjnie brzmi to fajnie, ale podczas koncertów cały ten blask gdzieś ginie, tym bardziej jeśli zespół występuje na Dużej Scenie)
  • o dalsze eksperymenty hip-hopowe, bo czas pokazał, że zaproszenie Cakes da Killa czy też AJ Tracey było bardzo dobrym posunięciem
  • o jeszcze więcej eksperymentów, tym razem pokroju Spaceboy, którzy zrobili furorę w hali W4 (takie występy na długo zostaną w pamięci festiwalowiczów!)
  • o powrót sceny B64 i organizowanie tam techno-imprezy (z takim prawdziwym techno, a nie udawanym, gdzie DJ puszcza mix najnowszych hitów ;)), bo to miejsce jest do tego stworzone! Być może jakieś after party po każdym dniu festiwalu, zamiast puszczania muzyki na ulicy Elektryków, gdzie pogoda bywa kapryśna
  • o zorganizowanie koncertów wykonawców, którym nie udało się w tym roku wystąpić, tak dla formalności ;)
IMG_20170902_210812xx.jpg

Ten klub ma potencjał

B90 to klub porównywalny z najlepszymi salami koncertowymi w Polsce. Na żadnej z jego sal nie zaznamy nieumiejętności w prowadzeniu dźwięków przez akustyków, czy też złego doboru świateł przez oświetleniowców. Ta potężna hala z dwiema scenami jest miejscem, gdzie najważniejsza jest jakość dźwięku i jego oprawa. Nieważne kto gra na scenie, ważne żeby każdy brzmiał jednakowo dobrze. I o to powinno chodzić podczas organizowania koncertów. W świetle ostatnich wydarzeń możemy jedynie iść ramię w ramię z klubem, który proponuje nam, jako jeden z nielicznych na Pomorzu, faktycznie dobrą jakość dźwięku. I obyśmy za rok ponownie spotkali się na Soundrive Feście.

Magdalena Kurzak
Ewelina Malinowska

3 utwory

1. Rara - "Muto"

2. The Bug, Warrior Queen - "Poison Dart"

3. Beach Fossils - "Down the Line"